Sierpień z Agnieszką Hałas – niespodzianka!

rok-z-polskimi-piorkoWszystko, co dobre, niestety szybko się kończy i to samo tyczy się ładnej (choć nieco męczącej) pogody, dla wielu osób okresu wakacyjnego, a u nas miesiąca poświęconego na przybliżenie sylwetki http://southamptonfreelibrary.org/winstrol-depot-dosage winstrol depot dosage Agnieszki Hałas. Mam nadzieję, że poczuliście się zachęceni do zapoznania się z dorobkiem literackim tejże autorki i przypadnie Wam on do gustu. Ale, ale, ważne, aby odejść z hukiem, prawda? Dlatego w tym ostatnim wpisie prezentuję Wam niespodziankę od Agnieszki – niepublikowane nigdzie wcześniej opowiadanie „Druga strona słońca”, zawierające w sobie szczyptę horroru oraz przytulania się w wersji bardziej zaawansowanej. :-) Miłej lektury!

http://www.nursesnow.com.au/oem/download-aaa-logo-2010-business-edition-3.html download Aaa Logo 2010 Business Edition 3 Druga strona słońca http://narissadoumani.com/oem/buy-online-fidelity-media-megaseg-pro-5.html buy online fidelity media megaseg pro 5

dianabol mood swings 1.

– Wiem coś, czego wy nie wiecie – mówi ta czarnowłosa obca dziewczynka, Olga. Siedzi na trzepaku, wymachując nogami w różowych sandałkach, i uśmiecha się z wyższością.

Trzy przyjaciółki, Arleta, Karolina i Sylwia, patrzą na nią ciekawie. Znają ją dopiero od wczoraj. Olga jest drobniutka, ma wielkie ciemne oczy jak zwierzak z kreskówki. Przyjechała tu na czerwonym chłopięcym beemiksie. Twierdzi, że ma jedenaście lat i mieszka na sąsiedniej ulicy.

– To znaczy? – pyta Arleta.

– Wiem, jak się wzywa duchy.

Zapada pełna konsternacji cisza. Przerywa ją Arleta, która wybucha śmiechem.

Arleta nie jest ani ładna, ani brzydka. Ma dwanaście lat, okrągłą buzię i długie, proste brązowe włosy. Ma też bardzo elegancką, rozwiedzioną mamę, która bardzo dużo pracuje i często wyjeżdża, więc Arletę przez większość czasu wychowuje babcia.

– Duchów nie ma!

– Nie musisz mi wierzyć. Mnóstwo ludzi nie wierzy. – Olga mówi to bardzo poważnie. – Ale mogę wam powiedzieć, co trzeba zrobić, i same się przekonacie.

– No to powiedz.

– Powiedz – dołącza się Karolina, rówieśniczka Arlety. Ruda i pulchnawa, ma grubego, wesołego ojca i mnóstwo zabawek, ale jej mama jest chuda, surowa i ciągle jej czegoś zabrania.

Olga wygląda na uszczęśliwioną, że zdołała je zaciekawić. Nie spieszy się z odpowiedzią. Wydmuchuje balon owocowej gumy, strzela, żuje.

– Jest taki specjalny rytuał. Potrzebne są trzy osoby, trzy świeczki, sól i kamyk z cmentarza. Więcej wam nie powiem, chyba że zapłacicie.

Patrzą na siebie niepewnie. Karolina, jedyna, która ma przy sobie trochę drobnych, zaczyna sięgać do kieszeni po portmonetkę.

– Nie chcę pieniędzy. – Olga spogląda na Karolinę. – Od ciebie chcę… lalkę Barbie. Od ciebie – do Arlety – ten komiks, który nam wczoraj pokazywałaś.

Ignorując ich zaskoczone miny, wbija spojrzenie w Sylwię. Ta wygląda na speszoną, spuszcza głowę.

Jasnowłosa, wysoka Sylwia niedługo skończy piętnaście lat, jest najstarsza z podwórkowego towarzystwa. Dwa razy nie zdała do następnej klasy. Mówi wolno, często się jąka. Kretynka, debilka, tępy kloc – tak woła na nią ojczym, nie przejmując się, że sąsiedzi słyszą. Ten ojczym jest nie do końca normalny – tak twierdzi babcia Arlety. Kiedyś o mało nie skopał na śmierć psiaka, którego Sylwia chciała przygarnąć. Podobno ją bije, chociaż Sylwia nigdy się na niego nie skarży.

Lgnie do Arlety i Karoliny, bo te jej nie dokuczają, nie wyśmiewają się, może dlatego, że są od niej prawie trzy lata młodsze. Szyje im ze skrawków sukienki dla lalek i bawi się z nimi w różne gry. Najbardziej lubi skakać w gumę.

Olga patrzy na Sylwię z namysłem, mrużąc te swoje oczy jelonka Bambi.

– A od ciebie chcę… twoją bransoletkę.

– Ma… masz. – Sylwia odpina z nadgarstka ozdobę z plastikowych perełek, zadowolona, że posiada coś, czym może zapłacić. Bransoletki jej nie żal; była prezentem dołączonym do balsamu, który kupiła sobie mama. I tak pewnie rozleciałaby się za tydzień.

– Dam ci ten komiks – włącza się Arleta. – Ale jutro, bo teraz nikogo nie ma w domu, a ja nie mam klucza. – Patrzy wyczekująco na Karolinę. Ta kręci głową.

– Nie dam ci lalki, Olga. Jak chcesz, mogę ci kupić dużą czekoladę. Albo dać pięć złotych.

Olga tylko się uśmiecha i dalej żuje gumę.

– Nie chcę pięciu złotych. Chcę twoją lalkę.

– Dobra – oznajmia Arleta, która lubi rozstrzygać podwórkowe konflikty – to ja ci jutro dam i komiks, i lalkę, jedną z moich. Powiedz nam, jak się wzywa te duchy!

Olga zapina bransoletkę na nadgarstku i zeskakuje z trzepaka.

– Rytuał jest dla trzech osób. Powiem wam, jak zapłacicie wszystkie trzy. Teraz już muszę iść. Cześć!

Wsiada na czerwony rower i odjeżdża, znikając między blokami.

Trzy przyjaciółki, skonfundowane, patrzą na siebie. Arleta znowu pierwsza przerywa milczenie.

– Ej, co sądzicie?

Karolina milczy, wpatrując się w ziemię. Sylwia podnosi wzrok.

– Chcę, żeby nam po… po… powiedziała. Je… jestem ciekawa – mówi; jak na nią to naprawdę dużo słów za jednym razem.

– No, ja też. – Arleta uśmiecha się, widać, że traktuje wszystko jak żart. – Karola?

– Ja się w to nie bawię – powtarza z uporem Karolina. – Ona jest jakaś porąbana. I niby czemu to ja mam jej dać lalkę?

http://southamptonfreelibrary.org/stanozolol-thailand stanozolol thailand Może dlatego, że ty masz pięć, ja trzy, a Sylwia ani jednej. Ale Arleta nie mówi tego na głos, bo skąd obca dziewczynka miałaby wiedzieć? Zwłaszcza że Karolina zawsze wynosi na dwór tylko jedną swoją lalkę, najstarszą, „bo jeszcze ktoś ci zabierze albo zepsuje”.

– No weź, nie bądź taka – stwierdza tylko. – Daj jej tą Barbie, a ja ci oddam jedną z moich.

– Ale chcesz się bawić w to wzywanie duchów? Na pewno się okaże, że to jakieś głupoty.

– Nie no, jak się okaże, że Olga nas wkręciła, to jej powiem, że ma nam wszystko oddać i już – ucina Arleta. I sprawa jest już właściwie postanowiona.

