Na krawędzi – recenzja II

Do „Na krawędzi” podeszłam bardzo ostrożnie i z dużą dozą obojętności. Inna seria państwa Andrews, zajmuje honorowe miejsce w moim spisie, zatem nie chciałam, żeby obraz książki został przesłonięty przez oczekiwania, wyniesione z Kate Daniels. Nie do końca mi się to udało…

Zauważyłam, że Andrewsowie (a może sama Ilona? Tak wnioskuję po przedmowie…) mają pewną tendencję do nieco nudnego rozpoczynania cyklów. Co prawda sytuacja z dziadkiem jest zabawna i szokująca, ale dalej, przez pierwsze dwa rozdziały, akcja biegła z iście żółwią prędkością. Poznajemy realia Rubieży, świata pomiędzy światami, historię Rose. Dopiero pojawienie się tajemniczego, potężnego arystokraty z Dziwoziemi, wymiaru pełnego magii, rozbiło delikatną sieć znudzenia, jaka zaczęła mnie oplatać. Wyprostowałam się i czytałam z zabójczym skupieniem, bo, przeczytawszy stronę zapełnioną postacią Declana, furia skradała się po moim kręgosłupie, gotowa bez ostrzeżenia chwycić za gardło. Bowiem pan Zarozumiały miał do Rose iście… przedmiotowe podejście. Jak najbardziej szlacheckie. Widać nie słyszał o feminizmie.

Recz jasna fabuła nie składa się wyłącznie z opisu trzech zadań, jakie musi Declan wykonać, by zdobyć Rose. Ludzi i zwierzęta z Rubieży zaczynają atakować dziwne, niepokojące istoty, nazywane przez przybysza z Dziwoziemi ogarami. Okazuje się, że przerażające zwierzęta żywią się magią, a skąd wziąć magię, jak nie z ciał? Może nie są tak silni jak magowie z wymiaru Declana, ale wystarczająco, by pan ogarów pragnął ich mocy. Zwłaszcza mocy Rose… Zadziwiająco potężnej jak na zwykłego Rubieżnika.

Główna bohaterka jest taka, jakie lubię – silna, o niewyparzonym języku, bezpośrednia, wręcz wulgarna. Pełna nieufności do każdego, kto nie pochodzi z jej rodziny, gotowa zniszczyć każdego, kto stanie pomiędzy nią, a jej braćmi: zmiennokształtnym Jackiem i Georgiem, potrafiącym wskrzeszać. Jednak Rose nie jest skałą – większość jej negatywnych cech to następstwo zdrad, jakich się wobec niej dopuszczono, bolących mimo upływu lat. Zaś Declan… Początkowo jest zupełną zagadką, później uważałam go za skończonego dupka, ale kiedy okazało się, że jego przybycie było uwarunkowane powodami bardziej wzniosłymi niż przejęcie Rose na własność, spojrzałam nań przychylniejszym okiem. To typ męskiej postaci, o którym większość kobiet uwielbia czytać: potężny, arogancki, inteligentny i niebezpieczny. Niedziwne więc, że i ja zapisałabym się do fanklubu Dziwoziemca, chociaż od samego początku doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Z powodu cech wyżej wymienionych. Słodka logiko…

Narracja trzecioosobowa w wykonaniu Ilony poszła bardziej niż bardzo dobrze. Po prawdzie, czasem odczuwałam brak smaczków, jakimi były myśli Kate w „Magii”, ale nie umniejsza to kunsztu, jaki zaprezentowała nam autorka. Język jest jasny i zrozumiały, ubarwiony interesującymi wyrażeniami i lekko sarkastycznym podejściem do otaczającego świata. Opisy są na tyle długie i bogate, by nie zanudzić czytelnika nadmierną ilością szczegółów i by nie pozostawiać białych plam w krajobrazie. Z dialogami podobnie – kwestie bohaterów są błyskotliwe, naturalne, wielką przyjemnością było czytanie przekomarzań Rose i Declana, ukazanych w zabawny, dynamiczny sposób.

Takich książek powinno być więcej.

Tę lekturę zdecydowanie należy zaliczyć do bardzo dobrych – intryga i niebezpieczeństwo na pierwszym planie, dopiero dalej rozwijająca się więź pomiędzy głównymi bohaterami sprawiają, że zdecydowanie wyróżnia się spośród wielu tomów paranormal romance. Uważam ją za obowiązkową pozycję każdego fana tego gatunku, a także dla tych, którzy po prostu lubią czytać o ludziach obdarzonych mocą.

Kto wie…? Może gdzieś tam naprawdę jest inny, magiczny świat…?

9/10

Tytuł: Na Krawędzi (On the Edge)
Autor: Ilona Andrews
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Wydanie pierwsze

 

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 

About destrakszyn

Entuzjastka psujostwa wszelakiego, namiętnie wczytująca się w fantastykę gatunku przeróżnego i obsesyjnie gromadząca nowe książki na półkach.

View all posts by destrakszyn