Wywiad z Anetą Jadowską!

Dziś mamy dla Was, drodzy Czytelnicy, coś wyjątkowego. Prezentujemy wywiad z dianabol for cutting Anetą Jadowską, autorką debiutującą na polskim rynku wydawniczym powieścią http://southamptonfreelibrary.org/buy-proviron-online buy proviron online „Złodziej dusz”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. Książka już prawie od dwóch miesięcy, od momentu pojawienia się na księgarnianych półkach, zbiera pochlebne opinie i recenzje Czytelników.

Jednak sama autorka jest personą dosyć tajemniczą, próżno szukać w sieci wzmianek o niej czy dotychczasowej twórczości. My postaramy się uchylić nieco rąbka tajemnicy fanom pisarki.

http://www.nursesnow.com.au/oem/cheap-solidworks-2010-premium.html cheap Solidworks 2010 Premium GAVRAN:
Witamy, Pani Aneto.

http://narissadoumani.com/oem/buy-online-belight-software-swift-publisher-4.html buy online belight software swift publisher 4  Zacząć powinniśmy od krótkiego przedstawienia Pani osoby, ale prawda jest taka, że sami mało wiemy. Oprócz faktu, że napisała Pani naprawdę świetną książkę, ciężko jest się doszukać szerszych wzmianek o Pani dotychczasowej twórczości. A w notce od wydawcy jest przecież wspomniane, że nieśmiałe debiuty pisarskie ma już Pani za sobą. Proszę nam więc coś o sobie opowiedzieć, tak własnymi słowami. Ciekawi jesteśmy niezmiernie Pani pisarskich początków, pierwszych tekstów, skąd się w ogóle wziął pomysł, żeby pisać i to właśnie fantastykę.

http://southamptonfreelibrary.org/muscletech-cryotest muscletech cryotest ANETA JADOWSKA:
Nigdy nie sądziłam, że ktokolwiek uzna mnie za tajemniczą postać, przez chwilę posmakuję tego określenia, tylko po to, by za chwilę wszystko zniszczyć wyjaśnieniem, że to nie tyle tajemniczość, co fakt, że jestem na początku swojej drogi. Mam 30 lat, jestem historykiem literatury, niedawno obroniłam doktorat, ale nie jestem w tym momencie związana z żadną uczelnią.
Jako nastolatka pisałam opowiadanka fantastyczne i wysyłałam je Feliksowi Kresowi do jego Kącika Złamanych Piór w świętej pamięci „Feniksie”. Kres ocenił, że dobrze rokuję. To on jako pierwszy przeczytał, jakieś 15 lat temu, short story w którym pojawił się Miron, Joshua i Szatański Pierwiosnek. Dory jeszcze wtedy nie było. W 1999 roku napisałam opowiadanie na konkurs literacki „Dziwny jest ten świat”, można uznać je za fantastykę. Zajęło 2 miejsce, a nagrodą była publikacja. Później był „Kalejdoskop” w „Science Fiction”. Na studiach polonistycznych, przynajmniej na mojej uczelni, fantastyka nie jest poważana. Często słyszałam, że nie powinnam marnować talentu na pisanie bajeczek dla dużych dzieci. Pisałam opowiadania nie mające z fantastyką nic wspólnego i drukowałam je w kwartalniku artystyczno-literackim „Latarnia Morska”. W 2010 roku, zamiast kończyć doktorat napisałam pierwszy tom serii o Dorze Wilk. Potrzebowałam odpoczynku od spraw naukowych. Ten powrót do fantastyki był w pełni naturalny. Po prostu lubię taką literaturę – plus uwielbiam kryminały i książki, które sprawiają, że śmieję się nad ich stronicami w tramwaju. Taką książkę chciałam napisać i mam nadzieję, że mi się to udało.

cheap autodesk revit lt 2018 Skoro już jesteśmy przy roztrząsaniu pisarskich początków, proszę nam zdradzić, gdzie leży źródło Pani inspiracji? Zapewne ma Pani jakiś swoich ulubionych pisarzy, którzy w ten czy inny sposób wpłynęli na Pani postrzeganie literatury. Czy są tacy, których stawia sobie Pani za przykład? Książki, które uważa Pani za ideał? A może są tacy autorzy, z którymi chętnie stanęłaby Pani do pisarskiej rywalizacji?

