Wiedźma Naczelna – kolejny fragment

Dziś Fabryka Słów zaprezentowała czytelnikom kolejny fragment “Naczelnej Wiedźmy” autorstwa Olgi Gromyko.

Zapraszamy do lektury.

Zlecenie

Okazało się, że żądni piwa chłopi nie marnowali czasu. Póki ja siedziałam w karczmie oni zebrali się i wysłali gońca. Nawet gorzej – zdążył on wrócić ze wsparciem.
W moim kierunku zmierzało przynajmniej pięć pudów żelaza – pod dwoma z nich skrywał się rycerz, pod kolejnymi trzema – jego wierny koń, powoli i majestatycznie przestawiający nogi. Spod długiego srebrzystoszarego czapraka widniały tylko kudłate pęciny z masywnymi kopytami. Górna część bojowego wierzchowca została zapakowana w hełm z wycięciami dla oczu, uszu i nozdrzy, od którego do samego łęku siodła leciał kołnierz z wypolerowanych do blasku plastyn. Grzbiet przykryty był karkasem ze stalowych pasów o dużych oczkach, więc jedynym niebronionym miejscem był z irytacją poruszający się ogon.
Jeździec był opancerzony jeszcze solidniej – łatwiej było go spłaszczyć niż zranić. Luki w płycie wypełnione były pasmami kolczugi, przy siodle wisiał dwuręczny miecz, który prawie drapał o ziemię. Cały tej majątek wesoło podzwaniał i szczękał przy najlżejszym ruchu, odstraszał kury i doprowadzał do wściekłości psy.
Za rycerzem w pełnej szacunku odległości połowy korpusu truchtał giermek na niskorosłym myszatym koniku. Był to ciemnowłosy chłopaczek około piętnastki o radosnej i jeszcze pozbawionej wąsów twarzy. Warto zauważyć, że nie niósł ani nie wiózł żadnej broni, a w charakterze zbroi miał na sobie tylko lekką kolczugę do połowy biodra, złapaną w pasie zwykłym skórzanym pasem. Kawalkadę zamykały ze dwie dziesiątki wiejskich psów, które bez skutku próbowały przebić się przez wydawane przez rycerza szczękanie.
Na widok złotego znaku na srebrnym łańcuchu, wygodnie ulokowanego w wycięciu napierśnika prychnęłam z szacunkiem. W pewnej analogii do magów najwyższe stopnie zakonu rycerskiego nazywano mistrzami. Ale nie było się co łudzić – rycerze byli do ostatniej kropli krwi oddani świątyni i nie znali innego określenia na magię niż „paskudne czary” czy „wstrętne sztuczki”. Do wiedźm mieli stosunek dokładnie identyczny.
Spróbowałam cofnąć się na pobocze, ale jeden i drugi koń skręciły mi na spotkanie i zatrzymały, dosyć niedwuznacznie przegradzając drogę. Mistrz, wyraźnie popisując się zmusił swojego „gorącego” woziwodę do stanięcia dęba i leniwego pomachania przednimi kopytami. Na ziemię spadły one z takim łomotem, że nabrałam poważnych obaw odnośnie tego, czy jeździec i koń przypadkiem nie rozsypią się na osobne segmenty. Chyba nie warto dodawać, że ani ja ani Smołka nawet się nie poruszyłyśmy, patrząc na rycerza z tak szczerym zdumieniem, że zawstydzony giermek uciekł spojrzeniem.
– Ua em oaiać z oaną wieą! – dźwięcznie i z przeciąganiem samogłosek doleciało spod hełmu.
Zdumienie przekształciło się w nie mniej szczere niezrozumienie, a kobyłka nawet lekko odwróciła głowę, nasłuchując odbijającego się we wnętrzu zbroi echa.
– Prawdopodobnie szanowny mistrz miał na myśli, że chce rozmawiać z wiedźmą – giermek przyszedł swojemu panu w sukurs.
– Oaną? – sprecyzowałam podejrzliwie.
– Zaiste tak! – rycerz w końcu wpadł na to by odchylić przyłbicę – Bo wiedźma jest z natury nasieniem mroku, źródłem zła i skupiskiem siły przeklętej na grzesznej ziemi naszej, więc niedopuszczalne jest nazywanie jej inaczej niż poganą!
– Schlebia mi pan – mruknęłam – Ale co dalej? Macie zamiar urozmaicić smutne życie tej porządnej wsi jedynie słuszną i właściwą akcją spalenia mojej skromnej osoby?
– Niestety nie – ze szczerym smutkiem przyznał mistrz – Ja, czyli zakon Białego Kruka w mojej osobie chcemy cię wynająć.
