Wybrańcy – recenzja

Czasem tak mam, że nachodzi mnie ochota na lekturę młodzieżową, której nie sposób się oprzeć. Muszę zadowolić ten napadający mnie cyklicznie kaprys, także w przypadku innych rodzajów i gatunków książek, inaczej mój stan będzie można określić jako: “sęp (ja), krążący wokół ofiary (dana książka)”. Naturalnie mogę przez jakiś czas opierać się temu rzepowi, co to męczy tak psa na jego ogonie i znajdę inną pozycję do zaspokojenia intelektualnych doznań. Wciąż jednak wracam myślami do tej jednej, upatrzonej wcześniej. Ostatnią “młodzieżówką”, która nieprzyjemnie wierciła mi w ten sposób dziurę w umyśle, była powieść autorstwa Kristin Cashore “Wybrańcy” z cyklu “Siedem Królestw”. Śpieszę jednak zapewnić bojkotujących wydawanie książek w formie serii, że przedstawiona tutaj historia stanowi zamkniętą całość. Ewentualne kontynuacje dotyczą natomiast bohaterów odgrywających w tej części role drugoplanowe, bądź też nie występujących w ogóle.

Akcja powieści osadzona jest w czasach, którym najbliżej jest do okresu średniowiecza, zaś wydarzenia dotyczą kontynentu, na którym rozmieszczonych jest Siedem Królestw. Wyjaśnienie aktualnych stosunków panujących między poszczególnymi władcami jest dość uproszczone. Otóż w dawnych czasach charakteryzowały się one powszechną zgodą oraz chęcią zawierania sojuszy, których celem było zapewnienie własnym poddanym i królestwu dobrobytu, niekoniecznie jednak kosztem sąsiada. Obecny styl rządzenia przez królów można określić jako dość dekadencki, gdyż trudno w inny sposób nazwać tak niesprawiedliwe podejście do własnego ludu, wszechobecne spiski, pozorne sojusze i niezdrową ambicję. Ciężko w tak doborowym towarzystwie ludzi sprawujących władzę odnaleźć prawego człowieka, na szczęście jednak i tacy po tym świecie chodzą.

Prowadzi nas to do głównej bohaterki książki, Katsy, która jest Obdarzeńcem, z niesamowitą zdolnością zabijania. Podobne do niej osoby, posiadające przeróżne “talenty”, poznać można po dwukolorowych oczach. Wychowywana bez rodziców na dworze swojego wuja, Randa, króla Middlan, po odkryciu jej niepokojącego Daru zaczyna swoją służbę jako egzekutorka władcy. Zmęczona własnym wyalienowaniem, makabrycznymi zadaniami oraz wściekła na szerzącą się nieprawość wobec bezbronnych, zaczyna działać w Radzie – tajnym tworze, którego celem stało się niesienie pomocy tam, gdzie była ona zwyczajnie potrzebna. W trakcie jednej z takich misji, Katsa wraz ze swoimi stałymi towarzyszami broni, Giddonem i Ollem, uwalniają z lochów staruszka, ojca króla Lienidu. Oczyszczając drogę ucieczki ze straży, dziewczyna zostaje zaatakowana przez mężczyznę z podobnym do niej Darem walki. Wie już, że z takim przeciwnikiem nigdy nie miała do czynienia, jednak wbrew rozsądkowi pozostawia go przy życiu wraz z wiedzą o prawdziwej tożsamości Katsy. Naturalnie, los znowu stawia zadziornego chłopaka o imieniu Po na drodze Katsy, tym razem jako sojusznika w rozwiązaniu poważnego problemu, kryjącego się za porwaniem Lienida.

Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie z punktu widzenia głównej bohaterki. Przyznaję, że była to miła odmiana wobec popularnej ostatnio narracji pierwszoosobowej. Dodatkową frajdę sprawiło mi to, że będąc w dość zaawansowanej fazie czytania wciąż nie mogłam “rozkminić”, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. I cóż z tego, że fabuła okazała się nie być wcale aż tak skomplikowana, a moje domysły w większości były trafne – śledzenie poczynań Katsy oraz jej towarzyszy i tak sprawiało mi przyjemność.

Największym plusem pisarstwa Cashore w mojej opinii stanowi właśnie konstrukcja jej bohaterów. W tym przypadku mamy do czynienia z młodymi ludźmi, wchodzącymi już w wiek dorosłości, co w sposób konsekwentny odzwierciedlają ich zachowania oraz cechy nadane przez autorkę. Bardzo ciekawie ukazane są relacje pomiędzy nimi, a szczególnie między parą głównych postaci– Katsą i Po. Łatwo można się domyślić, że znajomość ta będzie zmierzała w kierunku bardziej romantycznym, jednak bez obaw – wątek ten ani czytelnikowi nie przesłania głównej osi fabuły, ani bohaterom nie zamydla oczu na najważniejszy cel ich podróży. Jest to związek oparty na wzajemnym zrozumieniu poczucia samotności w tłumie oraz głębokiej przyjaźni. A kiedy nadchodzi moment, w którym to niechciane uczucie kopie leżącego między oczy i nie pozwala zapomnieć mu o bólu głowy, okazuje się, że jest możliwe przeprowadzenie szczerej rozmowy o własnych uczuciach i oczekiwaniach, bez zbędnego melodramatu i kilkustronicowego monologu, ograniczającego się do: “Lubi, czy nie lubi? Oto jest pytanie.”

Po wszystkim świat nie stanął mi na głowie, po ścianach też z zachwytu nie zaczęłam chodzić. A jednak myśl o tej książce kojarzy mi się ze zdecydowanie przyjemnie spędzonym czasem. Z tego też powodu polecam ją każdemu fanowi fantastyki, a przedział wiekowy naprawdę nie ma tu większego znaczenia.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Kristin Cashore
Tytuł oryginalny: Seven Kingdoms Trilogy: Graceling
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: maj 2011
Liczba stron: 496