Wiedźma Naczelna – fragment

Pamiętacie W. Redną?

Dziś Fabryka Słów zaprezentowała nam pierwszy fragment z mającej ukazać się jeszcze w tym roku kontynuacji przygód rudowłosej wiedźmy.

SCHABOWY

Podjechałam bliżej i przekonałam się o słuszności moich podejrzeń. Rozdroże było jedną z tych wsi, które zaczęły się od karczmy, stojącej na skrzyżowaniu dróg. Z jednej z nich, tej właśnie którą przyjechałam, w tej chwili już prawie nikt nie korzystał, więc zmieniła się w zwykłą wiejską uliczkę. Druga natomiast w międzyczasie rozszerzyła się prawie do rozmiarów traktu i prowadziła wzwyż, w kierunku zamku.
Mieszkańcy gapili się na mnie nieprzyjaźnie, nie wychodząc za bramy, ale też nie oddalając się od nich. Wielu demonstracyjnie czyniło znak krzyża i pluło przez ramię, któryś nawet pokazał figę, która jakoby chroniła przed złym okiem (nie pozostałam dłużna i zademonstrowałam delikwentowi inny, nie mniej symboliczny palec). Nawet nie przyszło mi do głowy by skrywać swój zawód, wręcz przeciwnie, odrzuciłam na plecy kaptur kurtki i dumnie wyprostowałam się w siodle, by wszyscy mieli okazję obejrzeć trzepoczące na wietrze rude włosy i rękojeść wiszącego za plecami miecza. W końcu nikt nie bronił mi tędy jechać, ani reklamować „konszachtów z diabłem”. Zauważyłam parę zaciekawionych spojrzeń i uśmiechnęłam się z zadowoleniem. Może powinnam wyjechać za granice wsi, zatrzymać w najbliższym lasku i poczekać na klientów?
Ale w następnej chwili zauważyłam gospodę i natychmiast zmieniłam plany. Miałam już powyżej wątroby trzęsącego się siodła i czerstwych kanapek – wypadałoby dla odmiany trochę porozpieszczać żołądek, a przy okazji rozprostować nogi oraz część ciała, znajdującą się nad nimi.
Lokal nie mógł poszczycić się ani czystością, ani nadmiarem gości. Po moim wejściu opustoszał ostatecznie a karczmarz nawet nie spytawszy czego gość sobie życzy postawił przede mną wypełniony jedzeniem talerz.
Ziemniaki były przesolone, ogórki miękkie, a schabowy podejrzanie przypominał moją zaginioną podeszwę. Jakimś cudem udało mi się nabić to dzieło sztuki kulinarnej na widelec, ale zdjęcie go z powrotem okazało się niewykonalne. Gryzienia również nie zaryzykowałam, we wszystkich barwach wyobraziwszy sobie dwa szeregi zębów tkwiące tuż obok widelca. A poza tym ktoś chyba próbował dobrać się do niego od drugiej strony ale również bez powodzenia… Ostatni raz potrząsnęłam widelcem i nieoczekiwanie schabowy ustąpił. Ze złowieszczym gwizdem rozciął powietrze, po czym lotem koszącym pokonał całą długość karczmy i ostatecznie wylądował w wiadrze z pomyjami, w którym zatonął. Na twarzy karczmarza pojawił się tęskny grymas – najwidoczniej owo unikalne danie koczowało ze stołu na stół od samego rana i wchodziło nie tylko do menu obiadowego, ale też do kolacyjnego.
Widelec zwolnił się i mogłam zacząć ze smutkiem rozmazywać po talerzu ziemniaki. Byłam coraz bardziej głodna, ale nadal nie do tego stopnia by zmusić się do przełknięcia nawet kawałka tej brei, szkalującej dobre imię jedzenia.
Odłożyłam widelec i spojrzałam przez okno. W okolicy karczmy niemrawo kręcili się jacyś chłopi, którzy co i rusz spoglądali na drzwi i wymieniali między sobą kilka słów. Chyba nie mieliby nic przeciwko możliwości wypicia kufelka piwa, ale już przywiązana koło drzwi kobyła swoimi żółtymi oczyma odstraszała większość spragnionych, a w środku siedziała wiedźma…
Karczmarz już kilka razy przespacerował się koło mojego stołu, a za ostatnim podejściem po prostu stanął obok, wyraziście sapiąc nad uchem. Ja odchyliłam się na oparcie krzesła i udawałam, że nic nie zauważam. I w ogóle wyglądało na to, że mam w planach krótką drzemkę…
– Hej, szanowna! – Karczmarz nie wytrzymał i wysunął się na przedni plan. Jakoś nie zauważyłam w jego głosie specjalnego szacunku, a wyłącznie pretensję, nieco hamowaną strachem przed wiedźmą – Zamierza pani płacić, czy jak?
– Zamierzam – potwierdziłam chętnie i dla dodania wagi swoim słowom pokręciłam w palcach srebrną monetę. Gospodarz wyciągnął rękę, ale pieniążek zniknął tak samo niespodziewanie jak się pojawił – Ale czy nie robi się tego przed samym wyjściem?
Chłop niechętnie acz twierdząco skinął głową.
– To w takim razie niech szanowny gospodarz idzie i zajmie się swoimi sprawami, bo mnie się nigdzie nie spieszy – zapewniłam uprzejmie, wygodniej lokując się w fotelu – Ma pan tu tak wspaniałe miejsce i doskonałe jedzenie, że człowiek ma ochotę rozciągnąć przyjemność na dłużej. Powiedzmy do wieczora. A może nawet spędzić noc. Przecież nie będzie pan miał nic przeciwko, czyż nie?
Karczmarz sapnął jak smok, który porwał księżniczkę i dopiero w jaskini odkrył, że pomylił ją z dziewięćdziesięcioletnią służącą. Przy czym pozbycie się mile połechtanej babki wcale nie było łatwiejsze niż bezczelnej wiedźmy, która przeszkadzała mu truć bardziej zgodnych klientów. Nie wiem jak w tej sytuacji poradził sobie smok, ale przede mną już za kwadrans stał talerz z ekskluzywną kurzą piersią w gęstym sosie, świeżutką i jeszcze parującą.
– Mam nadzieję, że tym panna wiedźma naje się szybciej – chmurnie burknął karczmarz.

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf