Zawód: wiedźma cz.I – recenzja

Są w mojej osobistej biblioteczce pozycje, których nie można zaliczyć do arcydzieł sztuki literackiej w oficjalnym tych słów rozumieniu, a jednak kocham je miłością ślepą i bezrozumną. Pożyczam je z najwyższą niechęcią, jedynie osobom mocno zaprzyjaźnionym i zaufanym i tylko dlatego, że nie mam wymówki aby tego nie zrobić, a następnie dręczę i molestuję delikwentów o jak najszybszy zwrot. Do tych książek zalicza się właśnie cały cykl Wiedźmy.

Na „Zawód: wiedźma” Olgi Gromyko natknęłam się absolutnym przypadkiem, albowiem do księgarni udałam się po zupełnie inny tytuł, który nota bene i owszem kupiłam, ale nawet nie pamiętam dziś cóż to było.Wiedźma przyciągnęła mnie do siebie okładką. I nie, wcale nie padłam z zachwytu nad jej urokiem. Wręcz przeciwnie, pogrążyłam się w kontemplacji uczuć, które we mnie wzbudzała. Usilnie starałam się określić czy dominują te negatywne, czy raczej pozytywne i miałam autentyczny problem z podjęciem decyzji. Ostentacyjnie arogancka pannica na okładce wywoływała we mnie emocje zdecydowanie ambiwalentne, niemniej jednak wzrok przykuwała. Co więcej, CV bohaterki zamieszczone przez Fabrykę Słów na okładce, też mnie nie przekonało. Jednakowoż nie mogłam się zdobyć na odłożenie książki na półkę. No przylepiła mi się do ręki na mur i, do cna zdegustowana własną postawą, opuściłam przybytek wzbogacona o nadprogramową lekturę. Pod wpływem chwilowego zamroczenia, całkowicie nierozsądnie, zabrałam ją ze sobą w podróż koleją. Idiotka bezdenna. Naraziło mnie to na podejrzliwe, a czasem nawet pełne litości, spojrzenia współpasażerów. Wnioskuję z tego, że zachowywałam się zgoła nieadekwatnie do wieku i wizerunku, a tłumione chichoty, wydobywające się ze mnie całkowicie wbrew mej woli (starałam się panować nad sobą przecież), wywoływały w towarzyszących mi osobach znaczny dysonans poznawczy. Aj tam, ich problem.

Tytułowa wiedźma, wdzięcznie zwana W. Redną (Wolha Redna jej było), 18-letnia adeptka VIII roku Magii Praktycznej, jest osobowością tak żywą i energetyczną, że jej entuzjazm udziela się czytającym. Wszystko co robi, Wolha robi całą sobą, angażując się od czubka głowy po palce u stóp. Przy czym często najpierw robi, a dopiero potem myśli, a nawet jak czasem najpierw pomyśli, to i tak często robi coś całkiem odwrotnego. Zresztą tok jej myślenia i wnioski, do jakich dochodzi w wyniku dokonywania pracochłonnego wysiłku intelektualnego, bywają zaiste… odświeżające. Pierwsza wiedźmia misja dotyczy tajnego zlecenia w odległej Dogewie – dolinie budzącej grozę w przeciętnym i nieprzeciętnym chlebozjadaczu. Sama magiczka, mimo sporego zapasu tupetu, odczuwa pewien dyskomfort przekraczając jej granicę. Ale zetknięcie z pierwszym zamieszkującym krainę wampirem prowokuje ją do …. No właśnie… Wolha bywa nieobliczalna. Trafia też na nieobliczalnego władcę wampirów, o szalenie skomplikowanym imieniu i jeszcze bardziej skomplikowanych tytułach. Ale tak jak wiedźma jest żywiołowa, tak Arr’akktur tajemniczy. Jest chodzącą prowokacją. No aż się prosi, by się przyłożyć i go rozgryźć dokumentnie – tylko pytanie: kto tu jest od rozgryzania?

Zadanie jakie staje przed bohaterką jest tyleż trudne, co niebezpieczne, a dodatkowe komplikacje i niuanse polityczno-obyczajowe, utrudniają jej pracę. Nie to, żeby panna Redna się zasadami, obyczajami czy innymi bzdetami przejmowała. Gdzieżby znowu. Za to inni się tym zamartwiają zgoła nadmiernie, a ich działania komplikują sytuację, zaś czytelnik, dzięki temu, może czerpać z lektury dodatkowa rozrywkę. Co ciekawe, naprawdę do samego końca nie wiedziałam, kto stoi za serią morderstw w dolinie. To tylko świadczy o tym, że książkę nie tylko lekko się czyta, ale i intryga jest przez autorkę przemyślana i zręcznie poprowadzona. Pani Gromyko w swej książce koncentruje się na kreacji dwójki głównych bohaterów, przez co na tle innych postaci zdecydowanie się oni wybijają i przyciągają uwagę. To im poświęca najwięcej swego wysiłku, tworząc pełnokrwiste osobowości wzbudzające sympatię u czytelników i jest to celowy oraz przemyślany zabieg autorki. Zresztą udany.

Kolejny plus, to wizja wampirów jako rasy. Temat potraktowany nowatorsko, w sposób łamiący schematy, rzucający wyzwanie utrwalonym w literaturze i wierzeniach stereotypom.
Tempo akcji i sposób jej prowadzenia chroni przed nudą i znużeniem. Człowiek czuje, że żyje i pragnie sam wyruszyć na spotkanie z przygodą. Dialogi są naturalne i przepełnione specyficznym, sarkastycznym poczuciem humoru. Zresztą poczucie humoru autorki jest bezapelacyjnie największą zaletą książki. Komentarze i przemyślenia W.Rednej powalają na kolana i wzbudzają niepomierną wesołość. A że całość napisana jest w narracji pierwszoosobowej z punktu widzenia wiedźmy… Jak dla mnie tę lekturę spokojnie można przepisywać jako zastępczy antydepresant. Niech się schowają prozaki i inne farmaceutyki. Ktoś, kto czytuje wiedźmę, na bank nie załapie deprechy – nie da się. Istnieje co prawda ryzyko, że część znajomych nabierze lekkiego dystansu, ale jest na to prosta rada: czytać w odosobnieniu.

Zdecydowanie polecam! I żeby nie było wątpliwości – znam te wszystkie niepochlebne opinie o tej lekturze i stanowczo się z nimi nie zgadzam. Książka nie musi być mistrzostwem świata kunsztu literackiego, aby mogła zapewnić znakomitą rozrywkę. A „Zawód: wiedźma”, to rozrywka pierwsza klasa. I nie piszę tego tylko ze względu na przynależność do grupy zawodowej :) .

Moja ocena: 9/10

Tytuł: Zawód: wiedźma (Профессия: ведьма)
Cykl: Wolha Redna
Tom: 1
Autor: Olga Gromyko
Wydawca: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Data wydania: 19 października 2007
Liczba stron: 296
Oprawa: miękka
Wymiary: 125 x 195 mm
Cena: 29,90 zł