Pytanie literaturoznawcy i nałogowego czytelnika o ulubionych pisarzy to ryzykowny pomysł ;) Jest wielu autorów, których cenię i czytam z lekką zazdrością. Są autorzy, do książek których mam sentyment, wymienię tylko F. Kresa, J. Iwaszkiewicza, M.L. Kossakowską, P.Briggs, Ilonę Andrews, P.Cornwell, K. Reichs. Lista byłaby naprawdę długa i dość chaotyczna, bo czytam właściwie bez przerwy. I jako czytelnik mam duży rozrzut, w zależności od nastroju. Są tygodnie, kiedy czytam tylko biografie, reportaże, dzienniki, tomy korespondencji, by później zanurzyć się w kryminały i thrillery, aż moje sentymentalne serduszko zatęskni za okresem regencji i happy endem w stylu Jane Austin.
W pisarską rywalizację nie wierzę, kojarzy mi się trochę z romantycznymi pojedynkami na wiersze Mickiewicza i Słowackiego. Trochę śmieszne, trochę straszne.

http://www.nursesnow.com.au/oem/buy-xilisoft-hd-video-converter-6.html buy Xilisoft Hd Video Converter 6  Jak powszechnie wiadomo sama fantastyka dzieli się na wiele różnych podgatunków. Który z nich jest Pani ulubionym i w duchu którego z nich chce Pani utrzymać swoje powieści? O „Złodzieju dusz” słyszeliśmy już różne opinie – jedni mówią o nim urban fantasy, inni angel fantasy, jeszcze inni – paranormal romance. Jednak chcielibyśmy wiedzieć przede wszystkim, jak Pani sama klasyfikuje swoją twórczość i jak Pani – jako pisarka – odnajduje się w gąszczu tego fantastycznego nazewnictwa?

Angel fantasy? Wow, naprawdę? Gdy ktoś pyta mnie o „Złodzieja dusz”, najczęściej mówię, że to urban fantasy, albo połączenie kryminału i fantasy. Nie sądzę, bym spełniała wymóg paranormalu, skoro bohaterka spędza mnóstwo czasu na śledztwie i rozmowach, zamiast zaliczać wszystkich atrakcyjnych paranormalnych w okolicy. Ciut za mało seksu by zadowolić wymogi gatunku. W tym gatunku zbyt często cała fabuła jest tylko pretekstem do zamieszczenia SCEN. Trochę jak w filmach xxx, psuje się pralka, przychodzi technik i dalej wiadomo. Jest też typ paranormalu rozgrywający się w szkole średniej, ale na to Dora jest na szczęście za stara.
Z fantastyki najbardziej lubię urban fantasy, może dlatego, że pociąga mnie pomysł splecenia rzeczywistości znanej z fantazją.
A w gąszczu nazewnictwa odnajduję się średnio. Nie przepadam za ścisłymi szufladkami, bo zwykle odcinają wszystko to, co nie pasuje. I tak „Zbrodnia i kara” kończy jako kryminał o mordercy staruszek. Ale rozumiem, że nazwy są potrzebne.
Głównie krytykom i filologom.

dianabol y estanozolol  „Złodzieja dusz” bez dwóch zdań możemy uznać za udany debiut. Czytelnikom się podoba, jednak autor, pisząc książkę, nigdy nie ma gwarancji sukcesu. Jak to było z Panią, obawiała się Pani chłodnego przyjęcia? Czy pojawiło się uczucie tremy, najpierw przed rozmową z wydawcą, a potem czekając na opinie Czytelników?

Dziękuję za miłe słowa. Gwarancji sukcesu nie ma nawet w przypadku obligacji skarbowych, a co dopiero w kapryśnym świecie literackim. Pisząc „Złodzieja dusz”, nie miałam pojęcia, czy zdołam napisać powieść do końca, czy będzie to tylko przerywnik między częściami doktoratu. A gdy doszłam do końca, miałam w głowie dalsze losy Dory, ale nie wiedziałam, czy je napiszę. Myślę, że dlatego Złodziej jest dość zwartą i zamkniętą konstrukcją, nie ma żadnych oczywistych cliffhangerów. Nie miałam pojęcia, czy ktokolwiek wyda książkę, więc rozsądniejsze wydawało się nie zakładanie kontynuacji. Choć kiedy wysyłałam pierwszy tom do Fabryki już miałam prawie cały drugi tom, o czym zresztą napisałam wydawcy. O dziwo, nie zabili mnie śmiechem za sam pomysł serii. I przyznaję bez bicia, strasznie się denerwowałam, czekając na publikację. Nadal się denerwuję.

http://www.nursesnow.com.au/oem/download-acdsee-video-converter-pro-4.html download Acdsee Video Converter Pro 4 Autorzy często korzystają z tak zwanych beta-czytaczy, aby zorientować się jakiego przyjęcia mogą się spodziewać. Czy jest jakaś zaufana osoba, która zawsze pierwsza czyta dane sceny, a może pokazuje Pani gotowy tekst dopiero, gdy książka zostanie ukończona?

Moją betą jest moja przyjaciółka, Marta, która w ogóle nie czyta fantastyki, więc zadaje szereg zaskakujących pytań, co bardzo pomaga. Jest świetną betą. Dostaje książkę w całości, już po jej napisaniu. Jest wielbicielką Joshui i orędowniczką jego zwiększonej obecności w dalszych tomach.
Drugim czytelnikiem testowym jest mój mąż. Jest jednym z tych czytelników posttolkienowskich, którzy kochają mapy załączone do książki i najchętniej na niej zaznaczają wędrówki bohaterów. I zadaje pytania, które czasem doprowadzają mnie do szału, typu: „Ok, to jak powstał wszechświat, Pan czy Bogini maczali w tym palce? I czy mają rozejm, czy udają, że się nie znają?”. Pierwsze tomy czytał już w całości, od czwartego dostaje rozdziały i czyta je jak powieści w odcinkach.
Od niedawna jest trzecia beta, Gosia, która dla odmiany jest ekspertką od fantastyki i potrafi wypunktować potknięcia jak nikt.
Następna w kolejce jest już pani Dorota Pacyńska z Fabryki Słów.

purchase sony vegas movie studio hd 11 Jeśli już mówimy o pierwszych krokach do wydania książki, to jak udało się Pani przebrnąć przez proces wydawniczy? Czy były jakieś trudne bądź zaskakujące sytuacje? Wiele szumu wśród Czytelników narobiła także piękna okładka „Złodzieja dusz” – w jakim stopniu miała Pani wpływ na jej formę i przekaz?

Proces wydawniczy z Fabryką Słów to było najmniej stresujące doświadczenie w moim życiu. Napisałam powieść. Wybrałam rozdziały, napisałam konspekt całości i wysłałam pocztą do Fabryki (na stronie internetowej Fabryki są szczegółowe instrukcje dla debiutantów, to naprawdę pomaga). Tylko do Fabryki, uznając, że jeśli odrzucą maszynopis, wtedy wyślę w inne miejsca. Bo jak spadać, to z wysokiego konia, czyż nie? Miałam ogromne szczęście trafić na redaktorkę, która polubiła Dorę i dała jej szansę. Dwa miesiące później miałam już umowę wydawniczą. Proces redakcji tekstu był przyjemnością, bo okazało się, że pani Pacyńska jest nie tylko czujna i bezwzględna dla moich potknięć, ale ma też poczucie humoru. Redaktor z poczuciem humoru to bezcenne zjawisko. Od wysłania maszynopisu do druku nie minął rok.
Nie było trudnych i zaskakujących sytuacji. Trudne było tylko czekanie, bo nie słynę z cierpliwości. Nie miałam wpływu na wybór okładki, zobaczyłam ją niewiele wcześniej od Czytelników. Musiałam się do niej przekonać, trochę inaczej widziałam moich bohaterów. Dziś nie wyobrażam sobie, by okładka mogła wyglądać inaczej i jestem ogromnie ciekawa, jak będą wyglądały następne. I jest mi bardzo miło, że spotkała się z tak ciepłym przyjęciem, choć nie ma w tym żadnej mojej zasługi. Ciepłe słowa należą się paniom Katarzynie Oleskiej, autorce ilustracji, oraz Magdalenie Zawadzkiej, która zaprojektowała okładkę.

peptide websites Nam, Czytelnikom, bardzo spodobał się świat wykreowany przez Panią w „Złodzieju dusz”. Intryguje nas, skąd pomysł na takie a nie inne uniwersum. Ciekawe przedstawienie wiedźm, a do tego anioły, diabły i przedstawiciele różnych magicznych społeczności. Jest w tym wszystkim pewien dystans, zarówno w podejściu do wierzeń ludowych, jak i chrześcijańskich, a nie oszukujmy się, że w naszym kraju raczej ciężko o niego w sprawach wiary – zwłaszcza u fanów znanej rozgłośni radiowej. Czemu wybrała Pani właśnie taką formę przedstawionego świata i czy nie obawia się Pani trochę bojkotu ze strony wiadomej rozgłośni? ;)

