Szamanka od umarlaków

Nakładem Fabryki Słów ukazała się kolejna powieść fantasy, której główną bohaterką jest młoda, magicznie utalentowana dziewczyna. Z tym że talent posiada nie byle jaki, choć niezbyt użyteczny w życiu codziennym. W zasadzie – całkowicie nieużyteczny, a wręcz szkodliwy dla osoby spragnionej odrobiny prozaicznej normalności. Ida Brzezińska jest medium i nie jest z tego powodu szczęśliwa. W dodatku Ida ma Pecha – takiego wrednego, przebiegłego, posiadającego własną wolę Pecha, który uważa Idę za swoją i zrobi wszystko, żeby jej utrudnić egzystencję…
Fabryka Słów kontynuuje politykę zaspokajania wysublimowanych gustów Grupy Nacisku – miłośniczek twardych babek (tak sobie pochlebiam, a co ;-) ), wypuszczając na światło dzienne kolejną pozycję, której główną bohaterką jest kobieta, a w zasadzie młoda dziewczyna – Ida Brzezińska, tytułowa szamanka od umarlaków. Ida, co prawda, nie jest silną babką, ale ma całkiem spore zadatki na ewolucję w odpowiednim kierunku. Przy takim rozwoju akcji, w zasadzie ma dwa wyjścia – albo się uodporni, albo zwariuje. Jak dla mnie, wybór jest oczywisty, choć każdy może mieć w tym względzie własne preferencje.
To książka ze słowiańską duszą. Napisana została przez Martynę Raduchowską – świeżą krew na arenie fantastyki. I to z bardzo obiecującymi zadatkami na przyszłość. Autorka jest rodowitą wrocławianką i, całkiem logicznie, postanowiła swoją opowieść osadzić w realiach, które zna od podszewki. Dotyczy to również wieku bohaterki. Pisarka stworzyła postać niewiele odbiegającą wiekiem od niej samej. Zapewne dlatego Ida wydaje się być taka prawdziwa.
Nastoletnia dziewczyna u progu swej dorosłości, podejmująca pierwsze poważne decyzje, nadające jej życiu kształt. Niestety, a może właśnie „stety”, wokół niej kłębi się cała plejada osobowości, które mają względem niej całkiem odmienne plany. Przede wszystkim – Ida ma rodzinę. Niby nic niezwykłego, powiecie: każdy ma jakąś rodzinę. Tyle że rodzina bohaterki to same magiczne osobowości, arystokracja świata nadnaturalnego, z silnym parciem na podtrzymanie czarodziejskiej tradycji. Natomiast Ida za wszelką cenę chce być zwyczajna, ukrywa więc i neguje swoje zdolności przed wszystkimi wokół. Posuwa się nawet do ucieczki z domu, aby studiować całkiem pospolitą psychologię na absolutnie niemagicznym Uniwersytecie Wrocławskim. Jednakże w jej życiu nic nie jest proste, albowiem Ida ma Pecha. A ów Pech zrobi wszystko, żeby ją zgnębić i zniweczyć jej plany. Paradoksalnie szczęście sprzyja Pechowi, jego podopieczna cierpi na całkiem poważną przypadłość: widzi duchy (a żeby je szlag trafił! – a, no przecież właśnie trafił…).
Wyżej wymienione okoliczności, w sposób intensywny i dość uporczywy, komplikują jej wszystko: od wymarzonych studiów począwszy, na życiu emocjonalnym skończywszy. Zresztą, weź tu człowieku miej jakieś związki i relacje, jak co i rusz jakaś swołocz, w stanie mniej lub bardziej zdefasonowanym, na ciebie wyskoczy. Tak więc, Ida daleka jest od porywów serca, skupia się za to, wręcz obsesyjnie, na trwaniu w stanie normalności. Niestety, marzenia mają to do siebie, że nie zawsze się spełniają, a Idzie nie udaje się wygrać ze zmasowanym atakiem genów, Pecha i szacownej rodzinki. Przychodzi jej więc, dla zachowania mniej lub bardziej zdrowych zmysłów, pogodzić się z przeznaczeniem i oddać powołaniu, czyli zostać medium. Proces zgłębiania przez nią tajników wiedzy pod okiem cioteczki, wdzięcznie zwanej Teklą, jest ze wszech miar barwny, a czasem nawet dość burzliwy i widowiskowy. Zapewnia czytelnikowi sporą dozę niezłej rozrywki. Jednak, wbrew pozorom, książka nie skupia się tylko wokół walki bohaterki z przeznaczeniem. Ten wątek stanowi wprowadzenie i podkład dla głównej intrygi, o charakterze niejako kryminalnym. Całkiem ciekawej i wciągającej intrygi, gdzie żywi i zmarli mają równe szanse w walce o zwycięstwo, przy czym niektórzy żywi w międzyczasie żyć przestają, co wcale nie przeszkadza im dalej bruździć. W dodatku, po raz kolejny zostaje dowiedzione, że lustra mogą być wrotami do piekieł, a demony i inne piekielne stwory tylko czekają na okazję, żeby przejąć władzę. A pokażcie mi dom, w którym nie ma lustra…
Dużym atutem książki jest barwny, żywy język i sarkastyczne poczucie humoru. Jeśli dodać do tego dobrze stopniowane napięcie, wyraziście ukształtowane postacie i to nie tylko te główne, element zaskoczenia oraz specyficzne podejście do kontaktów z duchami, to mamy kawałek niezłej lektury. Autorka sprawnie żongluje emocjami czytelnika, popychając go od śmiechu do niepokoju. Opowieść, która nie tylko zaciekawi, wywoła dreszczyk, ale i rozbawi. Jak dla mnie wymarzone połączenie. Największą wadą jest to, że historia się urywa. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy…

ocena: 7/10

Autor: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo:
Fabryka Słów , Czerwiec 2011
ISBN:
978-83-7574-477-4
Liczba stron:
392
Wymiary:
125×195 mm