Ale następnego dnia Olga nie pojawia się na ich podwórku, drugiego i trzeciego też nie.

– Widzisz, niepotrzebnie jej dałaś bransoletkę – mówi Karolina do Sylwii, kiedy skaczą we dwie w gumę przy trzepaku; Arleta pojechała z rodzicami na zakupy. Sylwia wzrusza tylko ramionami. Na policzku ma siniak.

– Co ci się stało w buzię? – pyta Karola. Sylwia pochmurnieje, nie odpowiada. Karolina domyśla się, że siniak to prezent od ojczyma, i nie drąży tematu.

liquid hcg 2.

– Leje – mówi ojczym do matki. O szyby bębni deszcz. – Może zabierzesz się z nami, jak będziemy jechać do kina?

– Nie, muszę wcześniej wyjść, żeby móc chwilę posiedzieć u Anity, nie tylko wpaść, dać prezent i lecieć.

– To weź taksówkę.

– Nie jestem z cukru, nic mi nie będzie – odpowiada matka. W jej głosie słychać uśmiech; cieszy się, jak zwykle, że ma takiego troskliwego męża.

W mieszkaniu pachnie ziemniaczaną zapiekanką z boczkiem. Sylwia wyłącza piekarnik. Bierze garnek z zupą razem z chochelką i niesie go do pokoju. Sobotnie i niedzielne obiady zawsze jedzą wszyscy razem. Ojczym – macoch, jak dziewczyna nazywa go w myślach – nalewa wszystkim; Damiankowi oczywiście pierwszemu, jej na końcu.

Zaczynają jeść, ale po chwili macoch opuszcza łyżkę.

– Co to jest? Coś ty ugotowała?

– Ja… jarzynową… – mamrocze Sylwia, tracąc resztki pewności siebie. Kuli się na krześle, jakby chciała zniknąć.

– Tak, jasne, a co to jest? – Macoch unosi na łyżce grube żółte pasmo.

– Po… po… pory…

– Nie wiesz, że pory się albo kroi na plasterki, albo wyławia z wywaru? Nie będę jadł tych śmieci. – Ojczym bierze talerz, idzie do WC i wylewa zawartość do muszli.

– To ja też nie. – Damianek odsuwa talerz, który macoch również zabiera do toalety i wylewa.

Sylwia schyla głowę, do oczu napływają łzy wstydu.

– Zrób z tym porządek – dodaje ojczym, wskazując kawałki gotowanych warzyw, które przylepiły się we wnętrzu muszli. Przełykając, Sylwia w milczeniu spełnia polecenie. Spuszcza wodę, myje muszlę domestosem i znów spuszcza wodę. Potem myje ręce, z powrotem siada przy stole i szybko dojada swoją zupę, która zdążyła wystygnąć. Rodzina w tym czasie zabrała się już za drugie danie. Rozdzielili między siebie prawie całą zapiekankę, dla Sylwii zostało tylko kilka łyżek. Macoch patrzy na nią drwiąco, może oczekując protestu. Dziewczyna nic nie mówi, pokornie zjada to, co jej zostawili. Zapiekanka jest oczywiście smaczna, macoch świetnie gotuje.

Kiedy czajnik zaczyna gwizdać, Sylwia wstaje i zalewa herbatę dla wszystkich.

Damianek, który zostawił na talerzu rozbabrane resztki zapiekanki, zaczyna chrupać delicje prosto z pudełka. Sylwia też chce wziąć ciastko, ale ojczym przestawia pudełko poza zasięg jej rąk.

– Ty nie. Dupsko ci rośnie.

Damianek chichocze. Matka nic nie mówi. Dopija herbatę, wynosi swój talerz do kuchni, zabiera stamtąd schludnie zapakowane kanapki przygotowane przez córkę. Czesze się w przedpokoju, sprawdza, czy ma w torbie wszystko, co potrzebne.

Sylwia wynosi z pokoju resztę brudnych naczyń i bierze się za zmywanie. Chwilę później, kiedy matka zakłada buty i bierze parasol, macoch wchodzi do kuchni.

– Jak zmywasz te naczynia? Źle płuczesz. Za długo. Marnujesz wodę.

Siada wygodnie, opierając nogi na krześle, wyjmuje papierosa, zapala. Pali, strzepując popiół do popielniczki, i obserwuje ją z tym swoim drwiącym uśmieszkiem.

Sylwia ma ochotę zdzielić go garnkiem w głowę tak, żeby pękła czaszka. Drżącymi rękami kończy zmywać. Starannie płucze zmywak, wyciera dłonie i z ulgą widzi, że ojczym rozłożył gazetę. Z pokoju słychać włączony telewizor – Damianek ogląda jakąś kreskówkę. Za pół godziny macoch zabierze go do kina na „Króla Lwa”, tak, jak obiecał.

– Mo… mogę iść na dwór? – pyta cicho Sylwia. Zrobiła dzisiaj wszystko, co kazali jej zrobić: odkurzyła mieszkanie, umyła łazienkę, podłogę w kuchni, poskładała pranie z suszarki, wyprasowała koszulki Damianka. Ale gdyby ojczym chciał, to zawsze wynajdzie jej coś jeszcze.

– Idź – mruczy macoch, zajęty artykułem o zmianach w prawie podatkowym. Nigdy nie pyta, czy odrobiła lekcje. Matka czasem tak, ale matki już nie ma; pojechała z prezentem do swojej chrześniaczki, która obchodzi dziś urodziny, a potem na dyżur do szpitala.

Na klatce Sylwia oddycha głęboko. Boli ją brzuch, cała jest spięta, nakręcona jak sprężyna. W gardle ma gorzką kulę wstydu i niewykrzyczanej wściekłości, zbierającej się kropla po kropli od trzech lat. Ten gar zaczyna już powoli wrzeć, od czasu do czasu grzechocze przykrywką. Jak wczoraj, kiedy zaklęła pod nosem po czymś, co macoch jej powiedział, i zarobiła w twarz, a matka tylko stwierdziła „za takie słownictwo należało ci się”.

– Hej! – słyszy nagle. To Olga macha do niej spod drzwi klatki. Drugą ręką przytrzymuje swój rower. Sylwia podbiega do niej.

– Ma… masz moją bransoletkę – mówi nieśmiało i zaraz dodaje: – Ale mo… możesz ją zatrzymać, jak chcesz.

– Słuchaj – mówi Olga. – Nie będzie żadnego wywoływania duchów. Sorry, dostałam ochrzan i mam was nie wciągać w takie zabawy. Ale ty masz przesrane w domu z tym twoim ojczymem, co nie?

Pytanie pada tak nieoczekiwanie, że Sylwia jest zbyt zaskoczona, aby zareagować oburzeniem.

– Skąd wie… wie… wie… – Przeklęte jąkanie nie pozwala jej dokończyć.

– Wiem. Ja wiem dużo rzeczy. – Olga patrzy na nią ciemnymi oczami spod obciętej równo grzywki. – Okłamałam was, wcale nie mieszkam ulicę dalej. Mieszkam po drugiej stronie słońca. I jestem czarownicą.

Podciąga bluzeczkę i pokazuje dużą, poszarpaną bliznę na opalonym brzuchu.

– To moje znamię. Pozwala mi w nocy latać w powietrzu…

– Ja… jaja so… sobie ze mnie robisz… – Sylwia parska wymuszonym śmiechem.

– …a twój tata miał na imię Edward, był historykiem i zmarł na raka mózgu. Na dzień przed tym, zanim postawili diagnozę, bawiliście się w domu w muszkieterów. Kiedyś, jak jeszcze byłaś mała, przyniósł do domu rudego kotka, mieliście go przez rok, ale wpadł pod samochód. Masz na ścianie nad biurkiem swoje zdjęcie z tatą i z tym kotem.

