Intruz

Pomyślałam sobie, że teraz kiedy trwa szał na cykl Zmierzch Meyer, warto by było zwrócić uwagę czytelników na to, że ta autorka jednak umie pisać. To oczywiście rzecz gustu, ale jak dla mnie wspomniana seria nie jest literaturą zbyt wysokich lotów. No ale cóż, każdy od czegoś zaczynał i absolutnie nie należy nikogo skreślać za jego kulawe początki. Ja postanowiłam dać Meyer jeszcze jedną szansę, pod nawałem absurdów i papierowych postaci, w jej książkach dostrzegłam pewien potencjał. Po przyswojeniu całej serii Zmierzchu dzielnie zabrałam się za powieść tejże autorki niezwiązaną z wampirzym światem. I mogłam powiedzieć z czystym sumieniem: No nareszcie!

Ziemia ma przegwizdane. Znalazła się na liście planet do zasiedlenia osobliwej rasy najeźdźców z kosmosu, nazywających siebie Duszami. Sami Ziemianie określają ich bardziej prozaicznym mianem robali lub pasożytów. I nie bez powodu. Jako, że Dusze nie posiadają ciała (w każdym bądź razie nie jest ono w żadnym stopniu samowystarczalne), by przetrwać przejmują ciała mieszkańców zasiedlanej planety. Początkowo ludzie niczego nie zauważali, Dusze potajemnie, po cichutku, ale przy tym systematycznie i skutecznie przejmowały ciała najpierw jednostek, potem całych rodzin, wreszcie osiedla, miasta, kraje. Nim ludzie zdążyli się obejrzeć zostało ich naprawdę niewielu, a Dusze już nie kryjąc się ze swymi zamiarami otwarcie zaczęły wysyłać oddziały Łowców, powołane specjalnie po to aby chwytać i ”pacyfikować” zbłąkane ciała nie posiadające jeszcze swojej Duszy.

I tak oto kolejna Dusza otrzymuje swojego nowego żywiciela. A nie jest to Dusza byle jaka, jej sława wyprzedza ją o miliony lat świetlnych. Zamieszkiwała wiele światów, prawdopodobnie jako jedyna odwiedziła tak dużo planet i żyła w tak wielu różnych gatunkach. Uzdrowiciel, który wprowadził ją w nowe ciało nadał jej w tym ziemskim świecie imię Wagabunda – wielka podróżniczka.
Wagabunda już na samym wstępie ma utrudnione zadanie jeśli chodzi o zaaklimatyzowanie się. Ciało które otrzymała należało do niejakiej Melanie Stryder – buntowniczki, która tuż przed schwytaniem przez Łowców usiłowała popełnić samobójstwo. Dramatyczne wspomnienia dziewczyny nawiedzają Duszę nieprzywykłą do przemocy. Strach, ból, gniew, rozpacz. Wagabunda zdaje sobie sprawę, że nie są to jej odczucia i zajmie jej chwilę by nad nimi zapanować. Jednak chwila nie zostaje jej dana. Od razu trafia pod ”opiekę” wyjątkowo wrednej Łowczyni i musi się postarać aby jak najszybciej wyłapać wszystkie wspomnienia Melanie na temat innych buntowników, inaczej Łowczyni nie da jej spokoju. I tu zaczynają się schody i to dość strome. Wagabunda natrafia na mentalną ścianę, nie jest wstanie dotrzeć do zakamarków umysłu Melanie, co zdarza jej się pierwszy raz z nowym żywicielem. Szybko też odkrywa, że świadomość Melanie wcale nie umarła. Mentalny głos panny Stryder tłucze się po nowej głowie Duszy i ani myśli przestać czy zaniknąć. Ludzka dziewczyna ze wszystkich sił walczy z kosmicznym intruzem w swoim ciele.

Przestraszona takim obrotem sprawy Wagabunda nie przyznaje się ani swojemu Uzdrowicielowi, ani Łowczyni, że ma problem z żywicielem. Boi się, że doprowadzi to odebrania jej ciała i przydzielenia nowego. Taki zabieg wiązał się z okryciem się hańbą, bycie dezerterem było jednym z najgorszych statusów społecznych wśród Dusz. Dodatkowy problem Wagabunda ma z Łowczynią, która ją niemal już gnębi i zdaje się coś podejrzewać. Nieoczekiwanie zarówno Wagabundę jak i Melanie zaczyna łączyć głęboka nienawiść do antypatycznej Łowczyni. I ku przerażeniu Duszy nie tylko to. Wagabunda zaczyna tęsknić za obrazami podsuwanymi przez Melanie w trakcie snu. Wspomnienia dziewczyny wywołują poruszenie w sercu kosmitki, zwłaszcza te dotyczące jej brata – Jamiego i chłopaka – Jareda. Dusza zaczyna tęsknić za ludźmi których znała jedynie za pośrednictwem wspomnień swojego żywiciela, pragnie ich odszukać, poznać, być blisko. Melanie natychmiast wykorzystuje tę słabość pasożyta i ryzykując wiele pokazuje Wagabundzie drogę do kryjówki buntowników. Dusza niewiele myśląc wyrusza aby odnaleźć ludzi, których kocha zarówno Melanie jak i ona sama…

Książkę charakteryzuje typowy dla Meyer lekki i prosty styl, co bardzo sprzyja czytaniu, sprawia, że nie odczuwa się mijającego wokół czasu. Nie wiem tylko czemu autorka uparła się tak przy narracji pierwszoosobowej. Mnie to średnio odpowiada, a i jej samej równie średnio to wychodzi. Całą akcje śledzimy oczami Wagabundy miejscami zdarzają się przeskoki na Melanie, ale to sporadycznie i jedynie przy snach. Szkoda, bo Mel jest tą dynamiczniejszą i żywszą połową duetu. Ciekawie też wypadają mentalne sprzeczki obu pań, ich wymiana poglądów, niestety pani Meyer bardzo poskąpiła tego typu dialogów skupiając się właściwie jedynie na Wagabundzie. Jeśli chodzi o samą główną bohaterkę, to długo miałam mieszane uczucia. Chyba najbardziej uderzała mnie naiwność tej postaci. Albo może to w jak naiwnym społeczeństwie przyszło jej żyć. To zakochanie się we wspomnieniu faceta obcej osoby, to że zawsze trzeba dawać w zamian, to zachwycanie się małymi rzeczami i strach, obrzydzenie w stosunku do przemocy. Zwykle takie cechy u bohaterów wydają mi się sztuczne, takie wymuszone, przerysowane, teatralne, ale z Wagabundą było inaczej. Zdałam sobie sprawę, że to tak naprawdę wcale mnie tak u niej nie razi jak w pierwszej chwili sądziłam. I zrozumiałam. Ona ma prawo taka być bo NIE jest człowiekiem. Dlatego mogłam się z tym pogodzić. Tak jest właśnie podkreślona jej przynależność do innego gatunku. Dość nudnego gatunku. I ona wśród swoich “braci”, wśród sobie podobnych błyszczy, wyróżnia się jako jednostka potrafiąca podjąć inne decyzje niż te z powszechnie przyjętego schematu. Mimo takiego, a nie innego “wychowania” próbuje czegoś innego i nowego. Nie bez strachu i niepewności, ale z otwartym umysłem. Jest ok. Nie mogę powiedzieć żeby była moją ulubienicą, ale w niczym mi nie przeszkadza.

Jednak pełen efekt głównej postaci dostawało się wtedy, kiedy obie bohaterki były razem. Teoretycznie one ciągle były razem, ale Melanie była nagminnie wyłączana z akcji przez autorkę, co postrzegam jako duży i poważny błąd.  Dziewczyny w ciekawy sposób się uzupełniały. Melanie była trochę narwana, niecierpliwa, porywcza, lubiła działać. Przypuszczam, że gdyby ona była najeźdźcą z kosmosu i sterowała ciałem napytała by sobie mnóstwo biedy. Wagabunda często wydawała mi się nudna. Ale zauważyłam, że to ogólnie cecha dusz – są nudne. Dzięki połączeniu z Melanie zaczęła nabierać życia i koloru. Bardzo mi się podobało kiedy się o coś spierały lub kiedy tłumaczyły sobie coś nawzajem – Melanie odnośnie ludzi, Wagabunda odnośnie dusz. Czekałam w książce na ich wymianę poglądów i martwiło mnie że jest tego w sumie tak mało.
Wolę jednak Melanie. Za żywiołowość i nawet za jej dość częstą bezmyślność. Była zwyczajną, zaradną ludzką dziewczyną. Nie wyidealizowaną, ale też nie kreowaną na ciamajdę. Zahartowaną, znającą życie, a jednak potrafiącą czerpać z niego dużo radości. Do tego silną i zawziętą.

Jeśli chodzi o innych bohaterów to bywało różnie. Ale chwała Bogu, Meyer w końcu zajarzyła, że idea postaci „jestem zły, bo się taki urodziłem” wcale się nie sprawdza. W tej książce nie ma tak naprawdę negatywnego bohatera. Trochę mnie martwiła postać Kyle’a, który bardzo lubił dokuczać (dokuczać to bardzo delikatnie powiedziane) Wagabundzie oraz postać Łowczyni, która zdawała się być wredna z zasady, ale i oni mieli powody by postępować tak a nie inaczej. A same Dusze wcale nie były przedstawione jako ta zła strona konfliktu. Każdy miał swoje racje. Dusze jako społeczność były szlachetniejsze od ludzi, dzieliły się ze swymi braćmi owocami wspólnej pracy, były bezinteresowne, pomagały sobie wzajemnie, nie mordowały się i nie były chciwe. Ludzie wypadali przy nich raczej blado.