Bojkotu ze strony wiadomej rozgłośni zupełnie się nie obawiam. Nie mają pojęcia o moim istnieniu i nie sądzę, bym doczekała się recenzji na falach radiowych. Raczej nie moja grupa docelowa. A jeśli nawet zapragną spalić moją książkę na starym rynku w Toruniu, mam nadzieję, że mnie uprzedzą, cyknęłabym jakąś fotką na pamiątkę. Żadnej z palonych w przeszłości książek to nie zaszkodziło.
A na serio, pisząc Złodzieja marzyło mi się przedstawienie zróżnicowanej społeczności zgromadzonej na niewielkiej przestrzeni, mającej swoje trudności i kłopoty z komunikacją, ale jednak działającej. Wyobraziłam sobie miejsce, w którym granica między różnymi światami jest najcieńsza, co sprawia, że mieszają się różne grupy. Coś jak polskie Kresy w XIX wieku, tylko zamiast Polaków, Żydów, Litwinów, Rusinów, Niemców i innych mniejszości mamy magicznych wszelkiej maści (niezupełnie jednorodna grupa), niebieskich, piekielników, wampiry i wilkołaki, bogów i bóstwa. Tygiel kultur i źródło kłopotów. Poza tym od dawna interesowałam się folklorem, mitologiami, innymi systemami religijnymi. Naturalne było, że jakoś to znajdzie odbicie w książce. Ktoś powinien napisać pracę o tym, jak pisarze fantasy przyczyniają się do tego, że folklor i ludowe wierzenia nie przepadają w niepamięci. Folklor irlandzki, skandynawski, słowiański, germański, grecki i inne są niewyczerpanym źródłem inspiracji.
A dystans jest chyba wynikiem mojej naturalnej skłonności, nie przepadam za sztywnym doktrynerstwem w żadnym wydaniu.

Skoro już poruszyliśmy temat wierzeń, to czy w dalszych odsłonach cyklu zaprezentuje Pani Czytelnikom jakieś inne systemy wiary oraz bóstwa? Czy zostanie rozwinięty temat wiedźm i sabatów? I bez zbytniego zdradzania fabuły – czy wątek z pewnym proroctwem, który padł podczas rozmowy Dory z inną wiedźmą, zostanie pociągnięty dalej?

Uspokajam Czytelników – nie ma obawy, że Dora skończy jako Mesjasz. Proroctwo ma to do siebie, że jest tak nieprecyzyjne, jak to możliwe. Urok proroctw. „Splątane ścieżki wiodące do wielkości”. To prawie jak przepowiednie wróżek z audiotele, albo z ciasteczka z wróżbą. Myślę, że Dora jest na etapie splątanych ścieżek, a potencjalna wielkość to zdecydowanie kwestia interpretacji. Zresztą, dziewczyna ma zbyt dużo autoironii, by przyjąć taką rolę. Może nawet ratować świat, ale nie sądzę, by uderzyło jej to do głowy. Raczej skupi się na tym, by nie oberwać rykoszetem po tym, jak wszyscy już są spokojni, bezpieczni i zapomną, że nadstawiała za nich tyłek.
Inni bogowie i inne kręgi wierzeń będą się pojawiać. Chyba najbardziej będą obecne w drugim tomie. Jak zwykle nieco plątam wszystko, bo jakoś nie kupuję wersji z bogami grzecznie uprawiającymi politykę segregacyjną.

 Fabuła i świat wykreowany w „Złodzieju dusz” to nie jedyne mocne strony tej książki. Również bohaterowie pracują na to, by Czytelnik nie mógł się od powieści oderwać. Proszę nam opowiedzieć o kreowaniu postaci. Czy przyszło to Pani łatwo, czy może natrafiła Pani na jakieś trudności? Który z bohaterów był najłatwiejszy do poprowadzenia, a który przysporzył kłopotów i dlaczego? Czy zaczynała Pani od jakiejś rozpiski, charakterystyki, a może jednak działo się to bardziej spontanicznie? Czy Pani postaci mają jakiś swoje rzeczywiste pierwowzory? I który z bohaterów jest Pani ulubieńcem?

Najłatwiejsza do prowadzenia jest Dora, jest wystarczająco nieznośna, by było to zabawne. Ma kilka moich zalet i wszystkie wady, tyle że życie znacznie ciekawsze, więc pisze się ją dobrze.
Tworzenie bohaterów jest moim zdaniem najprzyjemniejszą częścią pisania. Wymyśla się osobę, a ona zaczyna sobie „żyć swoim życiem”. Jeśli zrobię to dobrze, Czytelnik uwierzy w tę postać i nie będzie mu obojętne, co się z nią stanie. Trochę jakby stwarzało się alternatywny świat, zaludniony przez alternatywnych ludzi. I nie trzeba znać zaklęcia by przejść przez bramę, wystarczy przeczytać książkę.
Tworzenie postaci przebiega różnie. Zwykle zaczyna się od drobiazgu, który obrasta innymi cechami, aż nagle pojawia się „żywy człowiek”, który może mnie solidnie zaskoczyć. Zdarzało się, że ktoś, kto miał się pojawić tylko na sekundę, rozrósł się i został. Tak jest z Baalem, który pojawia się w drugim tomie i nie zdołałam się go pozbyć, wracał w kolejnych tomach, aż stał się jedną z moich ulubionych postaci.
Lubię, gdy bohaterowie ewoluują, objawiają jakąś nieznaną dotąd stronę. Myślę, że z każdym kolejny tomem zyskujemy kolejne odsłony, które zmuszają do zrewidowania pewnych założeń, jakie poczyniliśmy.
Co do ulubieńców, bardzo lubię Mirona, choć nie jest łatwy do pisania. Lubię Witkacego i żałuję, że jest go trochę mało w całej serii. Jest kilka postaci z dalszych tomów, które lubię szczególnie, ale nie chcę zdradzać zbyt wiele.
Co do pierwowzorów, znajomi prowadzą, moim zdaniem bezcelowe, dochodzenie kto jest kim. Jedyną postacią, która ma faktyczny żyjący odpowiednik, jest występująca w czwartym tomie Szelma, idealne odbicie mojej kotki – sądzę, że takim byłaby człowiekiem, gdyby nie była kotem.

 W temacie postaci nie można pominąć głównej bohaterki – Teodory. Choć przez znajomych i przyjaciół nazywana głównie Dorą, to jednak imię Teodora jest dosyć rzadkie, żeby nie powiedzieć… niedzisiejsze. Czemu akurat to imię, czy wiąże się z nim jakaś historia, ma Pani do niego sentyment, czy zwyczajnie się Pani podoba?

Z imieniem Teodory wiąże się pewna historia. Na studiach czytałam powieść „Niecierpliwi” Zofii Nałkowskiej – tam właśnie występowała bohaterka o tym imieniu. Spodobało mi się, jest silne, ale jest w nim jakaś delikatność. Powiedziałam przyjaciółce, że kiedyś wykorzystam to imię w swojej powieści. Przypomniała mi o tym, kiedy dostała w ręce Złodzieja. Ja już nie pamiętałam, ale podświadomie gdzieś to się musiało w głowie zapisać. Moja Teodora nie dzieli jednak z Teodorą Nałkowskiej nic poza imieniem. Imię to oznacza „tą, która daje radość Panu” albo „dar od Boga”, nic więc dziwnego, że Dora woli nie używać pełnej formy, bo to tylko przywołuje i tak skomplikowaną kwestię jej przynależności systemowej. Służyć Bogini i mieć Pana w imieniu to straszne foux pas. To też tłumaczy, czemu Gabriel konsekwentnie używa jej pełnego imienia. Zresztą, właśnie w drugim tomie przybędzie jej nowe imię, niekoniecznie wzbudzając jej zachwyt. Poza tym wszystkie imiona w serii mają swoje znaczenie i nie są przypadkowe. Jest pewien wzór, dość prosty do odkrycia.

Oprócz oryginalnego imienia bohaterka posiada także ciekawy zawód. Dora jest policjantką i zastanawiamy się, czy pisząc o niej odbywała Pani konsultacje z przedstawicielem tejże profesji? Jeśli tak, to czy to była łatwa współpraca, ciekawa? A jeśli nie, to skąd zatem wzięło się Pani wyobrażenie o pracy policji?

