Demony. Pokusa – Lisa Desrochers

21 września Wydawnictwo Dolnośląskie zaprezentuje nam  pierwszy tomu cyklu Lisy Desrochers pt. “Demony. Pokusa”.  Aby osłodzić Wam oczekiwanie na książkę prezentujemy jej fragment.

.

FRAGMENT
Grzech pierworodny

LUC

Jeśli istnieje piekło na ziemi, to na pewno jest nim liceum. I jeśli ktokolwiek zdecydowanie ma podstawy formułować takie stwierdzenie, to ja. Biorę głęboki oddech — głównie z przyzwyczajenia, bo demony nie muszą oddychać — potem podnoszę wzrok na groźne niebo, w nadziei że to dobry znak, i otwieram ciężkie drzwi. Na obskurnych korytarzach panuje cisza, jako
że od pierwszego dzwonka minęło prawie pięć minut. Jesteśmy tylko ja, wykrywacz metalu i przygarbiony ochroniarz w zmiętym granatowym mundurze. Zwleka się ze skrzypiącego plastikowego krzesła, ogląda mnie i marszczy brwi.
— Spóźniłeś się. Identyfikator — mówi głosem ochrypłym od trzech paczek fajek wypalanych każdego dnia.
Wpatruję się w niego kilka minut, pewien, że mógłbym go zmieść jednym podmuchem, i mimowolnie się uśmiecham, kiedy kropelki potu pojawiają się na jego ziemistym czole. Fajnie, że wciąż mam to coś, chociaż coraz częściej rzygać mi się chce od tej roboty. Po pięciu tysiącach lat wykonywania tego samego obowiązku z demonem dzieją się takie rzeczy. W tej misji jednak za niepowodzenie spotka mnie poćwiartowanie i Czeluść Ognia — większej motywacji nie potrzebuję.
— Jestem nowy — mówię.
— Połóż torbę na stoliku.
Wzruszam ramionami i prezentuję dłonie. Nie mam żadnej torby.
— Podaj mi pasek. Ćwieki uruchamiają detektor.
Ściągam pasek i rzucam go staruszkowi, przechodząc przez bramkę. On go chwyta i pokasłuje.
— Idź prosto do biura.
— Nie ma problemu — mówię już na odchodnym.
Wsuwam pasek w szlufki i wchodzę do biura. Pchnięte gwałtownie drzwi odbijają się od ściany, a wiekowa sekretarka podnosi wzrok, podskakując:
— W czym mogę pomóc?
Biuro jest równie szare i blado oświetlone jak korytarze, jeśli nie liczyć jaskrawych karteczek, które niczym psychodeliczna tapeta szczelnie pokrywają ściany. Z tabliczki na biurku dowiaduję się, że recepcjonistka nazywa się Marian Seagrave. Kiedy dźwiga się z krzesła, słowo honoru, słyszę, jak poskrzypują jej stawy. Ma więcej zmarszczek niż shar pei i krótkie, niebieskie kręcone włosy przepisowe u wszystkich stulatek. Krągłe ciało odziała w przedpotopowy mundurek: turkusowe spodnie z poliestru i kwiecista bluzka starannie wpuszczona do środka.
Leniwym krokiem idę do biurka i nachylam się ku niej.
— Luc Cain. Pierwszy dzień — mówię, błyskając ujmującym uśmiechem: tym, który zawsze odrobinę wytrąca z równowagi śmiertelników.
Wpatruje się we mnie przez chwilę, nim odzyskuje głos.
— Och, witam w Liceum Haden, Luc. Zaraz ci dam plan lekcji.
Stuka w klawiaturę komputera, a po chwili rozlega się brzęczenie drukarki. Wypluwa mój rozkład zajęć — ten sam, który dostaję od stu lat, a to z racji nastania nowoczesnego systemu edukacyjnego. Ze wszystkich sił udaję zainteresowanie, kiedy sekretarka mi go podaje i mówi:
— Proszę bardzo, masz tu też numer szafki i szyfr. Będziesz musiał zebrać potwierdzenia przyjęcia na lekcje od wszystkich nauczycieli i przynieść mi je jeszcze dzisiaj. Spóźniłeś się już na odprawę, więc powinieneś pójść od razu na pierwszą lekcję. Zobaczmy, co to jest… tak, angielski z panem Snyderem. Sala sześćset szesnaście. To w budynku numer sześć, za drzwiami w prawo.
— Już idę — mówię, uśmiechając się. Nie zaszkodzi zaliczyć personel administracyjny do sojuszników. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą.
