Fragment: Śmiercionośne fale

Dzisiaj mamy dla was fragment Śmiercionośnych fal autorstwa Carrie Ryan.

Życzymy miłej lektury.

 

W nocy leżę w łóżku, czując wyraźnie pościel na swojej skórze. Po raz pierwszy przypominam sobie dotyk Catchera. Powietrze jest gorące, ciężkie. Wciska mnie w łóżko, aż w końcu nie mogę oddychać i ogarnia mnie panika. Zrzucam nakrycie, przyciskając dłoń do piersi i walcząc o oddech. Nie mogę uwierzyć, że ich zostawiłam. Nie mogę uwierzyć, że uciekłam.

Chwiejnie wychodzę z pokoju i wbiegam po schodach na galerię, ocierając sobie biodra o barierkę. Czekam, aż światło przesunie się w ciemności i padnie na kolejkę w oddali.

Moje ciało ciągle drży. Powtarzam sobie, że nic mi nie zagraża, ale to nie pomaga. Wciąż nie wiem, czy wszyscy inni są bezpieczni.

Przeraża mnie myśl o tym, co się teraz stanie.

Wciąż widzę migające światła tam, gdzie nie powinno ich być – to Milicja w wesołym miasteczku. Zastanawiam się, czy Cira albo ktoś inny właśnie tłumaczy im, że ja też tam byłam, ale uciekłam. Jestem tak samo winna jak oni. Staję na palcach i spoglądam na krętą ścieżkę, która biegnie z Visty do latarni. Czekam, aż pojawią się na niej światła. Czekam, aż po mnie przyjdą.

Nic się nie dzieje. Zaczyna świtać, światła w wesołym miasteczku giną, a ja wciąż czekam.

Czuję się winna, że ja jestem bezpieczna, a moi przyjaciele nie. I za to, że jestem zdrowa, gdy oni być może muszą właśnie walczyć z infekcją.

Jednak przede wszystkim winię się za to, że ponad wszystko, nawet nienawidząc za to siebie samej, pragnę teraz pamiętać jedynie smak ust Catchera i dotyk jego palców na swoim nadgarstku. Jest to jedyne wspomnienie z tej nocy, które nie ma w sobie bólu, śmierci i żalu.

Nie potrafię jednak zapomnieć o krwi.

I zdaję sobie sprawę, że nigdy więcej go nie zobaczę. Nigdy więcej go nie poczuję. Nasza wspólna przyszłość przepadła raz na zawsze.

 

***

 

Poranne słońce sączy się przez żaluzje i podkreśla bruzdy na twarzy mojej matki, gdy ta palcami zsuwa kosmyki włosów z mojego policzka, siedząc na krawędzi łóżka. Nawet najdelikatniejszy dotyk budzi mnie ze snu.

Uderza mnie wspomnienie o tym, że powinnam być smutna i roztrzęsiona, ale chwilę zajmuje mi przypomnienie sobie powodu. Zarażony Catcher. Roznosicielka. Mellie, ja i inni salwujący się ucieczką. Opuszczenie Ciry.

Emocje z zeszłej nocy wracają i przytłaczają mnie. Chcę się w sobie zapaść, ale zamiast tego wstrzymuję oddech i opanowuję szloch. Wbijam paznokcie w skórę dłoni, by przywołać się do porządku.

– Mamo – szepczę. Pragnę, by uwierzyła, że to tylko sen zniekształca mój głos.

Bierze kosmyk moich włosów i wkłada mi za ucho. Od lat jest to nasz poranny rytuał. Zawsze przychodzi do mojego pokoju, siada na łóżku i łagodnie budzi mnie ze snu. Czasami nuci piosenkę. Innym razem opowiada, co dzieje się w miasteczku. Bywa też, że po prostu siedzimy w ciszy.

Tego lata coraz częściej ją ignoruję, czując wyraźnie, jak różni się od innych mieszkańców Visty. Ja z kolei wolę być taka jak inne nastolatki, choćby nawet Catcher i Cira, którzy nie mają rodziców.