Mój ojciec był policjantem. Sporą część dzieciństwa spędziłam na komisariacie, otoczona policjantami. Większość moich przyszywanych wujków nosiła mundur. Może stąd miłość do kryminałów, seriali detektywistycznych, czy programów o metodach śledczych na Discovery. Policjanci to dość szczególny typ ludzi, myślę że poznałam ich dość dobrze. Chciałam pokazać, że praca polskich policjantów, zwłaszcza w mniejszych miastach, nijak się ma do tego co widzimy w serialach typu CSI: nie mają dostępu do sekwenatora DNA, który w ułamku sekundy zbada piętnaście próbek, spektrometrem nie sprawdzą każdej kropelki, nie mają kosmicznie wyspecjalizowanych baz danych. A jednak łapią przestępców, choć zwykle trwa to dłużej niż 40 minut Horatio Caine’a. Zostaje policyjna robota, dedukcja, przesłuchania, oględziny miejsc zbrodni, znajomość psychologii. Nie prowadziłam szczególnych badań na toruńskich komisariatach, tym razem nie było to niezbędne. Może kiedyś, kiedy będę pisać jakiś stricte kryminał.

 Można łatwo wywnioskować po opisach, że bardzo kocha Pani swoje miasto i chyba nieco tej miłości zaszczepiła Pani bohaterce. Czy Dora będzie miała okazję bliżej i trochę dłużej zapoznać się z innym polskim miastem? Może w związku z jakimś dłuższym śledztwem?

To prawda, mam słabość do Torunia. Może dlatego, że sama je wybrałam. Mieszkam tu już od 12 lat i wrosłam. To takie miasto na ludzką miarę, nie za duże, nie za małe, ze swoimi problemami, ale gdzie ich nie ma? Doszłam do wniosku, że to dobra lokalizacja dla powieści fantasy. To miasto ma swój klimat, piękną architekturę, a pod pewnymi względami jest bardzo retro, co mi odpowiada. Prawie wszystkie miejsca opisane w książce faktycznie istnieją i można się przespacerować po mieście śladami Dory. W dalszych tomach Dora regularnie bywać będzie w Trójmieście i Trójprzymierzu, a w trzecim tomie też na wsi (co nie znaczy, że z urban fantasy przeskoczę na rustical fantasy ;) ). Dłuższe śledztwo w innym mieście to niezły punkt wyjścia do jakiegoś opowiadania, pomyślę o tym i dzięki za pomysł.

Spragnieni jesteśmy ciekawostek i smaczków dotyczących procesu twórczego. Jak powstawały poszczególne sceny – czy miały swoje źródło w jakimś rzeczywistym wydarzeniu? Czy rozważała Pani więcej niż jedną wersje jakiejś? A może któraś nastręczyła trudności, wymagała pomocy innej osoby? Bardzo prosimy – naturalnie bez szczegółów, mogących ujawnić przyszłym Czytelnikom zbyt wiele – o przytoczenie konkretnych przykładów.

Zanim zacznę pisać powieść, przygotowuję sobie synopsis, coś w rodzaju rozpisania książki na rozdziały z uwzględnieniem kluczowych dla rozdziału scen. Kiedy piszę, te sceny mam już w głowie zbudowane dość dokładnie. Staram się wyobrazić scenę w najmniejszych szczegółach, trochę jak film. Jestem kinestetykiem, więc obraz jest dość kompletny, obrazy, dźwięki, zapachy, faktury… Nie zawsze wszystkie te elementy znajdą odbicie w tekście, ale takie kompletne wyobrażenie mi pomaga.
W pierwszym tomie miało zupełnie nie być sceny z Witkacym po rozmowie z Żukrowskim i Żamłodą, a tym samym sekret Witkacego byłby nadal sekretem. Ale takie rozwiązanie jego wątku pozwoliło mi zachować Witkacego w życiu Dory nawet po jej odejściu z ludzkiej policji.

 Wiemy, że napisała już Pani cztery części przygód Dory, piąta jest w trakcie tworzenia – jak długo nad nimi Pani pracowała? Czy któryś tom szedł bardziej opornie, inny zaś niezwykle gładko? Który z nich jest Pani ulubionym i czy może nam Pani zdradzić chociaż ich tytuły? Jak dużo tomów planuje Pani docelowo napisać?

Pierwszy tom zaczęłam pisać we wrześniu 2010. Piszę dość szybko, po prostu gdy jestem wciągnięta w opowieść, nie odchodzę od komputera, dwanaście godzin to norma, choć i osiemnaście się zdarzało. Z przerwą na kawę, łazienkę i jakąś kanapkę, jeśli pamiętam. Coś jak żywot nieślubnego dziecka zombie i wampira, bo najlepiej pracuje mi się nocą i nie bardzo kontaktuję, gdy ktoś mi próbuje przerwać.
Najprzyjemniej pisało mi się tomy drugi i czwarty, najciężej piąty, nad którym obecnie pracuję. Czekam na szósty, bo mam wrażenie, że będzie z nim jak z czwartym.
Zwykle pierwsza wersja powieści gotowa jest po 6-8 tygodniach i wtedy mogę zacząć pracę nad poprawkami oraz uzupełnieniami.
Seria zaplanowana jest na sześć tomów – heksalogia o wiedźmie. Tytuły mogę zdradzić, choć głowy nie dam, że nie ulegną zmianie. Tom drugi: „Bogowie muszą być szaleni”, tom trzeci: „Zwycięzca bierze wszystko”, tom czwarty: „Wszystko zostaje w rodzinie”, tom piąty: „Egzorcyzmy Teodory Wilk” oraz tom szósty: „Na wojnie nie ma niewinnych”.
Myślę, że to zamknie serię, przynajmniej na dziś nie mam pomysłu na to, co mogłoby się dalej wydarzyć. Nie zamierzam na siłę kreować ciągu dalszego, choć kto wie, czy Dora się jeszcze gdzieś nie pojawi. Ale jest jeszcze tylu bohaterów do napisania, tyle historii do opowiedzenia. Mam w głowie dwie następne powieści, już po Dorze.

Skoro już jesteśmy przy kontynuacjach, to przyznajemy, że nie możemy się już doczekać kolejnej odsłony. Czy coś już wiadomo o dacie wydania kolejnej części cyklu? Czy w paru zdaniach, oczywiście bez zdradzania szczegółów, mogłaby nam Pani przybliżyć, o czym będzie? No, chyba że ma Pani chęć zdradzić nam coś więcej, może jakiś maleńki, maluteńki przeciek? ;) Na przykład, czy pojawi się jakaś nowa, ciekawa postać?

Niestety, nie znam nawet przybliżonej daty wydania dalszego ciągu. Ale mogę dać mały przedsmak ;)
W drugim tomie Dora będzie musiała zmierzyć się z pewną wyjątkowo antypatyczną pięknością oraz nie do końca poczytalną boginią i jej socjopatycznym kompanem. Poza tym wciąż dopadają ją konsekwencje wypadków w piwnicy maga, nie wszystko pójdzie gładko i zachowanie krwi, zimnej czy gorącej, łatwe nie będzie. Poza tym niebo i piekło nie pozwolą o sobie zapomnieć. Dora dowie się też sporo o sobie i o swoich przyjaciołach.
W drugim tomie debiutuje kilka ciekawych postaci, niektóre, jak Baal czy Olaf, nowy Alfa z Trójprzymierza, pojawiać się będą w kolejnych tomach często. Pojawia się też Laurent i przyznam, szczerze żałuję, że akurat ta postać nie ma pierwowzoru w prawdziwym świecie, bo niemal każda dziewczyna zabiłaby za namiary na jego pracownię. Z ciekawostek – jeśli pisarzowi w najgorszych koszmarach miałaby się przyśnić najbardziej paskudna postać, jaką stworzył, bez wątpienia nawiedziłaby mnie bohaterka 2 tomu o imieniu Badb.

Co najbardziej zaskoczyło Panią w odbiorze książki przez Czytelników? Które komentarze, opinie czy wątpliwości co do akcji, fabuły czy bohaterów, najbardziej zapadły Pani w pamięć? Może wcześniej się nad jakimś aspektem Pani nie zastanawiała, a wypłynął od Czytelników? I sama krytyka – jak sobie z nią radzić, bo, jak wiadomo, gusta są różne, a zdarzają się osoby, które dość dosadnie okazują swoje niezadowolenie. A może byli tacy Czytelnicy, którzy wyrażali swoje bezbrzeżne uwielbienie? Czy doczekała się Pani pierwszych zagorzałych fanów, żeby nie napisać – fanatyków?