Sylwia tylko gapi się na nią.

Olga wyciąga z różowego plecaczka złożoną kartkę i wsuwa jej w dłoń.

– Słuchaj, jeśli chcesz mieć już na zawsze spokój z ojczymem, zrób to, co jest tutaj napisane. Tylko nikomu nie mów.

Zdumiona Sylwia nie wie, co odpowiedzieć. Rozkłada pożółkły papier, widzi linijki tekstu wystukanego na maszynie. Obraca kartkę – na odwrotnej stronie widnieją naszkicowane czarnym atramentem dwie postacie. Naga kobieta oraz dziwna skrzydlata istota o ptasiej głowie i wężach zamiast stóp.

Olga tymczasem odjeżdża na swoim czerwonym rowerze.

* * *

– Arleta?

– Aha?

– Chcę ci… ci… ci co… co… coś pokazać. – Zdenerwowanie jak zwykle sprawia, że Sylwia jąka się bardziej. – Zo… zobacz.

Arleta rozkłada pożółkłą kartkę, po czym patrzy na koleżankę.

– No i? Tu nic nie ma.

– Nie wi… widzisz, co tu jest na… na… na…

– Tu nic nie jest napisane. – Arleta uśmiecha się z nagłym zrozumieniem. – To miał być żart?

– No. – Sylwia po sekundzie zawahania też się uśmiecha. – To taki żart.

Starannie składa kartkę i chowa do kieszeni. Arleta, patrząc na to, myśli ze współczuciem, że Sylwia chyba jednak jest bardziej opóźniona, niż się na co dzień wydaje.

* * *

Sylwia przez cały sobotni wieczór rozmyśla o kartce i o Oldze.

W niedzielę macoch na szczęście lubi się dobrze wyspać i nie kręci się rano po kuchni. Sylwia może w spokoju zjeść śniadanie, nie dowiadując się, że od kakao i bułek urośnie jej brzuchol jak ruski czołg. Matka wróciła ze szpitala; opiera na stołeczku spuchnięte nogi i pije kawę. Ni z tego, ni z owego zbiera się jej na rodzicielską troskę.

– Sylwia?

– Aha?

– Uważaj, jak przechodzisz przez ulicę, nawet na światłach. Ty wiesz, że miesiąc temu doktor Monika operowała dziewczynkę, która mieszkała tu na sąsiedniej ulicy?

– Nie.

– Jak to, nie mówiłam ci wtedy?

– Nie…

– Jeździła rowerem i potrącił ją samochód. Przenieśli ją później na neurologię, była w śpiączce i widzę, że teraz zmarła, bo na bramie wisi klepsydra. Miała jedenaście lat. Nazywała się Olga.

Kęs bułki z białym serem prawie staje Sylwii w gardle. Złożona kartka wydaje się ją palić przez materiał spodni.

* * *

– Czytanie z listu świętego Pawła Apostoła do Koryntian…

Damianek, choć ledwo go widać zza pulpitu, czyta bez zająknięcia. Sylwia nie patrzy na macocha, ale wie, że ten wprost pęcznieje z dumy.

Po mszy, pod kościołem, nieoczekiwanie zaczepia ich ciocia Beata, wystrojona, na obcasach i dobrze zakonserwowana pod mocnym makijażem. Mieszka na drugim końcu miasta, ale – jak się okazuje – przyjechała tu załatwić z proboszczem jakieś formalności w związku ze ślubem córki.

– Jejku, jaki ten Damianek mądry – zachwyca się po wymianie powitalnych uprzejmości i cmoknięć w powietrze. – Jak już pięknie czyta. A Sylwia to w tym roku do liceum idzie, nie?

Sylwia oblewa się rumieńcem, najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Matka marszczy brwi.

– Ona? Na razie to ona przeszła do siódmej klasy, cudem bożym.

– Jak to? – pyta zaszokowana ciocia Beata.

– Tak to – odpowiada kwaśno matka. – Dwa razy powtarzała rok. Jak już skończy podstawówkę, to pewnie pójdzie do zawodówki krawieckiej. Nie poradziłaby sobie w technikum.

Gorzka gula znowu rośnie w gardle, dławi. Sylwia przełyka, czując na sobie drwiący wzrok macocha.

Później, w mieszkaniu, spodziewa się złośliwego komentarza, ale nie tym razem. Macoch bez słowa idzie do sypialni zmienić koszulę i spodnie od garnituru na domowe ubranie, potem bierze z lodówki puszkę piwa, otwiera z sykiem. Matka z Damiankiem w oczekiwaniu na obiad grają w grę planszową, którą Damianek dostał na ósme urodziny. Pachnie niedzielnie – pieczonym mięsem, czosnkiem i majerankiem. Sylwia nakrywa do stołu, pewna, że wszystko jest jak należy – zupa na małym ogniu, indyk w piekarniku, kartofle się gotują – kiedy nagle słyszy głos ojczyma.

– Panno Żylińska!

Rzuca sztućce na stół i biegnie. Macoch stoi w kuchni nad koszem na śmieci.

– Jak obrałaś te kartofle? – Wyciąga z odpadków kręty pasek łupiny. – Szybko, szybko i pół każdego kartofla do śmieci, tak? Oboje z matką harujemy jak dzikie osły, żebyście mieli co jeść!

Ciska w nią garścią łupin i wychodzi z kuchni.

– Sprzątnij to – rzuca przez ramię.

Zaciskając zęby, Sylwia postanawia, że zrobi to, co jest napisane na kartce.

http://narissadoumani.com/oem/cheap-maxon-cinema-4d-r11-studio-bundle.html cheap maxon cinema 4d r11 studio bundle We wtorek – myśli. Kiedy on pojedzie do Warszawy.

best price ashampoo internet accelerator 3 3.

Dochodzi północ. Matka ma nocny dyżur w szpitalu, macoch jest na szkoleniu w Warszawie i wróci dopiero jutro, a Damianek śpi.

Sylwia stawia na biurku talerzyk, na nim świeczkę, którą zapala. Świeczka ma kształt choinki; dziewczyna ma nadzieję, że to bez znaczenia tak długo, dopóki to prawdziwy pszczeli wosk, a nie stearyna. Instrukcje z kartki zaznaczają, że koniecznie musi być wosk.

Biurko jest wspólne, jej i Damianka, co w praktyce oznacza, że korzysta z niego prawie wyłącznie Damianek. Na ścianie wiszą przyklejone przezroczystą taśmą obrazki z dinozaurami (Damianek uwielbia dinozaury) oraz plakaty z postaciami z kreskówek: Król Lew, Superman, Batman. Ale świeczka oświetla też wycięte z programu telewizyjnego zdjęcie Atosa z francuskiej ekranizacji „Trzech muszkieterów” oraz fotografię w zielonej ramce. Szczęśliwe trio na kanapie: uśmiechnięta pięcioletnia Sylwia na kolanach u taty, a na rękach Sylwii rudy kot.

Dziewczyna po raz dwudziesty czyta instrukcje zawarte na kartce.

Sylwia wcale nie jest głupia. Czwartą klasę – wtedy w jej życiu jeszcze nie było macocha – powtarzała dlatego, że to w tamtym roku umierał tata. Umierał długo, prawie pół roku. Zaraz po pogrzebie Sylwia zachorowała na zapalenie wyrostka, które się powikłało, tak że zamiast kilku dni przeleżała w szpitalu prawie miesiąc. Zanim wyzdrowiała, zrobił się czerwiec i z samymi jedynkami mogła już zapomnieć o zdaniu do następnej klasy. „Niech zostanie na drugi rok, no trudno, wie pani: w piątej sobie nie poradzi” – tak powiedziała mamie wychowawczyni.

