Miecze cesarza – recenzja

http://www.nursesnow.com.au/oem/buy-infinite-skills-learning-sketchup.html buy Infinite Skills Learning Sketchup Uwielbiam klasyczne powieści fantastyczne, ponieważ budzą we mnie skojarzenia z czytanymi w młodości książkami. Te rozbudowane do granic możliwości światy, zamieszkane przez rozmaite rozumne rasy, mają niewiele wspólnego z tym, co widzę, wyglądając przez okno, ale w końcu chodzi o to, żeby mieć odskocznię od rzeczywistości. W tych historiach królują miecze, magia i śmiałe, ale przeważnie głupie czyny odważnych ludzi. Dzielni podróżni po ciężkich dniach zwalczania potworów zagrażających okolicy odpoczywają w karczmach przy kuflu piwa lub gorzałki. Właśnie miejsca pełne przygód najbardziej mnie kuszą i chętnie zamieszkałbym w takim świecie na stałe. „Miecze cesarza” Briana Staveleya, będące pierwszym tomem cyklu „Kroniki Nieciosanego Tronu”, prezentują interesujące uniwersum, dodatkowo historia, która na początku nie robi piorunującego wrażenia, ma naprawdę wiele dobrego do zaoferowania Czytelnikowi.

Autorzy lubią wymyślać rozległe, fikcyjne światy. Nie inaczej jest w przypadku recenzowanej przeze mnie książki. Cesarstwo Annuryjskie to zwyczajne państwo położone na dwóch kontynentach, ludzie wiodą tam całkowicie normalne życie. Większą część dnia mieszkańcy tego kraju spędzają na pracy, ale oprócz tego zakładają rodziny, modlą się do różnych bogów lub zasilają szeregi armii, by bronić granic oraz swoich domów. Taka sielanka nie trwa wiecznie i kończy z chwilą zamordowania szanowanego władcy. Wszyscy są zrozpaczeni tą ogromną stratą dla państwa i łączą się w pragnieniu skrócenia o głowę niegodziwca odpowiedzialnego za całą tragedię.

Zamieszczony na tylnej okładce opis fabuły „Mieczy cesarza” jest rzetelny i nie zdradza zbyt wiele, co uważam za duży plus. Na samym początku zarys historii może nie zachęcać do sięgnięcia po książkę, dlatego że wykorzystany przez autora prosty motyw prezentuje zaledwie kilka elementów krążących wokół głównego tematu. Wszystkie kwestie powiązane są z zemstą na mordercy cesarza, próbą przetrwania w sytuacji, gdy całemu rodowi grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, oraz odnalezieniem spiskowców odpowiedzialnych za obecny stan rzeczy. Na szczęście wątki ewoluują, stają się ciekawsze, bardziej zaskakujące, wciągające, a z czasem w fabule można doszukać się drugiego dna, dzięki czemu tekst nabiera tajemniczego i mrocznego charakteru.

Najbardziej śmierć cesarza Sanlituna Malkeeniana odczuwa trójka jego dzieci. To właśnie z ich perspektywy Czytelnik poznaje historię. Ojciec dla każdego ze swoich potomków wybrał inną przyszłość. Najstarsza córka Adare zostaje wyniesiona na stanowisko ministra finansów. Z kolei Kaden, dziedzic Nieciosanego Tronu, zgłębia nauki mnichów służących Niememu Bogu w odległym górskim klasztorze. Chłopak uczy się tam całkowitego kontrolowania swojego umysłu oraz ciała. Ostatni z trójki dzieci Sanlituna, Valyn, odbywa brutalny trening Kettralu, elitarnej jednostki, której żołnierze dosiadają olbrzymich, niebezpiecznych ptaków. Potomkowie cesarza mają mało cech wspólnych, wynika to z wychowywania w odmiennych warunkach oraz tego, że w dłuższej perspektywie czasu będą musieli sprostać konkretnym zadaniom. Oprócz różnic jest między nimi kilka podobieństw, najbardziej rzuca mi się w oczy brak typowej dla wyższych sfer książęcej bufonady, oni nie uważają siebie za lepszych od innych i oczekują normalnego traktowania.

Postacie wykreowane przez Briana Staveleya przypadły mi do gustu, ponieważ każdy z bohaterów wprowadza coś innego do powieści. Szkolenie Kadena potrafi być trudna, skomplikowana i wymagająca, a to dlatego, że wszystkie, ćwiczenia zlecane chłopakowi przez nauczyciela wydają się nie mieć sensu, trochę przypomina mi to szkolenie z filmu „Karate Kid”. Zupełnie odwrotnie jest z treningiem Valyna, jego nauka skupia się na walce bronią, taktyce oraz dowodzeniu niewielkim oddziałem. Ma on proste zadanie – służyć cesarstwu i pójście na śmierć w imię wyższego dobra. Natomiast Adare przy swoich braciach może uchodzić za słabą, kruchą oraz błahą postać, bo próbuje opanować tajniki polityki, jak również finansów. Musi na siebie uważać, ponieważ w dworskim życiu nie brakuje intryg i spisków, które czasem mogą zagrażać państwu bądź jej rodzinie.

Autor nie przynudza Czytelnika zbyt długim ciągnięciem jednego wątku. Zamiast tego uwielbia co rozdział zmieniać bohatera, z każdym kolejnym rozdziałem poznaje się historię z perspektywy kogoś innego. Staveley ma także tendencję do przeskakiwania między bohaterami w najciekawszych momentach. Trochę mi to przeszkadzało, bo naprawdę chciałem wiedzieć jak dalej potoczy się historii, a tak musiałem przeczytać kilka następnych rozdziałów, by wrócić do wcześniej przerwanego wątku.

„Miecze cesarza” to bardzo harmonijne dzieło, w którym fabuła idealnie komponuje się z kreacją świata. Rozległe, skrywające wiele sekretów z przeszłości uniwersum w połączeniu z wieloma różnymi religiami, po części mniej lub bardziej akceptowanymi zgromadzeniami, wśród których można znaleźć czcicieli słońca, kapłanki oferujące cielesne uciechy za odpowiednio wysokie opłaty oraz czaszkowierców lubiących zabijać ludzi w imię czczonego boga. Autor w tworzeniu tej powieści wykorzystał swoją rozległą wiedzę z zakresu literatury, historii, religii i filozofii, co zaowocowało rozbudowanym oraz ciekawym tekstem, który przyjemnie się czyta.

Sporo rozmyślałem, próbując znaleźć cokolwiek w książce, co bym mógł potraktować jako wadę. Nic takiego nie wypatrzyłem, dlatego w tym miejscu ograniczę się jedynie do polecania Wam lektury tej debiutanckiej powieści Briana Staveleya, ponieważ jest to tytuł gwarantujący świetną rozrywkę na wysokim poziomie. Natomiast ja z ogromną przyjemnością przeczytam drugi tom trylogii, by poznać dalsze losy trójki bohaterów.

 

Post Author: Paszczak