Na krawędzi – recenzja

 No i już jest! Jeszcze konkurs na polską krawędź widzianą okiem obiektywu na stronie Gavrana nie został zakończony, wciąż spływają kolejne zgłoszenia, a ja lekturę „Na krawędzi” Ilony Andrews mam już za sobą… Możecie mi zazdrościć. W łaskawości swej bezmiernej – pozwalam, zwłaszcza że jest czego.

Nie będę ukrywać, że do książki podchodziłam z lekkim, a w zasadzie nawet z ciężkim dystansem. Po pierwsze – drażniło mnie, że zostanie wydana przed kolejnym tomem serii o Kate Daniels. Po drugie – przeszkadzało mi padające w anglojęzycznych recenzjach określenie „rustical fantasy”. Znaczy, że co? Krowy będą pasać i pomiędzy udojem porannym i wieczornym czarować? A po trzecie – co to znaczy, że książka się nie daje sklasyfikować, banał jakiś i tyle. Po czwarte – facet widniejący na okładce (w wersji pierwotnej i oryginalnej) mierził mnie niemożebnie, w sumie sama nie wiem czemu. Nie zmienia to faktu, że jak dostał eksmisję, to mój dystans do powieści jakby zmalał. Udostępnianych w sieci fragmentów nie czytałam, więc do lektury zasiadłam bez żadnych szczególnych oczekiwań, li i wyłącznie z powodu osobistego uzależnienia, w końcu każdy ma takie uzależnienie na jakie zasłużył, czyż nie?

No i jak usiadłam, to już nie wstałam, póki historia się nie skończyła. Żeby nie było podejrzeń – nie zawsze tak mam, ale przy tej książce szkoda mi było przerywać sobie tę przyjemność. Jestem hedonistką z natury i nie lubię sobie odmawiać. Powściągliwość również nie jest moją najmocniejszą stroną, za to lubię sobie robić prezenty. A „Na krawędzi” to prezent. Dłuższy czas minął, odkąd się tak wciągnęłam przy czytaniu.

Rubież – to dziwne miejsce, gdzieś pomiędzy dwoma światami. Kawałek ziemi surowej i mało przystępnej – ziemi pogranicza. Tam dobrze czują się tylko Rubieżnicy, chociaż dobrze – to jednak przesada. To nie jest dobre miejsce, ale jak nosisz w sobie magię – i masz jej zbyt mało, aby przejść do Dziwoziemi i zbyt dużo, aby się jej wyrzec w Niepełni – zostaniesz tam na zawsze, aby pozostać sobą. Mimo tego, że będziesz zmuszony walczyć o przetrwanie każdego dnia i każdej nocy.

Polubiłam Rose – główną bohaterkę, kobietę silną i niezależną bardziej z konieczności niż z wyboru. Podoba mi się sposób w jaki walczy z przeciwnościami losu, w tym również z własnymi pragnieniami, które mogłyby zagrażać realizacji jej celów. Bawi mnie podświadomy autosabotaż, jaki stosuje sama wobec siebie – no cóż, z niektórymi instynktami warto przegrać, byleby tylko zachować przy tym pozory odpowiednio zażartej walki. Moją ogromną sympatię budzi żyjąca część jej rodziny, szalenie oryginalnej i pokręconej rodziny. Babcia – wiedźma, jeden brat – zmieniec z tendencjami do bycia zdecydowanie puszystym, drugi – początkujący nekromanta z nadmiarem empatii. Mam wypaczony gust i lubię aroganckich sukinsynów, więc zarówno Declan jak i Wiliam to dla mnie wisienki na torcie. Wart podkreślenia jest fakt, że postacie stworzone przez Ilonę i Gordona w znamienitej większości nie są jednoznaczne. Owszem są bohaterowie, z którymi od razu sympatyzujemy, są ci, których kwalifikacje moralne są jednoznacznie zerowe, ale oprócz tego jest tam szereg postaci absolutnie niejednobarwnych. To ludzie, którzy mają swoiste poczucie dobra i honoru, a ich priorytety nie zawsze są oczywiste. I to jest plus. Każda postać, która pojawia się w książce ma swój charakter i jej postępowanie jest z nim konsekwentnie związane. To nie są mdłe osobniki, tworzące tło dla głównej intrygi. To ludzie bądź nieludzie z krwi i kości, a czasem z czegoś innego.

Jak w każdym porządnym fantasy mamy tu walkę dobra ze złem, choć na początku zdawać się może, że chodzi o coś zupełnie innego. Jednak zło nie śpi, ono czai się w czeluściach aby zdobyć niewyobrażalną władzę, bez zahamowań i jakichkolwiek oporów. A Rose musi zdać sobie sprawę z tego, że istnieje coś znacznie gorszego, niż poświęcenie samej siebie… I choć wokół niej są inni, którzy będą walczyć za sprawę, to jednak nadejdzie moment, kiedy będzie sama musiała podjąć ostateczne wyzwanie. Dla rodziny, dla tych mniej potężnych, którzy zawierzyli jej swe życie, dla mężczyzny, który staje się sensem jej życia, a przede wszystkim dla samej siebie.

Autorzy rewelacyjnie według mnie opanowali sztukę stopniowania napięcia i budowania nastroju. „Na krawędzi” jest powieścią zdecydowanie odmienną niż cykl „Magii”, więcej w niej emocji, swoistego, nieprzesłodzonego romantyzmu, więcej klasycznego fantasy. Jednak nie da się tej książki porównać do zalewającej półki księgarni masy paranormal romance – to nie ta liga. Tutaj przygoda i niebezpieczeństwo są wartością samą w sobie, nie stanowią li i jedynie podłoża do emocjonalnego zbliżenia bohaterów. Wątek miłosny nie dominuje nad całością, jest raczej umiejętnie wpleciony w ogół wydarzeń i dzięki nim stopniowo ewoluuje. Państwo Andrews celują w tworzeniu inspirujących dialogów i celnych ripost, szczególnie w relacjach damsko-męskich, co dodaje historii lekkości i specyficznego humoru – właśnie takiego jak lubię. Jak dla mnie książka zawiera wszystko, co niezbędne, w dodatku w idealnych proporcjach. Pyskata bohaterka o niewyparzonym języku – jest. Mężczyzna tyleż przystojny, co pewny siebie, inteligentny i arogancki – sztuk dwie. Zwyrodnialec owładnięty żądzą władzy – obecny. Osobniki o haniebnej reputacji i wątpliwej moralności – dostępne od ręki. Pomiot zła – wystarczy się rozejrzeć. Ludzie, wiedźmy, zmieńmy i nekromanci – a i owszem. A do tego niesamowity klimat wszechobecnej magii. I nie chodzi tylko o magię w sensie mocy, a o magię słowa, którym autorzy czarują czytelnika i prowadzą w głąb wykreowanego przez siebie świata z prawdziwą wirtuozerią. Zdecydowanie polecam.

Moja ocena: 9/10

Podyskutuj o książce na forum!
 
Wydawca: Fabryka Słów
Autor: Ilona Andrews
Liczba stron: 402
EON: 9788375745672
Data wydania: 30.09.2011r.
Cena: 37,80
 
Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.