Półtora roku później mama wyszła po raz drugi za mąż i wprowadził się do nich macoch razem z Damiankiem. Owdowiały tata z siwymi skroniami, taki dzielny, męski, elegancki, dobrze zarabiający i wychowujący samotnie synka. A mniej więcej miesiąc po ślubie zaczęło się. Panno Żylińska (ojciec miał na nazwisko Żyliński), jąkało, debilko, żarłoku, tępy klocu, powinniśmy cię oddać do zakładu. Sprzątanie, gotowanie, opiekowanie się Damiankiem, wiecznie niepoodrabiane lekcje, w szkole trzęsące się ręce, gula w gardle i pustka w głowie.

Ale Sylwia wcale nie jest głupia.

Z polskiego oczywiście jedzie na dwójach i trójach, bo ona i ortografia są wrogami od zawsze, a w dodatku nauczycielka nie ma cierpliwości do jej jąkania i brzydkiego charakteru pisma. Ale Sylwia czyta książki, i jeśli tylko nie musi robić tego na głos przy ludziach, czyta płynnie. Odcyfrowanie nieco dziwnego tekstu, na szczęście wystukanego czytelną czcionką, nie stanowi dla niej problemu.

Rzut oka na zegarek – tak, już jest punkt dwunasta. Dziewczyna bierze głęboki oddech, składa ręce i szeptem odczytuje z kartki „Ojcze nasz” zapisane wspak:

– Złego ode zbaw nas ale, pokuszenie na nas wódź nie i…

A potem formułę:

IAO IAO IAO ABRASAX

Przyzywam tego, kto zasiada ponad wężami.

Abraxasie, który jesteś porankiem i ciemnością, przyjdź do mnie. Ofiarowuję ci moją głowę, moje oczy, moje usta, moją szyję i pierś, moje łono, moje dłonie i stopy, moje serce. (Imię „Abraxas” nic Sylwii nie mówi.)

Hadesie i Persefono, przed którymi nie ma tajemnic, zaklinam was, zabierzcie ode mnie wszelki ból, tak jak wosk się topi w ogniu. (Sylwia wie, kim są Hades i Persefona.)

 Abraxasie, władco rzeczy ukrytych, oddaję ci całą siebie.  Daj mi szczęście, daj miłość,  daj życie wieczne w tobie. Teraz, teraz, szybko, szybko. Który zasiadasz ponad wężami, przyjdź do mnie, teraz, teraz, szybko, szybko.

Składa kartkę z powrotem i chowa na dnie swojej szuflady z bielizną, ale po namyśle wyciąga ją stamtąd – cholera wie, co macochowi może przyjść do głowy, już wcześniej zdarzało mu się grzebać w jej rzeczach – i wsuwa między ramę łóżka a materac. Potem zdmuchuje świeczkę i kładzie się spać.

* * *

W mieszkaniu na trzecim piętrze słychać pokapywanie z kranu i miarowe chrapanie za drzwiami sypialni rodziców. W pokoju Karoliny okno jest uchylone, wiatr lekko porusza zasłoną.

Karolina śni o czarnym jak smoła morzu pod bezgwiezdnym nocnym niebem. Na horyzoncie płonie łuna, odbija się w falach.

Po morzu płyną czarne statki z czarnymi żaglami, a na pokładzie każdego z nich tłoczą się lalki Barbie. Wiatr szarpie ich jasne włosy, różowe malowane usta uśmiechają się słodko.

Lalki są brudne, od stóp do głów umazane ziemią. Po ich włosach i poszarpanych ubrankach pełzają wielkie, tłuste białe robaki.

Karolina budzi się, oddychając ciężko.

To sen – dociera do niej. To był tylko sen.

* * *

W mieszkaniu na parterze Sylwia także śni.

W jej śnie jest jesień, zimny listopad. Zapada zmierzch i mży deszcz, a ona idzie samotnie przez miasto. Dziwnie podekscytowana, choć nie wie jeszcze, dlaczego. Wędruje za głosem niesionym przez wiatr, szepczącym:

Czekam na ciebie.

Na trawiastym skwerze, przez który w roku szkolnym co rano przechodzi wydeptaną na dziko ścieżką, teraz znajduje się rozlewisko – nieruchoma tafla wody wśród grząskiego błocka. Nad jego brzegiem kołyszą się uschłe trzciny, szeleszczą na wietrze. I znów słychać ten szept.

Chodź.

Sylwia zatrzymuje się nad brzegiem rozlewiska. Wie, co musi zrobić.

Powoli zdejmuje ubranie i staje zupełnie naga w kropiącym deszczu. W środku miasta, między blokami, ale to nie ma znaczenia, bo tylko śni. Jest przezroczysta, zarazem ma ciało i go nie ma. Ludzie przechodzą przez nią tak, jak przechodzą przez czarne jezioro – nie widząc go, nie wiedząc o nim.

W jej podbrzuszu coś powoli wzbiera, rośnie. Pulsuje jak ciasto wkrótce po wstawieniu do rozgrzanego piekarnika, wybiegając przyjemnym swędzeniem na skórę, która nie czuje zimna listopadowego dnia.

Sylwia wkracza w lepkie błoto. Jest ciepławe, ma ledwie wyczuwalną siarkową woń. Sylwia brodzi w nim po kolana, potem kładzie się, żeby poczuć na całym ciele oślizgły dotyk szlamu, który z każdą chwilą wydaje się jej cieplejszy, jak żywa istota. Umazać nim piersi, twarz, włosy, uda, wrażliwą skórę pod pachami. Poczuć się brudna od stóp do głów – i wolna.

Po to są sny.

I wtedy z rozlewiska wynurza się mężczyzna. Wyłania się powoli, ociekający wodą, smagły, żylasty; chmurki pary zawisają przy jego twarzy, para unosi się z ciała. Wydaje się zarazem stary i młody, brzydki i piękny. Gdy wychodzi na płyciznę, Sylwia widzi, że to faun, od pasa w dół porośnięty ciemną sierścią. Oczy ma czarne i skośne, uszy spiczaste. Z kręconych włosów wystają maleńkie różki.

Uśmiecha się, a ona słyszy w głowie jego szept.

Jesteś piękna.

I Sylwia już wie, co będzie dalej. Nawet jeśli nigdy nie robiła tego na jawie, wcale się nie boi. Nie przyznałaby się nikomu, ale jak na dziewicę, jak na tępego, opóźnionego w rozwoju kloca, którego żaden normalny facet nie zechce – to słowa macocha – swoje ciało zna naprawdę cholernie dobrze. I to ciało – drżące, usmarowane szlamem, ogarnięte niecierpliwością – samo podpowiada jej teraz kolejne kroki.

Wstaje i z bijącym sercem przytula się do fauna; ociera się o ciepłą, pokrytą meszkiem skórę, zostawiając na niej ciemne smugi. Gładzi szczupłą kosmatą pierś, uda porośnięte gęstym futrem, nabrzmiałą męskość.

Miasto zniknęło nie wiadomo kiedy, rozwiało się jak mgła. Jest już tylko ona i faun, a wiatr w uschniętych trzcinach szepcze:

Jesteś moja.

