Czarownica znad Kałuży – Artur Olchowy – recenzja

„Czarownica znad Kałuży” to tytuł idealnie wpasowujący się w nasze obecne realia i ludzki strach przed tym, co przyniesie dzień jutrzejszy. Ponieważ wystarczy tak niewiele – atak terrorystyczny, wybuch wojny, epidemia zombie czy coś zupełnie innego, co może w krótkim czasie wywrócić cały świat do góry nogami. Po jakimkolwiek globalnym kataklizmie garstka ocalałych musi stanąć przed zupełnie nowymi wyzwaniami, takimi jak walka o przetrwanie. To niewątpliwie trudne zadanie, bo można z rozpędu pójść o krok za daleko, przez co utraci się człowieczeństwo, które zastąpi dzika, zwierzęca chęć przetrwania za każdą cenę.

Zanim powieść trafiła w moje ręce, przeczytałem parę pochlebnych komentarzy na jej temat u kilku blogerów na Facebooku. Docierające do mnie szczątkowe informacje z wcześniej wspomnianego portalu społecznościowego sprawiły, że jeszcze bardziej chciałem zapoznać się z tym tytułem. Drugim, zachęcającym do sięgnięcia po książkę powodem, była jej intrygująca tematyka. Autor nie pokazał przyczyn doprowadzających ludzkość do upadku, a zamiast tego poszedł krok dalej i zaprezentował, jak może wyglądać odbudowa społeczeństwa, w takiej mniejszej, wiejskiej skali.

Akcja powieści Artura Olchowego rozgrywa się w miejscu, gdzie kilkadziesiąt lat wcześniej prowadzono działania wojenne. W tym konflikcie zbrojnym zginęło wielu ludzi. Ci którym dane było przetrwać te trudne czasy, próbują żyć dalej. Odbudowa świata to trudne zadanie, ponieważ najlepiej wykształcone osoby umarły podczas walk bądź później ze starości. W efekcie czego cała populacja pod względem zaawansowania technologicznego, przemysłu, rolnictwa i innych gałęzi gospodarki wróciła do czasów opisanych w „Chłopach” Władysława Reymonta. Nie jest to przypadkowe nawiązanie, bo cała książka od pierwszych stron kojarzy mi się z wcześniej wspomnianą szkolną lekturą. Z tą różnicą, że do opowieści o życiu ludzi na wsi, autor dodaje elementy postapo, które ubarwiają całą historię.

Główną bohaterką utworu jest osiemdziesięcioparoletnia Koślawa. Kobieta pamięta jak było kiedyś przed wojną, a co ważniejsze, udało się jej przetrwać i odnaleźć nowy dom. Mieszka ona w okolicach mazurskiego Okartowa. Swoje życie poświęca pomocy tamtejszej ludności, leczy chorych, doradza co zmienić, by poprawić warunki bytowe. Ta rezolutna, starsza pani nie próbuje się nikomu przypodobać, po prostu robi to, co do niej należy, a wszyscy ją szanują głównie z powodu strachu, że Czarownica wykorzysta ciemne moce do rzucenia klątwy. Starowinka tylko powierzchownie przypomina zgorzkniałą, surową kobiecinę – tak naprawdę lubi pomagać innym i zależy jej na ludziach. Nawet pomimo kiepskiego zdrowia czy bolących nóg potrafi długimi godzinami doglądać pacjentów.

Fabuła „Czarownicy znad Kałuży” prezentuje rozterki niewielkiej społeczności. Każdy człowiek w tej mieścinie ma swoje miejsce i robotę do wykonania. Żyją oni spokojnie nie wadząc nikomu, a co niedziela wspólnie chodzą do kościoła na mszę. Wszystko to ulega zmianie, gdy do wsi przybywa nowy wikary. Młody ksiądz jest wyjątkowo ambitny i ma pewną szczególną misję do wykonania, nie lubi, kiedy ktokolwiek miesza mu szyki. Drugi wątek tyczy się Koślawej, która z powodu swojego zaawansowanego wieku przyjmuje ucznia, by mieć komu przekazać swoją użyteczną wiedzę. Pisarz barwnie opisuje tutaj proces nauczania, różną tematykę zajęć i ciekawskiego młodego chłopaka pragnącego zdobyć jak najwięcej informacji. Nadgorliwość młodzieńca w połączeniu z jego olbrzymim głodem wiedzy owocuje interesującymi scenami.

„Czarownica znad Kałuży”, to niewątpliwie dziwne, nierówne, ale także frapujące dzieło, potrafiące na początku znudzić Czytelnika. Zmienia się to, gdy w tekście zaczynają być widoczne różnice podglądów między niedokształconymi ludźmi, którzy czasem wolą wierzyć swoim gusłom bądź czyimś podszeptom, niż znanym całe życie uczonym. Część mieszkańców Okartowa uważa Koślawą za Czarownicę gotującą w wielkim garze koty lub jakieś paskudztwa. Artur Olchowy w swojej powieści wyjątkowo ciekawy sposób podchodzi do kwestii religii, bo w świecie, gdzie większa część populacji jest niepiśmienna, trudno spodziewać się autentycznych mszy z prawdziwymi kazaniami. Zamiast tego Czytelnik otrzymuje szopkę o grzesznikach i tym, jak diabeł w piekle widłami dziabie ich w pewne intymne części ciała.

Po lekturze wcześniejszego akapitu mojej recenzji można dojść do wniosku, że „Czarownica znad Kałuży” to śmieszna i sympatyczna historyjka. Pod pewnymi względami da się tak to ująć, ale autor stara się w swoim tekście pokazać również do czego ludzie są zdolni, gdy chodzi o obronę ich domów bądź najbliższych. W takich sytuacjach widać jak na dłoni, że sumienie nie jest zbiorem sztywnych zasad, a raczej płynną granicą między dobrem i złem. Pisarz próbuje zaprezentować jak szybko pozytywny bohater potrafi dopuścić się niegodziwych czynów w imieniu czegoś, co wydaje mu się większym dobrem.

Mam problemy z oceną powieści Artura Olchowego, ponieważ sięgając po ten tytuł oczekiwałem wiele dobrego, a tak naprawdę moje wrażenia z lektury odbiegają od wcześniej znalezionych w Internecie informacji na jej temat. „Czarownicę znad Kałuży” czyta się przyjemnie, ale sama historia niestety nie oszałamia tak, jakbym tego chciał. Z drugiej strony muszę przyznać, że w powieści bardzo przypadło mi do gustu podejście autora do religii oraz przekazywania wiedzy kolejnemu pokoleniu. W ostatecznym rozrachunku jestem zadowolony z tego, co znajduje się na kartach książki, dlatego zachęcam Was do sięgnięcia po ten tytuł. Tylko uprzedzam, że to specyficzne dzieło wymaga czasu i odpowiedniego podejścia do tematyki.

 

Post Author: Paszczak