Recenzja cyklu o Wiedźmie

 Nigdy specjalnie nie pałałam wielką miłością do autorów zarówno rodzimych jak i wschodnich. Każda książka, za którą się zabierałam, zaczynała nudzić mnie w połowie, albo wręcz od początku nie wzbudzała mojej ciekawości. Największy problem miałam z pisarzami rosyjskimi. Niefortunnie pierwsze książki rosyjskie, na jakie zwróciłam uwagę, nie były wysokich lotów i skutecznie zniechęciły mnie do literatury z za wschodniej granicy. Od tamtego czasu omijałam je szerokim łukiem. Pewnego dnia, z powodu braku jakiegokolwiek zajęcia i dołującej nudy, natknęłam się na pierwszą część “Zawodu: Wiedźma”. Ponieważ uwielbiam fantastykę, a opis był nader interesujący, zastanowiłam się: Czemu nie? Postanowiłam zaryzykować i przeczytałam to dzieło. Dzisiaj, pomna swych błędów, czczę ziemię, po której stąpa autorka Wiedźmy, Olga Gromyko.    

Cykl wydany został z myślą o młodszych jednostkach, jednak cieszy się również dużą popularnością wśród starszych osób, skutecznie podbijając serca każdej grupy wiekowej. Każdy tom wymusza na czytelnikach przygotowanie paczki chusteczek oraz zaszycie się w odosobnionym miejscu. Wskazane jest również pamiętanie o zakazie spożywania jakichkolwiek napojów bądź produktów spożywczych. Z tym dziełem słowa „umierać ze śmiechu” nabierają nowego wymiaru. Wszystkie tomy zostały napisane lekkim piórem, co w połączeniu z niezwykłym humorem zostawia po przeczytaniu niezapomniane wrażenia.

Każda z książek ma bardzo dobrze rozbudowaną fabułę. Na pierwszy rzut oka, poza tymi samymi bohaterami, nie są ze sobą jakoś szczególnie związane. Jednak każdy wybór ma swoje konsekwencje, o których dowiadujemy w następnych tomach. Wiele wydarzeń, nawet tych opisanych w pierwszej książce, wyjaśnia się dopiero pod koniec cyklu, w ostatnim tomie, który niedawno został wydany w Polsce nakładem Fabryki Słów. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, jednak czasem obserwujemy wydarzenia z punktu widzenia różnych bohaterów. Akcja rozwija się w miarę szybko, wciągając nas do innego świata i nie pozwalając się oderwać. Bohaterowie muszą zmierzyć się z wieloma zagadkami, które, na pierwszy rzut oka, pełnią tylko role drugoplanowe, bądź nie są ze sobą w żaden sposób związanie. W miarę ich rozwiązywania, rośnie napięcie i oczekiwanie, praktycznie przyklejając nas do książki. W końcu następuje apogeum, zagadka zostaje wyjaśniona i napięcie opada. Ostatnie zaś strony, w wesoły sposób, pozwalają nam uspokoić emocje i zakończyć tom z szerokim uśmiechem na twarzy. Można by pomyśleć, że to koniec. Zagadka wyjaśniona, więc do niczego się już nie przyda i wyrzucamy ją w kąt. Błąd. Dopiero w ostatnich tomach, dowiadujemy się, że wszystkie są ze sobą połączone. W subtelny sposób pojedyncze nici tworzą wspaniałą pajęczynę zdarzeń, z których każda ma swoje konsekwencje.

Główną bohaterką jest tytułowa Wiedźma, Wolha Redna, zwana też W.Redną. W pierwszym tomie poznajemy jej smutną historię i powód zostania magiem. Jest to jedyna wzmianka o jej przeszłości sprzed przybycia do Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Zielarstwa i Wróżbiarstwa. Wolha jest dziewczęciem inteligentnym i zaradnym, z talentem do czarów i pakowania się w kłopoty oraz niezdrowym nawykiem czytania cudzej korespondencji i skłonnościami do demolki. Jej wiedźmowatość posiada dość specyficzne poczucie humoru oraz złośliwy charakter, przez co jest skora do wszelkich psikusów. Jest pozbawiona wszelkich uprzedzeń i potrafi się dogadać z każdym, ma silnie rozwiniętą intuicję i z niezwykłym uporem dąży do określonego celu, nie pozwalając się wodzić za nos. W sposób niezwykły potrafi sobie zaskarbić sympatię zarówno naszą, jak i bohaterów książki. Jako jedyna kobieta w swoim roczniku studiuje na wydziale Magii Praktycznej i radzi sobie lepiej od większości facetów. Zazwyczaj widywana jest w podejrzanym towarzystwie smoków, trolli, zombie i wampirów.