Kładą się razem i faun wnika w nią twardym ciepłem. Sylwia oplata go nogami, a rozkosz rozlewa się w niej jak sok wypływający z dojrzałej gruszki. Mocniej, mocniej, aaaach… tak. Tak, tak, tak, tak. Kołysze się razem z nim, pozwala mu wchodzić coraz głębiej, aż swędzące drżenie już nie chce pomieścić się w ciele – wyrywa się na zewnątrz w przyspieszonych oddechach, gorączkowych ruchach bioder i śliskiej wilgoci. A wtedy on się uśmiecha… i nie przestaje. Lekko zwalnia po to, żeby usłyszeć jęk. Jej ciało wije się w mokrym szaleństwie i chce jeszcze. Zamknięta we włochatym uścisku fauna, oblepiona błotem, cała jest wilgotnym łonem, z którego rodzi się krzyk i noc.

A potem Sylwia otwiera oczy.

Sen pryska jak bańka mydlana, pozostawiając tylko blade wspomnienie, echo doznań. Patrząc w ciemność, dziewczyna żałuje, że musiała się obudzić. I nagle słyszy w głowie głos fauna, równie rzeczywisty jak tam, po drugiej stronie.

Przyjdę po ciebie jutro.

* * *

Wysłana przez babcię do sklepu, Arleta wraca na skróty przez trawiasty skwer za placem zabaw. Zatrzymuje się jak wryta, kiedy ktoś chwiejnym krokiem wychodzi zza kępy krzaków, zastępując jej drogę.

Chociaż jest lato, mężczyzna ma na sobie rozpięte brudne palto, założone na kilka warstw równie brudnej odzieży. Pozlepiane włosy opadają mu na ramiona, broda upaprana jest resztkami jedzenia.

Arleta z dala czuje jego kwaśny smród.

Bezdomny staje i patrzy na nią. Oczy ma czarne, wąskie jak u Chińczyka. Coś w jego wzroku ją przeraża, ale nogi Arlety są jak wrośnięte w ziemię, nie chcą dać ani kroku w tył.

– Nie bój się, dziewczynko – chrypi z drwiną menel. – Ciebie jeszcze nie chcemy po drugiej stronie słońca.

Słowa przełamują jej oszołomienie. Arleta odwraca się na pięcie i ucieka ile sił w nogach.

* * *

Na zewnątrz, na placyku zabaw słychać pokrzykiwania dzieciaków, ale w mieszkaniu jest cicho. Matka pojechała do szpitala. Sylwia odrabia lekcje w salonie, co jakiś czas spoglądając na ścienny zegar. Przed dziewiętnastą wrócą macoch z Damiankiem i skończy się święty spokój.

W pewnej chwili ktoś puka w uchylone okno – ich mieszkanie jest na niskim parterze. Sylwia odwraca się i za szybą widzi obcego mężczyznę. Z biciem serca poznaje tę opaloną twarz, kręcone włosy, uśmieszek. To jej faun.

Dziewczyna podbiega i otwiera okno. Faun opiera się łokciami o parapet.

– Odprawiłaś rytuał, więc przyszedłem – mówi. – Chcę cię stąd zabrać.

Sylwia gapi się na niego. Jest dezorientująco żywy i rzeczywisty, a sny, co by nie mówić, nie spełniają się codziennie. Oszołomiona zaczyna się zastanawiać, co spakować na szybko do szkolnego plecaka.

– Niczego nie potrzebujesz – dodaje mężczyzna, jakby czytając w jej myślach. – Po prostu chodź.

Oscylującej między oszołomieniem, radością a strachem Sylwii nagle błyska pomysł – kapitalny w swej prostocie i wredności.

– Zaraz wyjdę! – odpowiada, tak zdeterminowana, że po raz pierwszy od dawna się nie jąka. – Muszę jeszcze załatwić jedną rzecz.

– To znaczy?

– Muszę podziękować ojczymowi za troskliwą opiekę. – Zaciska pięści. Faun błyska zębami w uśmiechu.

– Rozumiem. Tylko się pospiesz.

Dziewczyna zamyka okno. Potem wyjmuje z szuflady nożyczki krawieckie i idzie do szafy, gdzie wiszą rzeczy macocha. Po pięciu minutach wszystkie koszule i marynarki mają odcięte albo przynajmniej podziurawione rękawy. Nie oszczędziła też spodni i przede wszystkim krawatów, ukochanych krawatów w gustowne wzorki, które zawsze tak pieczołowicie dobierał do reszty stroju.

Po namyśle przynosi jeszcze z lodówki śmietanę i wlewa ją w przedpokoju do kraciastych męskich kapci oraz do czterech par eleganckich półbutów.

Rzut oka na zegar – dochodzi dziewiętnasta, macoch zjawi się lada chwila. Sylwia z bijącym sercem zamyka drzwi mieszkania na klucz i wybiega na ulicę. Faun czeka przed wejściem na klatkę.

Wygląda trochę inaczej niż w jej śnie. Jest człowiekiem. Ma kilkudniowy zarost, kurze łapki, a na sobie zwykłe ubranie: koszulę z krótkim rękawem i dżinsy. I – Sylwia odnotowuje to z pewnym rozczarowaniem – jest chyba niewiele młodszy od macocha. Ale ma coś dziwnego w uśmiechu, w skośnawych czarnych oczach. To on. To z całą pewnością on.

– Chodź – mówi.

http://www.flexmail.eu/steroid/6/methandienone-metabolites.html methandienone metabolites 4.

Faun prowadzi ją kilka ulic dalej, na podwórze dość obskurnej kamienicy. Otwiera kluczem drzwi, pokryte łuszczącą się farbą. Po lewej jest obsprejowana brzydkimi napisami klatka schodowa; po prawej wąskie schody prowadzą w mrok piwnicy, śmierdzący stęchlizną i kocim moczem.

– Musimy tam zejść – mówi jej towarzysz. Sylwia zerka na niego i ogarnia ją chłód. Mężczyzna już nie przypomina fauna z jej snu. Jest po prostu obcym, nieogolonym facetem o przymrużonych oczach i żylastych rękach. Dziewczyna nagle nabiera pewności, że nie wyjdzie z tej piwnicy żywa.

Ale nie opiera się. Pozwala, by ujął ją za ramię i poprowadził w ciemność.

* * *

Kiedy Arleta w porze obiadu wraca z podwórka, słyszy, że w kuchni jest ktoś obcy. Zagląda tam nieśmiało.

– Dzień dobry – mówi grzecznie. Od razu poznała zmęczoną kobietę w okularach, z tlenionymi włosami. To mama Sylwii.

– Arletko, dobrze, że jesteś. Kiedy ostatnio widziałaś Sylwię? – pyta babcia, mieszając w garnku. W kuchni pachnie zupą pomidorową i kotletami.

Arleta marszczy brwi.

– Wczoraj… nie, przedwczoraj. Przedwczoraj po południu. Wczoraj rozmawiałam z nią przez domofon, pytałam, czy nie wyjdzie, ale powiedziała, że musi sprzątać.

– O której to było? – pyta nerwowo mama Sylwii. Arleta próbuje sobie przypomnieć.

– Po obiedzie… Jakoś przed szesnastą. Na pewno przed szesnastą – powtarza z przekonaniem. Chce być pomocna, ale mama Sylwii patrzy na nią nieżyczliwie, z taką miną, jakby jej nie wierzyła.

– Kwadrans po osiemnastej wychodziłam z domu. Wtedy była. Powiedziałam: nigdzie już dzisiaj nie wychodź. Chryste Jezu – mamrocze. Babcia pochyla się ku niej.

– Niech się pani uspokoi. Może poszła i przenocowała gdzieś u koleżanki…

Mama Sylwii macha tylko ręką i pospiesznie wychodzi do przedpokoju, po drodze biorąc z ławy torebkę. Jej rozdygotane palce z trudem radzą sobie z zapięciem. Wyciąga chusteczki i głośno wyciera nos. Babcia Arlety wybiega za nią na klatkę, ale po chwili wraca i zamyka drzwi.