Uważniej spojrzałam na złotą blaszkę. Uczciwie mówiąc ptaszek przypominał raczej kurczaka i to nie będącego u szczytu formy. Powstawało wrażenie, że biedactwo zakończyło żywot na własne życzenie metodą powieszenia się na srebrnym łańcuchu, na którym po dziś dzień dyndało z rozłożonymi skrzydłami, wyciągniętymi łapami i nienaturalnie wygiętą szyją.
Zasadniczy sens powyższego zdania dotarł do mnie dopiero po chwili.
– Wynająć? Mnie?! Raczy pan żartować?
Z chmurnej fizjonomii mistrza dawało się wyczytać, że również chciałby tak uważać, ale niestety nie może.
– Bardzo nie chcę pana zasmucać – zaczęłam delikatnie – Ale na wyjeździe z lasu wisi bardzo obiecująca tabliczka…
– Wiem – rycerz machnął ręką – Osobiście ją tam przybiłem.
– To ma pan oryginalną metodę informowania przejeżdżających magów o pojawieniu się wolnego etatu – prychnęłam. Kobyła chętnie poparła mnie analogicznym, ale znacznie bardziej złośliwym i głośniejszym dźwiękiem.
– Niech nas bogowie uchowają przed waszym biesowskim plemieniem! – mistrz z irytacją uniósł głos – Potrzebujemy JEDNEJ wiedźmy do wykonania JEDNEGO zadania. A potem, mimo tego, że jest to sprzeczne z naszymi zasadami, puścimy ją wolno…
Rycerz i giermek z zagubionymi wyrazami twarzy spojrzeli po sobie, nie rozumiejąc co mnie tak śmieszy. Zgięta w pół nad łękiem siodła z trudem zdołałam wykrztusić:
– Czy chce mi pan powiedzieć… że pan mnie… złapał?! No ja nie mogę…
– No prawie złapaliśmy – poprawił się giermek, zapadając się w sobie pod ciężkim spojrzeniem starszego towarzysza – Można powiedzieć, że jesteśmy w trakcie…
– Aha – lekko klepnęłam się w pierś, przeganiając resztki tańczącego tam śmiechu – Ale jeżeli się nie przesłyszałam, początkowo padło słowo wynająć, a ono chyba zakłada opłatę mojej radosnej działalności, czyż nie?
– Dokładnie tak – z wyższością potwierdził mistrz – Ty wyświadczasz nam pewną usługę, a my darujemy ci życie i wolność. Moim zdaniem jest to godna zapłata za twoją wstrętną bogu działalność.
– Czyli chce pan zapłacić mi, używając w tym celu odebranej mi sakiewki? Nic z tego. Niech pan najpierw spróbuje ją odebrać.
Na policzku rycerza nerwowo drgnął jakiś mięsień. Chyba do tej pory spotykał się wyłącznie z wiejskimi znachorkami, niezdolnymi nawet do utworzenia prościutkiego pulsaru. I nie bardzo miał ochotę sprawdzać, do czego zdolny był mag bojowy z dyplomem wyższej uczelni. Tyle że było za późno by się wycofywać.
Mistrz opuścił przyłbicę i z patosem wbił ostrogi w stalowe końskie boki. Wierny rumak chyba zareagował na znany dźwięk i ze zwiększającą się prędkością ruszył do przodu.
– Drżyj, siło nieczysta, jako że w głowni mojego miecza zatopiono paznokieć z lewej nogi świętego Fenduła i samo dotknięcie go obróci cię w proch!
– Drżę – przyznałam uczciwie – Rzadkie paskudztwo i nie mam najmniejszej ochoty go dotykać!
Rycerz ryknął z oburzeniem i rzucił się do ataku.
Mój miecz nie zawierał żadnych Fendułów, a poza tym nie miałam zamiaru go obnażać. Po pierwsze uczciwa walka (przynajmniej w moim rozumieniu) winna być toczona z użyciem broni, do której każda ze stron przyzwyczajona jest najbardziej. W moim przypadku stanowczo nie był to miecz. A po drugie, z pochwy wystawała wyłącznie rękojeść z odłamkiem brzeszczota, której nadal nie udało mi się zastąpić. Przez półtora roku pracy na drogach wymieniłam przynajmniej tuzin wszelakich mieczy – od krasnoludzkich po elfie. Złośliwe klingi uparcie odmawiały współpracy: gubiły się, łamały, gięły albo topiły w trującej krwi potworów. Poza tym pozwalały się ukraść, przypadkiem pomylić w gospodzie, pożyczyć (i zapomnieć o oddaniu) albo zabrać ze sobą do grobu, pozwalając mi „z rozpaczą” zgrzytać zębami i ponownie sięgać do sakiewki.