Odzywa się dzwonek, a ja wychodzę przez drzwi na już pogrążone w rozgardiaszu korytarze. Zapachy bijące od nastoletnich przedstawicieli rodzaju ludzkiego uderzają mnie falami. Czuję kwaskowaty cytrus strachu, gorzki czosnek nienawiści, anyż zawiści i imbir — żądza. Mnóstwo potencjału. Pracuję w dziale akwizycji, ale zwykle do moich obowiązków nie należy oznaczanie dusz. Mam jedynie zasiewać ziarno i naprowadzać ludzi na ognistą ścieżkę. Dzięki mnie zaczynają od drobiazgów. Grzechy przystawkowe, że się tak wyrażę. Za mało, żeby oznaczyć ich dusze dla Piekła, ale wystarczająco, żeby ostatecznie do nas trafili. Nie muszę nawet używać mocy… choć gdybym musiał, nie stanowiłoby to dla mnie problemu. Poczucie winy nie należy do wachlarza emocji w wyposażeniu demona. Ot, wydaje się uczciwsze, jeśli grzeszą z własnej woli. I tu znowu — nie żeby mnie obchodziło bycie uczciwym. Po prostu ten drugi sposób jest zbyt łatwy.
Prawdę mówiąc, zasady są jasne. Jeśli dusze śmiertelników nie są oznaczone, nie możemy ich zmusić, żeby zrobili coś, co nie leży w ich charakterze, ani w żaden sposób manipulować ich działaniami. Na ogół jedyne, co mogę zrobić dzięki swojej mocy, to zamieszać im w głowie, zamazać odrobinę granicę pomiędzy dobrem a złem. Każdy, kto mówi, że szatan mu coś kazał, wciska kit.
Przechadzam się korytarzem, wciągając zapachy nastoletniego grzechu, tak gęste, że czuję ich smak. Wszystkie sześć moich zmysłów wrze z oczekiwania. Bo ta podróż jest inna. Przybyłem tu po jedną konkretną duszę i kiedy idę w stronę budynku numer sześć, przeszywa mnie trzask rozpalonej do czerwoności energii — dobry znak. Nie spieszę się, sunąc powoli przez chmarę i badając perspektywy, aż docieram do klasy jako ostatni, równo z dzwonkiem.
W sali 616 jest równie ponuro jak w pozostałych częściach szkoły, ale poczyniono przynajmniej próby udekorowania jej. Na ścianach widnieją grafiki na temat sztuk Szekspira — wyłącznie tragedii, tak swoją drogą. Ławki są zestawione po dwie i niemal pełne. Podchodzę środkowym przejściem do biurka pana Snydera, podaję swój rozkład zajęć. Odwraca ku mnie szczupłą twarz. Na samym czubku długiego, prostego nosa tkwią okulary.
— Luc Cain. Potrzebne mi potwierdzenie przyjęcia na zajęcia czy coś takiego — mówię.
— Cain… Cain… — Przeczesuje dłonią rzednące siwe włosy i przegląda listę uczniów, aż znajduje moje nazwisko. — Jesteś. — Podaje mi żółty świstek, zeszyt do wypracowań i egzemplarz „Gron gniewu”, po czym znowu zerka do dziennika. — Dobra, siądziesz między panem Butlerem a panną Cavanaugh. — Potem wstaje, poprawia okulary i wygładza niewygładzalne fałdy swoich białej koszuli oraz mundurka khaki.
— No dobrze, proszę państwa… — oznajmia. — Przesiadamy się. Wszyscy, od panny Cavanaugh poczynając, przesiadają się o jedno miejsce w prawo. Do końca półrocza będzie pani miała nowego kolegę do wypracowań.
Stadko posłusznych małych lemingów gdera, ale wszyscy robią, co im kazano. Ja siadam na miejscu wskazanym przez pana Snydera, pomiędzy panem Butlerem — wysokim, chudym okularnikiem z brzydką cerą i oczywistymi zaburzeniami samooceny — a panną Cavanaugh, której szafirowe oczy wpatrują się prosto w moje. Tu nie ma żadnych problemów z samooceną. Czuję, jak pod skórą przechodzi mnie gorący prąd, kiedy odwzajemniam jej spojrzenie, mierząc ją wzrokiem. A miarę zdejmuję ze zdecydowanie drobnej popielatej blondynki o włosach falistych, związanych w węzeł na karku, o bladej skórze. Ognistej. Pewne widoki na przyszłość. Nasze ławki są złączone, więc będę miał chyba mnóstwo sposobności, aby ją wybadać.