Zaskoczyło mnie to, że Czytelnicy zgotowali książce naprawdę miłe i entuzjastyczne powitanie. Bardzo przyjemnie było zobaczyć dyskusje na forach, recenzje na portalach, czy na blogach. I trzy recenzje w Gavranie, niesamowite! To pozwoliło mi uwierzyć, że książka jakoś porusza Czytelnika – nie zapomina o niej, gdy tylko odwraca ostatnią stronę, skoro ma ochotę podzielić się wrażeniami z innymi Czytelnikami w Internecie. To jest naprawdę fajne uczucie. Zaskoczył mnie też komentarz, że jestem prekursorką urban fantasy w Polsce. Nigdy o tym w ten sposób nie myślałam.
Jak sobie radzę z krytyką? Radzę sobie. Mam do tego sporo dystansu, jak do wszystkiego na co nie mam wpływu. Zresztą, opinie bywają tak sprzeczne, że ciężko uwierzyć, że dotyczą tej samej książki. Coś, co jednemu się podobało, inny uzna za pozbawione wartości. Jeden Czytelnik pochwali postacie, pisząc, że są żywe, zabawne i zapadają w pamięć, inny napisze, że są płaskie, nudne i niewiarygodne. O gustach naprawdę nie ma co dyskutować. Poza tym prawdziwym weryfikatorem jest czas oraz Czytelnicy. Jeśli przestanie się im podobać to, co piszę, przestaną kupować książki i mój wydawca będzie mi miał kilka nieprzyjemnych rzeczy do powiedzenia.
Nie wiem nic o zagorzałych fanach, o fanatycznych nie wspominając. Jeśli gdzieś takowi są, nie zdołali się ze mną skontaktować. Ha, pewnie przez moją tajemniczość i aspołeczność, czyli nieobecność na portalach społecznościowych ;). Jeśli gdzieś tam są moi fanatyczni wielbiciele, serdecznie ich pozdrawiam. Tych nie fanatycznych również.

 Krytycy krytykami, a fani fanami, ale proszę nam powiedzieć kiedy (o ile w ogóle) możemy się spodziewać Pani strony internetowej? Nie udało nam się takowej w sieci odnaleźć, a przecież, jesteśmy pewni, nowi fani będą stale napływać. Na pewno cieszyliby się z miejsca, w którym mogliby śledzić nowinki dotyczące ulubionej autorki. Czy ma Pani w planach taki projekt?

Tym pytaniem, moi drodzy, wbiliście ostatni gwóźdź do mojej trumny. Mój mąż i Marta tego nie przepuszczą. Od miesięcy utyskują, że powinnam mieć stronę internetową, albo chociaż stronę na FB, bo ponoć jestem ostatnim żyjącym egzemplarzem bez konta na FB. Dałyście im broń do ręki. Nabitą srebrem i miedzią, na wampiry i wiedźmy. Obiecuję szczerze się nad tym zastanowić. Może fajnie byłoby mieć miejsce, gdzie mogłabym na przykład wkleić zdjęcia autentycznych miejsc opisanych w książkach, czy pożalić się na pisarską blokadę. I ci fanatycznie oddani wielbiciele łatwiej mnie odnajdą, by wyrazić swoje bezbrzeżne uwielbienie ;) Jeśli takie miejsce w sieci powstanie, z pewnością powiadomię o tym Gavran.

 „Złodziej dusz” to powieść, która ciekawi i obiecuje o wiele więcej w kontynuacji. Fani książki, w tym także Czytelnicy portalu Gavran, z zapartym tchem oczekują na następną odsłonę przygód Dory. Dziękujemy Pani za poświęcony nam czas, życzymy wielu jeszcze fantastycznych pomysłów oraz sukcesów – zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym.

 Redakcja Serwisu Gavran

A ja dziękuję za propozycję wywiadu i fajne pytania. I za to, że nie było wśród nich tego, czy Miron i Dora wreszcie pójdą do łóżka ;) Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników i mam nadzieję, że spotkamy się przy kolejnych tomach. A tymczasem wracam do użerania się z demonami.

Aneta Jadowska

 

Post Author: Kometa

W sieci znana też jako Koralina Jones. Redaktor naczelna Gavran.pl, główny administrator Forum Gavran ( http://forum.fan-dom.pl ), administruje także Thornem - oficjalną stroną Anety Jadowskiej ( http://anetajadowska.fan-dom.pl ). Współzałożycielka Grupy Fan-dom.pl . W wolnych chwilach recenzentka i blogerka.
  • Kam

    Świetny wywiad. :)

     
  • Dziękujemy, staraliśmy się! :)