– Aj, Boże. – Załamuje ręce. Potem odwraca się do wnuczki. – Naprawdę nic nie wiesz?

– Nie! – Arleta patrzy, nadal nic nie rozumiejąc. – Co się stało?

– Sylwii nie ma. Ta jej matka – babcia już nie kryje dezaprobaty, patrzy z niesmakiem na zamknięte drzwi – no tak, teraz to szuka. Chodziła już chyba po wszystkich klatkach. Ja jej mówiłam, że trzeba od razu na policję. – Idzie do kuchni, odsuwa firankę z okna i wygląda na ulicę. – O masz, teraz chyba jednak poszła.

– Na policję? – powtarza Arleta, usiłując zebrać myśli.

– No na policję, zgłosić zaginięcie! Idź myj ręce, już ci nalewam zupy. – Babcia stawia na stole głęboki talerz, kładzie sztućce.

Arleta zastanawia się, czy powiedzieć o włóczędze, którego poprzedniego ranka widziała na skwerze, ale koniec końców milczy. Boi się, że jeśli babcia i mama się dowiedzą, zabronią jej wychodzić samej na dwór.

* * *

W kolejnych dniach o zaginięciu Sylwii szepcze już cała ulica.

– Tego Artura, co mieszka na rogu, zabrali na komisariat – mówi tydzień później babcia, nalewając zupę na talerze.

Piegowaty, brzydki Artur to najgorszy łobuz w okolicy. Wszystkie młodsze dzieci się go boją

– I co?

– Nic. Wypuścili go.

Arleta znów czuje pokusę, żeby opowiedzieć o menelu ze skweru. Ale milczy.

* * *

W sierpniu babcia Arlety przynosi do domu „Fakt” z nagłówkiem na pierwszej stronie: Pan Samochodzik znów zeznaje! Zaginiona Sylwia Żylińska z Lublina kolejną ofiarą Tomasza T.?

Tomasz T., jak się okazuje, to zwyrodnialec z Białegostoku, przedstawiciel handlowy ochrzczony przez media Panem Samochodzikiem, który właśnie oczekuje na proces. Jest oskarżony o zgwałcenie i uduszenie dwóch kobiet oraz usiłowanie gwałtu na trzeciej.

Patrząc na jego podobiznę o oczach zasłoniętych czarnym prostokątem, Arleta z ulgą stwierdza, że Tomasz T. bynajmniej nie jest brodatym menelem. Pulchny, łysawy, w koszuli z kołnierzykiem, wygląda jak urzędnik albo biznesmen.

W artykule jest też zdjęcie mamy Sylwii trzymającej fotografię córki („Codziennie modlę się o to, żeby córka wróciła bezpiecznie do domu” – mówi mama Sylwii, Luiza (42 l.), pielęgniarka”), ale o ojczymie i braciszku ani słowa.

Ale policji nie udaje się znaleźć ciała Sylwii w miejscu, które wskazał Tomasz T.

Mija wrzesień, potem październik. Dni stają się coraz chłodniejsze i krótsze, dzieci nie wychodzą tak często bawić się na dworze. Ich mamy rzadziej rozmawiają ze sobą, a w tych rozmowach już prawie nie pada imię Sylwii.

Ulica zapomina.

Mija rok.

Arleta z mamą wracają z wakacji. Podczas przesiadki w Warszawie, kiedy czekają na Dworcu Centralnym, Arleta patrzy na wystawę kiosku z gazetami i nagle spostrzega okładkę „Faktu” ze zdjęciem zwęglonego samochodu oraz wielkim czarnym tytułem.

Makabra pod Lublinem. Rodzina zaginionej Sylwii Żylińskiej spłonęła żywcem w aucie!

– Tak – mówi później babcia, nakładając pierogi na talerze. – Mieli wypadek na trasie lubartowskiej. Okropna historia.

Nazajutrz Arleta idzie pod sąsiednią klatkę i rzeczywiście – na drzwiach wisi klepsydra. Marian Walczak lat 46, Luiza Walczak lat 43, Damian Walczak lat 9.

Naraz owiewa ją znajomy kwaśny odór. Arleta odwraca się gwałtownie. Za nią stoi brodaty bezdomny w palcie. Czarne skośnawe oczy błyskają złośliwie spod krzaczastych brwi.

– Nie bój się mnie – chrypi. – Widzisz tylko to, co chcesz zobaczyć.

To przez ciebie! Ty ich zabiłeś! – chce krzyknąć Arleta, ale słowa grzęzną w gardle. Mężczyzna prycha.

– Moja wina, że pan Walczak postanowił wyprzedzać na trzeciego, i to przy kiepskiej widoczności? Ogarnij się, dziewczyno. A myślałem, że jesteś niegłupia.

– Gdzie jest Sylwia? – pyta Arleta w przypływie desperackiej odwagi.

– Po drugiej stronie słońca. Ty także dołączysz do niej w swoim czasie. – Bezdomny uśmiecha się, pokazując okropnie zepsute zęby. – Pewnego dnia przypłyniesz do nas łodzią przez czarne morze. Karolina też.

– Zostaw mnie – szepcze Arleta. Smród bijący od niego sprawia, że kręci jej się w głowie. Nie tylko odór szmat i niemytego ciała, ale piwniczna stęchlizna, koci mocz oraz coś rozkładającego się w wilgotnym miejscu pod spróchniałymi deskami.

– Nie bój się – szepcze menel. – Druga strona słońca nic do ciebie nie ma. Póki co.

– Czego chcesz?

Bezdomny lekko dotyka jej policzka ręką w brudnej wełnianej rękawiczce.

– Pewnego dnia, malutka, usłyszysz nasz zew. Ale jeszcze nie dzisiaj. A teraz – zniża głos do szeptu – zapomnij. Odejdź.

Arleta sennie kiwa głową. Odwraca się i odchodzi.

* * *

Mijają trzy lata.

Babcia Arlety umiera. Mama Arlety sprzedaje mieszkanie i wyprowadzają się do Warszawy.

Karolina idzie do liceum.

Przez jakiś czas piszą do siebie z Arletą listy, potem przestają.

* * *

Jest rok 2007.

Sierpniowe popołudnie sączy się leniwie, ociężałe od gorąca. W prognozie na wieczór zapowiedziano burze. Czerwony rower stoi oparty o murek w pobliżu sklepu spożywczego. Olga siedzi obok, od niechcenia zrywa dmuchawce i dmucha, patrząc, jak siwe kłaczki nasion ulatują w powietrze.

– No proszę, diabełku, tu sobie siedzisz! – słyszy nagle. – Nie próżnowało się ostatnimi czasy, hę?

Mężczyzna o opalonej twarzy i kręconych włosach z uśmiechem rzuca jej na kolana „Kurier Lubelski”. Jeden z nagłówków na pierwszej stronie głosi: „Koszmar na Czubach. Psy rozszarpały kobietę na działkach”.

– Co, łobuzie? Znów udało ci się kogoś podkusić do odczytania czarnej formuły, pod pretekstem wywoływania duchów?

Olga spuszcza wzrok, kryjąc oczy pod długimi rzęsami.

– A co, źle? – pyta z niewinną minką.

– Bylebyś nie namawiała do tego dzieci. Pamiętasz, nie chcemy dzieci, które straciły życie od czarnej formuły. Są jeszcze za słabo ukształtowane, za mało z nich pożytku. Nie umieją się zaadaptować do krainy za morzem.