Jednak tego ranka pozwalam jej bawić się moimi włosami. Zamykam oczy i daję się pocieszyć.

– Muszę iść na spotkanie Rady, Gabrielle – mówi i na moment cichnie. – Coś wydarzyło się wczorajszej nocy. Coś, o czym musisz wiedzieć.

Próbuję utrzymać równe tempo oddechu, żeby nie zdała sobie sprawy, że już wiem. Mimo to czuję, jak moją pierś ogarnia ta sama panika, co wczoraj. Nie powinnam była uciekać. Muszę się przyznać.

Jednak nie robię tego.

– Co takiego? – mamroczę w nadziei, że moje ściśnięte gardło nie wzbudzi jej podejrzeń.

– Niektórych twoich przyjaciół złapano za Barierą – odpowiada. Czuję, jak łóżko się porusza. – Milicja została powiadomiona. Znaleźli ich w wesołym miasteczku przy ruinach. – Słyszę, jak głośno przełyka ślinę. – Wygląda na to, że byli tam też Nieuświęceni. – Kulę się na dźwięk ostatniego słowa, namiastkę jej dawnego życia. Odmawiając nazywania ich Mudo tylko podkreśla, jak bardzo różni się od pozostałych.

– Niektórzy zostali zarażeni i Powrócili – mówi łzawym głosem. Znowu cichnie. – Przykro mi – szepcze, ściskając moją dłoń.

Chowam twarz w poduszkę, zamykając oczy tak mocno, jak tylko potrafię, by zatrzymać w sobie ból.

– Dzisiaj rano zdecydują, jak ich ukarać – kontynuuje. – Całe miasteczko ma się zebrać, by poznać wynik głosowania.

Powinnam ją zapytać, kto został ranny. Tego by się spodziewała. Powinnam ją zapytać, czy byli tam Cira i Catcher, czy nic im się nie stało. Jednak znam już odpowiedź i nie potrafię udawać, że nie. Czeka, aż coś powiem, a potem podchodzi do okna i odsłania żaluzje, żeby spojrzeć na ocean.

Ostre światło zmusza mnie do zmrużenia oczu. Gdy odwraca się do mnie, widzę tylko zarys jej sylwetki, ale wydaje mi się starsza niż dotychczas.

– Muszę wiedzieć, czy byłaś tam z nimi – mówi. Chcę zobaczyć wyraz jej twarzy, ale nie mogę. Podpieram się na łokciach, opada ze mnie przemoczona od potu pościel. Otwieram usta, ale nie pada żadne słowo.

– Muszę wiedzieć, co odpowiedzieć, gdy Rada mnie o to zapyta – naciska. – Nie będę miała wpływu na to, co zrobią z resztą, ale muszę wiedzieć, co z tobą.

Nigdy nie okłamałam matki, nawet raz. I przez chwilę rozważam przyznanie się, ale nie potrafię tego zrobić. Nie mogę postawić jej w sytuacji, w której będzie musiała wybierać między lojalnością wobec mnie i wobec Rady.

Nie mogłabym znieść jej rozczarowania.

– Nie poszłam – szepczę łamliwym głosem. – Za bardzo się bałam.

Stuka palcami o parapet, a ja wstrzymuję oddech, czekając na jej odpowiedź. Chcę wiedzieć, czy mi wierzy, czy prawda o moim strachu wystarczy, by ukryć kłamstwo, które ją poprzedzało. A potem, nie mogąc znieść ciszy, dodaję – Nigdy nie przekroczę Bariery. – Przyciskam kolana do piersi i otulam je ramionami. – Nigdy nie opuszczę Visty.

Znowu wygląda przez okno, a w jej profilu dostrzegam chyba smutek. Zastanawiam się, czy powodem jest moja słabość i lęk. Ona zawsze była taka silna.