FRANNIE

Dobra, może i nie jestem jakąś omdlewającą panienką, ale na miłość boską, nie do wiary, co za towar właśnie wszedł na naszą lekcję angielskiego. Wysoki, ciemny, z gatunku niebezpiecznych. Mhm… nie ma to jak śliczna zabaweczka na uroczy początek dnia — i chyba mnie ogłupia. Uwaga, premia. Najwyraźniej będziemy partnerami od wypracowań, bo obsesyjno–kompulsywny Snyder każe się nam przesuwać o jedno krzesło, żeby zrobić miejsce dla nowego. Boże uchowaj, żebyśmy kiedykolwiek siedli inaczej niż w porządku alfabetycznym.
Powoli taksuję wzrokiem jego czarny tiszert i dżinsy, nie wspominając o ciele pod spodem — przecudnym — kiedy idzie powoli i siada po mojej lewej stronie. Wsuwa wysokie ciało do przydzielonej ławki z wdziękiem chytrego czarnego kota, a ja jestem gotowa przysiąc, że temperatura pomieszczenia podskoczyła o dziesięć stopni. Ciemnawe światło odbija się słabym blaskiem od trzech metalowych pręcików przeszywających zewnętrzny koniec jego prawej brwi, kiedy wpatruje się we mnie spoza jedwabistych czarnych kosmyków najczarniejszymi oczami, jakie w życiu widziałam.
Snyder chwilę przechadza się w milczeniu pod tablicą, po czym mówi:
— Wyjmijcie zeszyty i „Grona gniewu”. Jako że pan Steinbeck nie zdołał znaleźć odpowiedniego miejsca na zakończenie rozdziału na siedemdziesięciu jeden stronach rozdziału dwudziestego szóstego, przypomnicie sobie, że arbitralnie wymusiliśmy takowy u dołu strony pięćset dwadzieścia dziewięć. Dzisiaj będziemy czytać resztę rozdziału na lekcji i podkreślać co ważniejsze kwestie Steinbecka.
Pan Tajemniczy wreszcie odwraca wzrok, a ja czuję się splądrowana — ale nie w negatywnym sensie, jeśli można tak powiedzieć. Czuję się, jakby mnie sprawdził na wylot i jeszcze jakby spodobało mu się to, co zobaczył.
— Panno Cavanaugh, może zechciałaby pani powrócić do klasy?
Głos Snydera jest jak wiadro zimnej wody wylane na moją głowę — i zapewne tego potrzebuję, bo coś się w środku zrobiło zbyt duszno.
— Że jak proszę?
— Niezła recenzja wczoraj w „Boston Globe”. Myślę, że ładnie ujęli sens waszego programu. Podobało mi się zwłaszcza zdjęcie — mówi z uśmiechem. — Zechciałaby pani rozpocząć czytanie? Strona pięćset trzydzieści.
Rozglądam się. Wszyscy mają książki otwarte, nawet Pan Tajemniczy. A moja ciągle jest w torbie. Więc chociaż i do łatwo spływających rumieńcem nie należę, teraz czuję, jak spiekam cegłę, kiedy wyciągam „Grona gniewu”, otwieram i zaczynam czytanie. Moje usta czytają Steinbeckowy opis śmierci kaznodziei Casy’ego z rąk dzierżącego trzon od kilofa krępego mężczyzny, na oczach jego przyjaciela Toma. Ale mój umysł jedynie obrzeżem rejestruje cokolwiek z tego fragmentu, bo czuję obecność Pana Tajemniczego, który siedzi jedynie kilkanaście centymetrów ode mnie i cały czas na mnie patrzy. Dukam słowa, kiedy pochyla się bliżej i dociera do mnie zapach cynamonu. Och…