Tak więc po prostu pstryknęłam palcami i rycerz ze swoim Fendułem przeleciał obok, bez sensu machnąwszy mieczem nad czubkiem mojej głowy. Oszukanie ludzkich oczu to najprostsza sztuczka, którą opanowaliśmy na piątym roku, kradnąc jabłka skąpym handlarkom. Mistrz dogalopował do końca ulicy, ściągnął wodze, z namysłem potrząsnął głową, wycelował miecz jak kopię i ruszył na drugi krąg… trzeci… czwarty…
Nad ulicą unosił się tuman kurzu. Chłopi, podzieleni na dwie kibicujące drużyny, witali każdą próbę okrzykami zachwytu lub rozczarowania. Ja i Smołka wyłącznie z zaciekawieniem poruszałyśmy głową tam i z powrotem, nie ruszając się z miejsca.
Ostatecznie mistrz uznał, że zmieni taktykę i ruszył w naszym kierunku z głośną powolnością ciężkiej balisty, wyładowanej mieczem o długości dwóch arszynów. Wyglądało to dosyć efektownie i nawet się lekko zmartwiłam, ale w tym momencie Smołka kokieteryjnie wygięła szyję i cienko pytająco zarżała.
Polowanie na wiedźmę zostało tymczasowo przerwane – rumak faktycznie okazał się ogierem, który wykazał spore zainteresowanie moją towarzyszką i zatańczył tak, że rycerzowi zadzwoniły wszystkie stawy. Mistrz z wściekłością ściągnął wodze, ale jego wierzchowiec uznał, że zademonstruje charakter i zaczął kręcić się w miejscu, próbując ponownie stanąć dęba, tym razem z własnej inicjatywy.
Osobiście byłam bardzo ciekawa sposobu, którego rycerze planowali użyć do łapania mnie, więc nie śpieszyłam się z tym by wymówić się pilnymi sprawami, wymagającymi natychmiastowej ucieczki z pola polowania. Giermek podjechał bliżej i równoczesnymi westchnieniami i jękami witaliśmy każdy kolejny podskok rumaka. Mistrz ostatecznie zrezygnował z prób uspokojenia wierzchowca, rzucił wodze i miecz, przytulił się do końskiej szyi i desperacko trzymał jej obiema rękoma.
– Ehem… panno wiedźmo – niepewnie zaczął chłopak, nie odrywając spojrzenia od zachwycającego widowiska – A może się pani podda dobrowolnie?
– Za nic – odparłam z roztargnieniem, z zadowoleniem przyjmując fakt, że rycerz zaczął powoli spełzać na lewo – Będę walczyć do ostatniej kropli krwi…
– A jeżeli wyznaczymy jakąś kwotę za pani złapanie i pani zgłosi się po nią jako pierwsza?
Spojrzałam na giermka ze znacznie większym zainteresowaniem i uwagą, niżeli początkowo. Prosta, dobroduszna i otwarta twarz, ale z podbródkiem zwiastującym siłę woli. Brązowe oczy, zbyt poważne dla tak młodego wieku. Z takich dzieciaków po jakimś czasie wyrastają albo wierni sojusznicy albo groźni wrogowie. Ale tak czy siak chwilowo nie miał nawet prawa do własnego miecza, a myszaty konik przyzwyczajony był raczej do wożenia wody, niżeli siodła.
– Zależy od wielkości sumy – stwierdziłam ostrożnie.
Chłopak z gotowością odczepił od pasa sakiewkę i rzucił ją w moim kierunku. Woreczek nieoczekiwanie przyjemnie ciążył w ręku. Rozwiązałam, zajrzałam. Oho! Wyglądało na to, że w środku było nie mniej niż pięćdziesiąt kładni złotem. Oczywiście należało sprawdzić, jaką robotę próbowali mi sprzedać, ale w razie czego zawsze można zażądać dodatku za ryzyko. Bo właśnie okazało się, że łapanie wiedźmy to praca dosyć niebezpieczna, skomplikowana i niewdzięczna… Łup! Mistrz wyłożył się na ziemi, zagłębiając się w niej prawie na pół piędzi. Koń natychmiast przestał się popisywać i zastygł nieruchomo, podziwiając wynik.
– No dobra – stwierdziłam krótko, chowając sakiewkę do torby podróżnej koło ziół – Niczego nie obiecuję, ale spróbuję wam tę paskudę złapać.
Giermek rzucił mi wdzięczne i przepraszające spojrzenie, po czym zeskoczył z konia, podbiegł do leżącego na wznak rycerza, kucnął przy nim i z szacunkiem uniósł przyłbicę:
– Panie, zwycięstwo, ona się poddaje!
-Bardzo dobrze – burknął mistrz, poruszając kończynami jak leżący na grzbiecie żuk – Tywali, pomóż mi się podnieść!

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf