Ja, diablica


Już za kilka dni na rynek wydawniczy wkroczy druga część przygód Wiktorii Biankowskiej Ja, anielica, opowiadająca o dalszych perypetiach sympatycznej studentki, uwikłanej w paranormalne związki, przyjaźnie i awantury. Warto zatem przypomnieć sobie, od czego historia się zaczęła. A zaczęła się okrutnie, od nieuzasadnionego (przynajmniej dla niektórych) mordu na bogu ducha winnej dziewczynie…
Ja, diablica to trzecia książka młodej, polskiej autorki Katarzyny Bereniki Miszczuk. Pod względem warsztatu zdecydowanie przewyższa Wilka i Wilczycę. Pisarka pisze o realiach, które zna i rozumie, sama bowiem funkcjonuje w środowisku studenckim. Z tego zapewne wynika też naturalny i pozbawiony zbytniej emfazy styl książki, sposób prowadzenia dialogów i swoiste poczucie humoru.
Historia opowiada o młodej dziewczynie, która ginie śmiercią nagłą i niespodziewaną przez nikogo (nawet przez z lekka zmieszaną tym faktem Śmierć) i w efekcie trafia do Piekła.
Z tajemniczych (ekhm…) przyczyn zostaje jej zaoferowana posada i moc Diablicy oraz jako taki tam bonusik – luksusowy dom. Ponieważ wszystkie prawdziwe Diabły i wszystkie Anioły są płci niewątpliwie męskiej, staje się ona łakomym kąskiem w swoim nowym świecie. A prawdziwe Piekło to istny raj dla hedonistów. Żadnej siarki, kotłów ze smołą, nic z tych rzeczy. Puby, knajpki, ciepłe morze, intrygujące towarzystwo… Sielanka…
Wiktoria jest jednakowoż nieusatysfakcjonowana, bo na ziemi został chłopak, wdzięcznie zwany Piotrusiem, w którym chyba się właśnie zakochała. Nie rekompensuje jej tej straty nawet zainteresowanie i adoracja ze strony szalenie przystojnego, inteligentnego i seksownego diabła Beletha.
I zaczyna się jazda…. Wiktoria nie odpuszcza Piotrusiowi (a pfe…nie rozumiem, czemu niektóre kobiety mają taki niepohamowany pęd do zdrobnień), Beleth nie odpuszcza Wiktorii, a w całej aferze z lubością nurza się Azazel – podejrzewany zarówno przez bohaterkę, jak i przeze mnie, o chorobę afektywną dwubiegunową na tle manii wielkości.
Nasza Diablica, łamiąc dopuszczalne regulaminy, wykorzystuje bezecnie nowo nabyte umiejętności i próbuje żyć na 200%. Co prawda słowo żyć, nie jest tu do końca na miejscu, jednak przy tak aktywnej istocie, trudno znaleźć odpowiedni zamiennik. Wiktoria stara się zatem sumiennie wypełniać powierzone jej piekielne obowiązki, głównie rekrutując w szeregi potępionych duszyczki różnego pochodzenia i autoramentu, a czas wolny spędza na ziemi, granitowo trwając przy swym uczuciu do wciąż żywego Piotrusia. Udawanie zwyczajnej dziewczyny przed przyjaciółmi i rodziną wymaga od niej trochę zachodu, a w dodatku łamie kilka odwiecznych praw i budzi niezadowolenie tu i ówdzie. Przy większości rozmaitych perypetii Beleth asystuje Wiktorii z uporem maniaka, chroniąc ją z sobie tylko wiadomych powodów i przy okazji ustawicznie próbując ją uwieść, choć jeśli o niego chodzi, to wszystkiego się można spodziewać. Ładują się przy tym w rozmaite kłopoty i krzyżują różne plany, wytrącając przy okazji z równowagi różnych ludzi i nieludzi, naginając do tego wszelkie możliwe zasady. Niestety Piekło jest szalenie zasadnicze – a myśleliście, że skąd mamy w Polsce biurokrację???
W międzyczasie Azazel knuje i manipuluje (jak to diabeł zresztą), próbując wykorzystać wszelkie nadarzające się okazje do zdobycia jak największej władzy i prestiżu. A jak się okazja nie nadarza, to przecież, dzięki odpowiedniej interwencji, można jej pomóc… A jeśli jeszcze do tego ma się po swojej stronie kochankę, której pragnęli władcy światów…
Ogólnie całość czyta się lekko i przyjemnie. Postacie są wykreowane bez nadmiernej pompatyczności, nie zostajemy przytłoczeni nawałem uczuć, ani rozterek moralnych. Proporcje są świetnie wyważone. Bohaterów nie da się nie polubić, mimo wad wszelakich, potknięć, nie zawsze czystych zagrań – a może właśnie dzięki nim. W końcu, kto z nas jest chodzącym ideałem? Intryga jest przemyślana i starannie poprowadzona – najzwyczajniej w świecie zaciekawia. Autorka swobodnie żongluje językiem i stylem. Czerpiąc z popularnych wątków i schematów, tworzy coś nowego. Może nie nowatorskiego, ale tchnącego świeżością i młodością. A jako dodatkowy bonus otrzymujemy niewymuszone, poprawiające nastrój poczucie humoru. Idealna lektura, aby się odprężyć, zrelaksować i poprawić sobie humor. I już wkrótce ukaże się ciąg dalszy, więc  będzie można śledzić losy głównych postaci.
Polecam. Głównie dlatego, że ostatnio odczuwam potrzebę odprężenia. Ale nie tylko. Mało się ostatnio pojawia na rynku nowości w dziedzinie fantastyki, które prezentują sobą porządny poziom. W przeważającej mierze półki księgarni zalewa masa wątpliwej jakości literatury pseudofantastycznej, utrzymanej w klimacie dużo dark i dużo emotions, za to zarówno stylistyka jak i język pozostawiają wiele do życzenia, o akcji i wątkach przewodnich już nie wspomnę. A Katarzyna Berenika Miszczuk ma kilka niewątpliwych atutów: ma ciekawe, niesztampowe pomysły,ma dobry warsztat pisarski, nie podąża ślepo za modą, ma poczucie humoru, a na dodatek jest naszą rodzimą pisarką, młodego pokolenia. Kiedyś było takie hasło: „Promujmy młode talenty!” – no to promujmy, bo warto.
Moja ocena: 8/10

 

Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
Wydawnictwo: WAB , Październik 2010
ISBN: 978-83-7414-824-5
Wymiary: 125 x 195 mm
Cena: 39,90