Główną postacią męską w cyklu jest blondwłosy wampir Arr’akktur tor Ordwist Sz’eonell, z powodu licznych przypadków połamania języków powszechnie zwany Lenem. Jest on władcą Dogewy, kraju wampirów, które wbrew wszelkich podaniom i legendom, nie są bezwłosymi, skrzydlatymi potworami z zakrwawionymi kłami i pazurami. Mimo to, książka Tudora Wybawiciela „Krwiopijcy” nadal jest obowiązkową lekturą każdego szanującego się człowieka. Len, jak na porządnego Władcę przystało, jest władczy, manipulacyjny i ma skłonność do niedomówień. Należy dodać do tego cyniczne i mądre szare oczy i wesoły, pogardliwy uśmieszek.
Czego chcieć więcej? W końcu każdy facet ma coś z wampira…

W przeciwieństwie do większości książek, nie spotykamy się tutaj z gorącym uczuciem między bohaterami, które jest okazywane przy byle okazji. Wszystko rozwija się powoli i subtelnie, wręcz niezauważalnie. Cały cykl z racji tego, że jest kierowany do młodzieży, nie posiada żadnych przesadnych opisów, ani podtekstów erotycznych. Nawet porządnego pocałunku tu nie uświadczysz. Gdybym nie została poinformowana przez koleżankę o takowym i się dobrze nie wczytała, przegapiłabym tę wielce, a jakże, oczekiwaną scenę. Tym niemniej, te osoby, które wolą ostrzejsze książki, nie powinny się zniechęcać.

Pewnym minusem tego cyklu są okładki. Każda książka posiada inną, w większym lub mniejszym stopniu niepodobną do poprzedniej. W pierwszym tomie “Zawodu: Wiedźma” widzimy dość topornie narysowaną kobietę, prezentującą nam swój środkowy palec. Kolorystyka opiera się głównie na żółciach, czerwieniach i pomarańczach. Gdybym nie wiedziała, jaki rarytas znajduje się wewnątrz, to nigdy bym nie zwróciła uwagi na tę pozycję. W drugim tomie graficy chyba poszli po rozum do głowy. Jakościowo i kolorystycznie obraz jest znacznie lepszy. Przedstawia nam profil kobiety trzymającej fioletową błyskawicę. Całkiem inny styl rysunku prezentuje nam “Wiedźma: Opiekunka”. Pierwszy tom pokazuje nam kobietę, wskazującą coś na mapie i spoglądającą przez ramię (w początkowej wersji, znajdował się za nią biały wilk). Obraz jest w spokojnych, ziemistych barwach i przykuwa wzrok. Drugi zaś tom pokazuje nam inną kobietę, zaczarowującą wodę wokół siebie. Gdyby nie różnice między kobietami na tych dwóch okładkach, nie miałabym im nic do zarzucenia. Całkowicie inna od reszty jest okładka najnowszej “Wiedźmy: Naczelnej”. Kobieta pokazana tam, poza piorunem w dłoni, w niczym nie przypomina ani samej Wolhy, ani swoich poprzedniczek. Najbardziej rzucającym się w oczy błędem grafika jest rear (naszyjnik na szyi). Ci, którzy czytali “Wiedźmę: Opiekunkę” wiedzą, że Wolha już go nie posiada. Ale po cóż grafikowi czytać książkę?

Mimo upływających lat i wciąż nowych, ciekawych pozycji w literaturze, cykl o Wolsze Rednej wciąż jest dla mnie najwspanialszym dziełem, jakie kiedykolwiek miałam okazję mieć w rękach. Ani Harry Potter, ani Władca pierścieni nigdy nie podbili w takim stopniu mojego serca. Delektowałam się tymi książkami przez długi czas, a fakt, iż ten cykl ma się właśnie skończyć, powoduje u mnie depresję. Z chorobliwą wręcz manią, wciskam go wszystkim do przeczytania, w końcu, w swoim uzależnieniu najlepiej się czuję w towarzystwie. Te książki potrafią nadać barw każdemu gorszemu dniu i wzbudzić w nas ciepłe uczucia. Olga Gromyko jest i zawsze już będzie znajdowała się w grupie moich ukochanych pisarzy. Dziękuję jej za każdy uśmiech, który podarowały mi jej książki.

Moja ocena: 10/10