Gnębi mnie tylko jedna sprawa i tu jestem gotowa zarzucić Meyer duży błąd logiczny.

[uwaga, może być kilka spoilerów]

Wiemy, że dusze z założenia są dobre. Uczciwe, prawdomówne, pracowite, współczujące, pełne empatii, łagodne – brzydzą się przemocą. Skąd więc u diabła wzięło im się zamiłowanie do podbijania innych planet? To przepraszam przejaw tej empatii, zrozumienia dla innych?
Wprawdzie nie wytaczają wielkich dział laserowych i nie mordują ludzi napawając się ich cierpieniem, ALE jakby nie patrzeć stosują przymusu na żywej, rozumnej istocie. Sprawiają, że ona znika. Przestaje istnieć. Pomimo swojej jakże wysokiej kultury osobistej i oświecenia, nie liczą się ze zdaniem przedstawiciela innego gatunku. Uważają go jedynie za mięso, za ubranie, za rzecz. KRADNĄ ludzkie ciała.
Zatem dopuszczają się tych rzeczy którymi się tak brzydzą. Przymus to forma przemocy. Kradzież to przestępstwo. Unicestwienie człowieka – morderstwo, zbrodnia. To, że nie leje się krew, przynajmniej nie z ich winy, nie znaczy, że nie robią czegoś złego. Nie widzą tego? Nie rozumieją? Czy są zwyczajnie bandą hipokrytów?
Mogłoby się wydawać ,że ich system wartości i pojęcie dobra jest bliźniacze do tego ludzkiego. Zatem czemu ignorują własne występki?
I po co tak pokojowej rasie oddział łowców? Skoro są tacy dobrzy i naiwni skąd wśród nich osobniki, które są gotowe sięgnąć po broń, wykazać się agresją i zawziętością? Weźmy sobie naszą ulubioną Łowczynię. To, że jej żywicielka była nieznośna wydaje mi się marnym i naciąganym argumentem. To czym się kierowała kiedy zawzięcie szukała Wagabundy… Chciała udowodnić, że ma rację – duma, pycha, ambicja. Wstydziła się tego, że nie radzi sobie podobnie jak Wagabunda z żywicielką, a zatem kłamała, udawała, nie przyznawała się że ma problem. Z tego powodu chciała POGNĘBIĆ Wagabundę, udowodnić jej, że jest słaba. Żeby nie czuć się gorszą chciała poniżyć inną Duszę. To ma być przedstawiciel tej dobrej, oświeconej rasy?

[koniec możliwych spoilerów]

Tak na zakończenie napiszę jeszcze, że to tak naprawdę romans. Nie tak bzdurny i przewidywalny jak seria Zmierzchu i niech Bogu będą za to dzięki, ale jakby się temu nie przyglądać, to jednak romans. W dodatku dość pokrętny. Trójkąt miłosny na dwa ciała, a później to i bardziej skomplikowane figury geometryczne, ale w dalszym ciągu – za dużo zainteresowanych – za mało ciał. Mimo to nie trąci melodramatyzmem (no może jednak pod koniec owszem), nie jest kiczowato, ani niesmacznie czy absurdalnie. Bohaterowie postępują logicznie, zgodnie z naturą przypisaną gatunkowi (wyjątek stanowi Ian, który był bliski wykopania własnego brata na pewną śmierć, bo się zadurzył…). Ich zachowania mają swoją przyczynę, która ma nawet sens więc nie mam się o co czepiać.

Ogólnie książkę oceniam jako dobrą. Nie wybitną, nie rzuciła mnie na kolana, ale jeden dzień miała wyjęty z życiorysu i byłam z lektury bardzo zadowolona. Tak więc Meyer zwyczajnie nie może pisać książek z myślą o nastolatkach, bo wychodzą jej wtedy takie gnioty jak Zmierzch i kolejne. Tymczasem Intruz był pisany z myślą o starszym pokoleniu czytelników i tak oto wyszła z tego całkiem przyzwoita książka dla młodzieży.

Z czystym sumieniem mogę polecić.

Ocena: 7.5 / 10

Autor: Stephenie Meyer
Tytuł: Intruz (The Host)
Tłumaczenie: Łukasz Witczak
Język oryginału: Angielski
Liczba stron: 568
Rok wydania: listopad 2008
Oprawa: miękka
Wymiary: 145 x 235 mm
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie

 

About Kometa

W sieci znana też jako Koralina Jones. Redaktor naczelna Gavran.pl, główny administrator Forum Gavran ( http://forum.fan-dom.pl ), administruje także Thornem - oficjalną stroną Anety Jadowskiej ( http://anetajadowska.fan-dom.pl ). Współzałożycielka Grupy Fan-dom.pl . W wolnych chwilach recenzentka i blogerka.

View all posts by Kometa