Obsydianowe Serce cz. 1 – recenzja

Przyznam Wam się do czegoś. Nie wiedziałam co to jest powieść gotycka ze szczyptą steampunku, co więcej wcale się dowiedzieć nie chciałam. Kojarzyło mi się, jakby to rzec, by nie skłamać… Kojarzyło mi się z mroczną, mocno egzaltowaną subkulturą. Bardzo, bardzo egzaltowaną. Natomiast chwalę sobie moje wrodzone lenistwo, które powstrzymało mnie od sprawdzenia, co to u diabła jest – wtedy na pewno bym nie przeczytała „Obsydianowego serca” autorstwa Ju Honisch. Byłoby to z pewnością zdrowsze dla mojego portfela, bo nie musiałabym przeznaczać funduszy na zakup kolejnej części. Ale za późno, przeczytałam i chcę resztę. Czy ja kiedyś wspominałam, że jestem pazerna?

Do lektury podchodziłam przynajmniej trzy razy. Nie mogłam złapać klimatu. Buzie w ciup, ręce w małdrzyk, kolanka razem, gorsety i nabożne skupienie na łapaniu męża – to dla mnie coś tak dalece niezrozumiałego, że nie mogłam się wpasować. Całe moje jestestwo buntowało się przeciwko takiej degradacji płci niewieściej. Tymczasem od początku powieści z jej kart wydziera się na świat obłuda i zakłamanie XIX-wiecznej high society. Podwójna moralność, intrygi, wyższe cele, w imię których można poświęcić… no właśnie – ile i co? A w dodatku te więzy narzucane przez zasady dobrego wychowania. Zaiste w trakcie czytania czułam, jak zaczynały mnie krępować i ograniczać. Koszmarne wrażenie. I tak było przynajmniej kilka pierwszych rozdziałów, na szczęście raczej krótkich. A potem… potem mnie wciągnęło.

Od kiedy na scenie pojawia się Cerise, diwa operowa i kobieta raczej wyzwolona, a w dodatku temperamentna (we wszelkich tego słowa znaczeniach), akcja nabiera rozpędu. Tak jakby piękna śpiewaczka dodawała wigoru całej książce, z naciskiem na pojawiających się panów, niekoniecznie gentelmanów. W dodatku, wbrew pozorom, nie jest ona wcale główną bohaterką. To Miss Corrisande Jarrencourt odgrywa pierwszoplanową rolę kobiecą i, trzeba jej to przyznać, czyni to z wdziękiem. Zwłaszcza od czasu, kiedy okazuje się, że nie jest taką pospolitą panną na wydaniu, jak mogłoby się wydawać. Przynajmniej ze dwa razy pomyliłam się w jej ocenie, co świadczy o tym, że intryga naprawdę jest dobrze skonstruowana. Nietuzinkową postacią jest też opiekunka panienki Corrie – Mrs Parslow. Nie lubię babska, ale muszę jej przyznać, że konsekwencję to ma ona w sobie żelazną.

Z ciekawszych postaci mamy tu jeszcze oczywiście panów. Lubię panów. Bez nich świat naprawdę byłby nudny. A tu nam rzucają pod nos kilka zgoła odmiennych typów tego gatunku. Do wyboru, do koloru. Dostajemy i gentelmana na wskroś, a nie tylko na pokaz, i zawadiackiego amanta, i tajemniczego Si, i aroganckiego, chmurnego typa ze skłonnościami do despotyzmu, i do tego kilku innych. Gdybym była kotem, czułabym się tak, jakby postawiono przede mną kilka miseczek z różnymi rodzajami śmietanki.

Clou intrygi kręci się wokół tajemniczego zwoju, dającego możliwość przejęcia władzy nad światem i kształtowania rzeczywistości według własnych upodobań. Ówże artefakt zostaje bezecnie skradziony z bezpiecznego miejsca, które okazało się być nie dość bezpieczne, a potęgi polityczne przynajmniej trzech mocarstw (w tym kościelnego) stają na głowie, aby go odzyskać. Na nieszczęście w zaginięcie owego skarbu zamieszana jest potężna, nadnaturalna istota, której pragnienia są przesiąknięte mrokiem i żądzą. Zadanie, jakie staje przed bohaterami, mającymi schwytać tę istotę i odzyskać zwój, okazuje się być dużym wyzwaniem, zwłaszcza, że magiczny przedmiot nęci nie tylko prawowitych posiadaczy. A realia XIX wieku nie sprzyjają bezkompromisowej walce ze złem – to w złym tonie.

Po tych kilku pierwszych rozdziałach, przez które musiałam przebrnąć- być może po prostu musiałam się zaaklimatyzować- czytało mi się już naprawdę dobrze. Co prawda momentami autorka przesadza z ekwilibrystyką językową i tekst staje się nieco zagmatwany, ale zdarza się to raczej rzadko i dotyczy głównie chwil, kiedy zanurzamy się w obsydianowy świat Władcy. Rozdziały są króciutkie, a akcja toczy się szybko i bez dłużyzn. Co ważne – książka, choć czerpie ze znanych schematów, wnosi jednak powiew świeżości. Autorka wykorzystuje znane w literaturze wątki i poddaje je własnej obróbce – z korzyścią dla czytelnika. Przyznam się, że z niejakim zdziwieniem odkrywałam pewne fakty i rewidowałam swoje podejrzenia. Nagle okazywało się, że całkiem nie mam racji i moje założenia są absolutnie do niczego. No, to mi się często nie zdarza. I ta nieprzewidywalność, ta zagadka, to mnie zafascynowało. No jak to? Ja nie wiem? Wyznaję, że w pewnym momencie tak mnie korciło, żeby zajrzeć na koniec, że nie wytrzymałam. Na szczęście koniec jest tak enigmatyczny, że guzik mi to dało i grzecznie wróciłam do czytania po bożemu. I to też nie rozwiało wszystkich moich wątpliwości, no szlag by to ciężki trafił… Oby data wydania drugiej części się nie opóźniła, bo jak na mój gust zbyt wiele zagadek wymaga wyjaśnienia. Ja chcę wiedzieć, gdzie poszedł zakonnik. I gdzie jest doktorek. I co będzie dalej z wielkim, złym Si. Chcę i już! Mam prawo chcieć. A jako że, jak już wspomniałam, jestem pazerna, to chcę wiedzieć o wiele, wiele więcej. Wychodzi więc na to, że jestem też wścibska. Ręczę Wam jednak, że też byście byli, gdybyście to przeczytali. Czyli ta droga ewolucji nadal przed Wami. Możecie się do mnie przyłączyć. Zapraszam…

Moja ocena: 7,5/10

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Tytuł: Obsydianowe serce (Das Obsidianherz)
Tom: 1
Autor: Ju Honisch
Tłumaczenie: Robert Kędzierski
Wydawca: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Data wydania: 30 września 2011
ISBN-13: 978-83-7574-559-7
Oprawa: miękka
Wymiary: 125 x 205 mm
Seria: Obca Krew