Snyder przychodzi mi na ratunek.
— Dziękuję, panno Cavanaugh. — Rozgląda się po klasie.
„Wybierz Pana Tajemniczego”.
Uśmiecha się do mnie i przesuwa wzrok na nowego.
— Panie Cain, może pan podejmie czytanie.
Pan Tajemniczy ciągle się na mnie gapi, lekko drwiący uśmiech podnosi w górę kąciki jego ust.
— Oczywiście — mówi i zaczyna czytać głosem, który brzmi jak ciepły miód, jest gładki i lepko słodki. Ale jego oczy nie odrywają się ode mnie od razu, dopiero po chwili kierują się na książkę. — „Tom spojrzał na kaznodzieję. Błysk latarni mignął po nogach zabójcy i po białym nowym trzonie kilofa. Tom bez słowa skoczył na George’a i wyrwał mu go z rąk. Za pierwszym razem poczuł, że chybił, i ugodził w ramię, za drugim druzgoczący cios trafił w czaszkę, a zanim krępy chłop runął na ziemię, trzy nowe ciosy dosięgły jego głowy…”
Sprawia wrażenie, że podoba mu się makabryczny fragment. Rozkoszuje się nim, naprawdę. Snyder zamyka oczy i patrzy, jakby coś rozważał. Pozwala Tajemniczemu czytać do końca rozdziału, czyli o wiele dłużej niż komukolwiek z nas przez cały rok. Rozglądam się po klasie i wszyscy — nawet twardziel i mądrala Marshal Johnson — wydają się zahipnotyzowani.
— Mam czytać również rozdział dwudziesty siódmy, panie Snyder? — pyta Tajemniczy, a Snyder gwałtownie wybudza się z transu.
— Ach… Nie, dziękuję, panie Cain. To wystarczy. Pięknie przeczytane. No dobrze, proszę państwa, na jutrzejszą lekcję proszę przedstawić najważniejsze motywy u Steinbecka w drugiej połowie rozdziału dwudziestego szóstego. Możecie też nad tym pracować do dzwonka.
Tajemniczy odwraca się do mnie, zamyka książkę i chwilę na mnie patrzy.
— A więc, panno Cavanaugh, masz jakieś imię?
— Frannie. A ty?
— Luc.
— Miło poznać. Niezła sztuczka.
— Która? — Oczy mu rozbłyskują, kiedy piękny, niecny uśmiech rozlewa mu się po twarzy.
— Czytanie bez patrzenia na książkę.

 

About Blair

Pełnoetatowa książkoholiczka i filmomaniaczka. Recenzentka - amatorka, szpanująca swoim talentem pisarskim i nie rozumiejąca, dlaczego nikt nie chce podziwiać blasku jej intelektu, który przecież razi wszystkich po oczach. Czasami o skłonnościach masochistycznych, wiecznie niewyspana. Niepoprawna romantyczka, marząca o naprawianiu świata. Ponoć mówią, że nocą staje się Nocnym Cieniem i szuka nowych, szeleszcząco - papierowych ofiar...

View all posts by Blair