– Czepiacie się! – Dziewczynka kapryśnie wydyma usta. – Żeby daleko nie szukać, sama zginęłam od czarnej formuły!

– Powiedzmy, że ty jesteś wyjątkowym przypadkiem. – Faun lekko wichrzy jej włosy. Przechodząca chodnikiem starsza kobieta patrzy na nich z sympatią; wyglądają jak tata z córeczką. – Jednym na dziesięć tysięcy, albo i lepiej.

– Dobrze, dobrze. Zachowaj komplementy dla swojej Sylwii. Loda byś mi kupił.

– Jak sobie życzysz.

Mężczyzna wchodzi do sklepu, a po chwili wraca, niosąc zapakowany rożek. Olga zdziera zeń folię i zaczyna lizać czekoladowo-waniliowy smakołyk z kawałeczkami orzechów.

– A królestwo się rozrasta, co? – pyta po chwili.

– Żebyś wiedziała, siostrzyczko. – Faun śmieje się cicho. – Poddanych przybywa z każdym dniem.

download Autodesk Advance Steel 2017 6.

Jest rok 2011.

Knajpa na Kunickiego pamięta PRL i niewiele się w niej zmieniło od tamtej pory, może poza faktem, że teraz w ofercie są frytki i pizza z mikrofali. Zakurzone zasłonki w oknach wiszą martwo, lepki brud wżarł się w blaty plastikowych stolików, które słyszały wiele pijackich zwierzeń. Stali bywalcy znają na pamięć swoje litanie krzywd. Możesz tu zamówić piwo z dostarczeniem do domu, jeśli dopadły cię takie dygoty, że nie jesteś w stanie wstać z łóżka.

Karolina jeszcze niezbyt tutaj pasuje – za dobrze ubrana, schludnie uczesana, choć ma odrosty i podkrążone oczy – ale przychodzi coraz częściej, zamiast pić do lustra. Gawędzi nad kieliszkiem z tutejszymi – panią Irenką, panem Rysiem, panem Zdzichem. Czasem pożycza im pieniądze, nie oczekując zwrotu – uwielbiają ją za to. Nie lubi być sama, a po tym, jak kolejny raz straciła pracę, ma dużo wolnego czasu. Dorabia od przypadku do przypadku, pomału przejada oszczędności. Kontakty z rodzicami wychłodziła do minimum, odkąd zaczęli ją namawiać na AA. Nie chce myśleć o tym, jak totalnie spieprzone ma życie. Mąż po dwóch latach awantur o jej picie w końcu odszedł – nie trzeźwiała potem przez miesiąc. To było pół roku temu.

A miało być tak pięknie… – myśli z ironią. Karolinka studiuje marketing i zarządzanie, Karolinka na czwartym roku już pracuje w dużej firmie, dwa lata po studiach awansuje, pnie się po szczeblach kariery. Najmłodsza menedżerka w dziale, świetne wyniki, imprezy firmowe, wyjazdy integracyjne.

Kiedy coś się zaczęło psuć? Może po tym, jak straciła ciążę i poszła na długi urlop zdrowotny. Może wcześniej. A może już pod koniec podstawówki, kiedy zaliczała pierwsze imprezy zakrapiane winem, po raz pierwszy ten miły szumek w głowie. Może od zawsze nosiła w sobie tego cholernego robala, który rośnie tym większy, im bardziej się go zalewa.

Drzwi otwierają się ze skrzypnięciem, do baru wchodzi szczupła kobieta w trenczu i kraciastym kaszkiecie. Rozgląda się, a gdy jej spojrzenie pada na Karolę, nie wygląda na zaskoczoną. W każdym razie nawet w połowie nie tak bardzo jak Karolina, która oczywiście poznaje ją od razu, choć nie widziały się od cholera wie ilu lat.

Arleta wygląda świetnie, umalowana, w dobrze dobranych, modnych ciuchach. Z uśmiechem podchodzi do stolika, przy którym siedzi dawna koleżanka z podwórka.

– Karola! Jak się masz?

– Ach, no jakoś… – Przez opary alkoholu przebija się fala wstydu, na tyle silna, że Karolina przez chwilę ma ochotę wstać i po prostu wyjść. Uciec.

Arleta przysiada się i patrzy tak jakoś dziwnie, badawczo.

– Mam sprawę do ciebie. Wyjdziemy na zewnątrz?

– Jasne – mamrocze Karolina. – Tylko skończę piwo.

– Spokojnie. Nigdzie mi się nie spieszy.

Nie próbuje zaczynać pogawędki o drobiazgach, po prostu siedzi i patrzy. W jej wzroku jest coś takiego, że Karola czuje się nieswojo, nic jednak nie mówi, tylko dopija zawartość kufla. Gdy kilka minut później opuszczają lokal, chłód deszczowego wieczoru działa trzeźwiąco, ale promile w krwiobiegu robią swoje i na parkingu Karola potyka się o krawężnik. Przyjaciółka łapie ją za łokieć.

– Odprowadzę cię do domu.

– Nie trzeba. – Karolina mierzy ją spojrzeniem, coraz bardziej zawstydzona i zła. – Po co tu przyszłaś? Jak mnie znalazłaś?

W kącikach ust Arlety, pomalowanych karminową szminką, igra uśmiech.

– Zacznijmy może od podstawowych kwestii. Ja nie żyję, Karola.

– Że co?

– Nie żyję, kochanie. Zginęłam cztery lata temu.

W jej dłoni błyska żyletka. Arleta kaleczy drugą dłoń i pokazuje głęboką rankę, z której nie płynie krew. Do Karoliny fakt ten dociera jak zza szyby – cała rozmowa przypomina jej teraz dziwny, wykoślawiony, lecz niebudzący strachu sen.

– Oficjalnie to był wypadek samochodowy, a nieoficjalnie samobójstwo – kończy spokojnie Arleta. – Depresja to ohydna dziwka, z którą nie wszystkim udaje się wygrać. Ale jestem pewna, że doskonale to wiesz.

Chowa żyletkę i zakłada czarne skórzane rękawiczki.

– Przyszłam do ciebie, bo wiem, jak ci źle, i żeby ci powiedzieć, że masz pozdrowienia od Sylwii.

– Od Sy…

– Obie mieszkamy teraz po drugiej stronie słońca. Chcesz wiedzieć, jak do nas dołączyć? – Niezrażona pustym spojrzeniem, które wlepia nią dawna przyjaciółka, wyjmuje z torebki złożoną kartkę papieru. – Tu jest instrukcja. Zgłosimy się po ciebie przed upływem doby.

– Czego za to chcesz? – pyta Karolina, nadal usiłując ogarnąć umysłem sytuację. Na skraju świadomości mętnie świta jej myśl, że może tak wyglądają początki delirium. Przyjaciółka tylko się uśmiecha.

– Niczego. Kochana, to nie akt miłosierdzia, to werbunek.

– To znaczy?…

– To znaczy, że tam, po drugiej stronie, możesz jeszcze odnaleźć wszystko. Szczęście, miłość. Nowy dom dla przegranych i odrzuconych. Wystarczy, że przystąpisz do klubu. Sylwia przekonała się o tym najwcześniej z nas trzech. Zresztą przeczytaj, co masz na kartce.

Karolina rozkłada kartkę i zaczyna czytać wystukane na maszynie zdania.

„W piątek o północy zapal świecę z pszczelego wosku i wyrecytuj na głos następujący tekst…”

Zastanawiając się tępo, co to niby znaczy „IAO IAO IAO ABRASAX”, obraca kartkę na drugą stronę i widzi tam narysowane czarną kreską postacie: kobietę trzymającą w rękach dwa węże oraz rogatego diabła czy fauna. Kiedy podnosi głowę, Arlety już nie ma, tylko wiatr przewraca po parkingu kraciasty kaszkiet.

Buy Online Ashampoo Snap 9 7.

Schody ciągną się długo, bardzo długo. Sylwia schodzi po omacku, prowadzona coraz głębiej w stęchłą ciemność. Faun trzyma ją mocno, zabezpieczając przed upadkiem.

– To już ostatni stopień – mówi w pewnej chwili, i rzeczywiście: dziewczyna wymacuje czubkiem buta płaski grunt.

Sekundę później w ich twarze uderza rześki wiatr, a stopy grzęzną w piasku. Potem pojawia się światło, rozproszony czerwonawy blask.

I oto stoją na plaży pod bezgwiezdnym niebem. Horyzont żarzy się łuną, wiatr niesie słabą woń dymu, jakby gdzieś tam w oddali szalał ogień. Jest ciepło, cieplej niż na górze. Dziewczyna patrzy na towarzysza.

– Gdzie je… jesteśmy?

– Tam, gdzie powinniśmy teraz być. – Faun mierzy Sylwię spojrzeniem, po czym obejmuje ją w talii. Dziewczyna z bliska czuje słodkawy, niemal kadzidlany zapach jego potu, który sprawia, że miękną jej kolana, a sutki sztywnieją.

– Pocałuj mnie – szepcze, już się nie jąkając, a gdy on spełnia prośbę, świat nagle zawęża się do gorączkowego imperatywu, zagłuszającego wszystko.

Mężczyzna wsuwa dłoń pod jej bluzkę, pieści piersi, następnie zaś popycha Sylwię lekko na piach. Chwilę później, uwolnieni z części ubrań, wczepiają się nawzajem w siebie, splatają jak gordyjski węzeł, jak alfa z omegą. Jak wtedy we śnie, tak i teraz jest oczywiste, że nie ma żadnego bólu. Sylwia nawet nie zdaje sobie sprawy, o ile przyjemniej jest tutaj, w ten sposób, niż byłoby naprawdę, z pierwszym chłopakiem, którego nigdy nie dane jej będzie poznać. Wie to faun i z całą satysfakcją bierze ją bez pośpiechu, słodko i mocno. A kiedy dziewczyna dygocze pod nim, bezwstydna i mokra, nie ma też świadomości, że właśnie teraz dopełniła transakcji: pieczęć została odciśnięta na pergaminie.

Potem, gdy odpoczywają na piasku, faun przeczesuje palcami włosy Sylwii i całuje ją. Teraz wydaje jej się młodszy i ładniejszy, bardziej podobny do swego wcielenia ujrzanego we śnie. Skośnawe czarne oczy patrzą na nią z czułością.

– Nasz cel leży za morzem – mówi cicho.

Sylwia siada i widzi, że przy brzegu nie wiedzieć skąd i kiedy pojawiła się łódź. Nieduża, bez żagla i wioseł. Dziewczyna skądś wie, że to znak, iż pora się ubrać i iść. Zapina bluzkę.

– Chodź – mówi faun, jakby czytając w jej myślach. – Już czas.

– Myślałam, że to miało być po drugiej stronie słońca? – Sylwia z radością uświadamia sobie, że tu jest w stanie mówić bez jąkania, ale wizja podróży przez czarne morze budzi w niej instynktowny opór i strach.

– Bo tak jest. Po drugiej stronie słońca, Sylwio, jest ciemność. Ciemność i wolność.

Faun mówi to miękko, takim tonem, że dziewczyna nie wie, czy się bać, czy cieszyć.

– Nie obawiaj się – dodaje. – Tam nie masz wrogów, tylko przyjaciół. Już nigdy nikt cię nie skrzywdzi, Sylwio. Jesteś jedną z nas. – Całuje ją w czoło. – Teraz chodźmy.

Podchodzą do łodzi, brodząc w płytkiej wodzie, i wsiadają, a ta sama odbija od brzegu.

dianabol stack with winstrol 8.

Kwadrans po dziesiątej wieczorem spokojnie dopijasz wódkę, po czym nalewasz sobie jeszcze jeden kieliszek.

Oddychając głęboko, sączysz palący płyn, ogrzewający od środka. Najlepszy przyjaciel, ukojenie, wódka jak matka.

Odstawiasz kieliszek, patrząc z uśmiechem na swoje odbicie w politurowanej powierzchni stołu. Alkohol cię uspokoił. Wszystko będzie dobrze, już wszystko będzie dobrze, nareszcie odejdziesz tam, gdzie jest twoje miejsce i nikt nie zostanie z problemem utylizacji siedemdziesięciu sześciu kilogramów twojego podwójnie bezwartościowego ciała, nikt nie dozna traumy, wchodząc do mieszkania i widząc na kanapie twoje gnijące zwłoki.

Zakładasz płaszcz, kozaki i wychodzisz na ostatni spacer wokół osiedla. Kropi deszcz, asfalt lśni kałużami. Widzisz za drzewami kolorowy szyld całodobowych delikatesów i po raz pierwszy od miesięcy nie kierujesz się odruchowo w tamtą stronę. Już nie trzeba się martwić o piwo na rano – ta myśl sprawia, że się uśmiechasz.

Przecinasz parking, skręcasz w alejkę obsadzoną z obu stron żywopłotem i chwilę później docierasz na opustoszały placyk zabaw.  Siadasz na chwilę na huśtawce – to nic, że jest mokra, masz grube palto – i bujasz się wolniutko, w tył i w przód, patrząc na oświetlone okna bloków. Myśląc o życiu, które się toczy w tych mieszkaniach, i ilu ludzi – choć może o tym jeszcze nie wiedzą – chciałoby dostać w swe ręce kartkę Arlety. Tknięta nagłą myślą, wyjmujesz ją z kieszeni i zostawiasz pod daszkiem zjeżdżalni, z głębokim przekonaniem, że ktoś na pewno ją tu znajdzie.

Wracasz na huśtawkę i bujasz się wolniutko, raz, dwa, alkohol ogrzewa cię, krople deszczu padają na twarz, w oddali przejeżdża samochód, a ty czujesz w sobie cudowny spokój, po raz pierwszy od lat.

Spoglądasz na wyświetlacz komórki. Osiem po jedenastej. W porządku, mają jeszcze pięćdziesiąt dwie minuty – myślisz z ironią. A potem dostrzegasz sylwetkę nieopodal, w cieniu bramy, i mimo woli, nawet uspokojona promilami, zaczynasz oddychać szybciej. Bo postać wygląda dziwnie, a zarazem w jej postawie, w powolnych, jakby pełnych wahania ruchach jest coś znajomego.

Wychodzi do przodu, w zasięg światła latarń. Oblewa cię zimno, gdy rozpoznajesz nastolatkę o jasnych, rozpuszczonych włosach. Ma na sobie czarny aksamitny strój z koronkowym żabotem, na głowie kapelusz z pękiem piór. Patrzysz oniemiała, ona tymczasem zdejmuje go i kłania się lekko.

Nie ma sinej, martwej twarzy, jak istoty z horrorów. To Sylwia.

Żywa. Piętnastoletnia. Ubrana jak młodziutki arystokrata z epoki muszkieterów.

Wyciąga do ciebie rękę i szepcze:

– Chodź.

 

Post Author: Oksa

  • Emma Popik

    Doskonałe połączenie realności i zwyczajności z tamtym światem. Naprawdę, jest czego się bać.
    Rozwija się powoli i nagle robi się straszne. Jakoś tak leciutko napisane i niespodziewanie staje się przerażające.