Bezgrzeszna – recenzja

 Nadeszła jesień, za oknami szaro (bo kto śmiałby myśleć o śniegu w grudniu?), a ludzie przeżywają swoje własne „jesienne chandry”. Jedni śpią bądź kulą się pod kocykiem z kubkiem gorącej czekolady, inni poruszają się jak roboty, bez większych uczuć wykonując swoje zajęcia, ja mam książkowstręt. Po długich bojach postanowiłam wziąć się za siebie i przeczytać „Bezgrzeszną” Gail Carriger. Dzięki ostatnim dwóm tomom pokochałam tę pisarkę i jej styl. Być może wykorzystywałam swój brak weny tylko jako wymówkę, gdyż, będąc szczerą, bałam się troszkę tej książki. Pani Carriger swoje poprzednie dzieło, „Bezzmienną”, zakończyła w dość dramatycznych okolicznościach. Nie byłam pewna jak wybrnie ona z tego kłopotliwego, z mojego punktu widzenia, wątku. Teraz mogę z czystym sumieniem wam odpowiedzieć, że zrobiła to, po prostu, po swojemu.

Po raz kolejny spotykamy się z niezwykłymi talentami autorki do splatania intryg, śmiesznych dialogów i monologów, lekkiego pióra, niezwykłej wyobraźni i doskonałej fabuły. Jednakże tym razem nie zostaliśmy uraczeni tym specyficznym, delikatnym czarem, który trzyma nas przy książce. Tym razem Gail Carriger postanowiła w nas uderzyć z mocniejszego działa…

Akcja rozpędza się już na samym początku, ledwo pozwalając nam za sobą nadążyć, nie wspominając nawet o możliwości oderwania się od książki. Zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń, pojawia się jedna niespodzianka za drugą. Poznajemy wiele ciekawych faktów o bezdusznych oraz mamy w końcu okazję posłuchać co nieco o tajemniczym ojcu Alexii. Fabuła zaś została bardzo dobrze skonstruowana, ale to już stały element twórczości tej pisarki. Jesteśmy trzymani w napięciu i niepewności co nas czeka przez praktycznie cały tom, a narracja trzecioosobowa tylko pogłębia te uczucia. Nie da się przewidzieć, co za chwilę może wpaść pani Carriger do głowy. Wiele wątków zostało wyjaśnionych, jednak, po raz kolejny, jeszcze więcej nam przybyło ich do rozwiązania. Ciężkie jest życie Czytelnika…

Dużym plusem cyklu „Protektorat parasola” są jego bohaterowie. W przeciwieństwie do większości książek, ich charaktery się nie zmieniają. Przy dokładnym przypatrzeniu się i zastanowieniu, można zaobserwować w nich pewne subtelne zmiany, jednak nie jest to nic ani trwałego, ani rażącego. Niektórzy mogą to uważać za minus, bo jakże postać ma nie ewoluować? W takim wypadku zanudzi nas w następnych tomach. Otóż nie. Po raz kolejny zacznę pieśń pochwalną na cześć Gail Carriger. Stworzyła ona postacie, które nie mogą nas zamęczyć. Każdy z nich posiada swoje własne indywidualne cechy, tak dobrze i drobiazgowo dobrane, że każdy wykreowany bohater zdaje się dziełem sztuki. Gdyby ktoś zadał mi pytanie, kto jest moim ulubieńcem, chyba bym osiwiała. Ale do rzeczy.

Lady Maccon przechodzi kryzys małżeński. Jednak, ku niewyobrażalnemu wzburzeniu całego Londynu, nie ma ona zamiaru ostentacyjnie rozpaczać i żalić się na swoje złamane serce. Zamiast tego Alexia postanawia wybrać się razem z przyjaciółmi i nadprogramowym „bagażem” na wycieczkę do rodzimych Włoch, mekki nienawiści do nadprzyrodzonych. Po raz kolejny doświadczamy kąśliwego języka na wskroś pragmatycznej Lady Maccon, która na miejscu musi się zmierzyć z brakiem manier i kompletnym bezguściem wśród templariuszy. Bo któż to widział chodzić w biały dzień w piżamach, i to wśród ludzi? Ale czego się nie zrobi dla wspaniałej, włoskiej kuchni.

Nie mniej ciekawie czas spędza Hrabia Woolsey, który, w przeciwieństwie do swej małżonki, postanowił zamanifestować swe złamane serce w najbardziej tradycyjny sposób. Ale cóż ma począć biedny wilkołak z przyspieszonym metabolizmem? Ano – dla chcącego nic trudnego. Z radością zrzuca więc swe obowiązki na profesora Lyalla, który musi sobie radzić z watahą, wampirami, zniknięciem Lorda Akeldamy, wilkami chcącymi przejąć tytuł Alfy Woolsey oraz samym pijanym alfą watahy, co doprowadza stoickiego zazwyczaj betę do rozstroju nerwowego.

Okładka, choć zachowana w szarościach jak jej poprzedniczki, różni się od nich nieznacznie. W tle widzimy jakieś duże miasto oraz maszynę przypominającą helikopter, na pierwszym planie zaś kobietę w czerwonej sukni z czarno-białą parasolką. Powyżej znajduje się jedyny stały element, zachowany w takim samym stylu: autor i tytuł powieści. Każdy tom posiada swój własny kolor, pewien szczegół na obrazku związany z treścią oraz intrygujący podpis. Dzięki temu okładka zyskuje dodatkowe znaczenie i możemy nad nią dumać przed przeczytaniem, cóż tym razem się wydarzy? Dodatkowo książka ładnie się prezentuje i cieszy oko na półeczce.

Bardzo martwiłam się głównym wątkiem „Bezgrzesznej”, gdyż nie cierpię, kiedy pisarz podejmuje ryzykowne kroki i niszczy serię, którą ukochałam, a miało to miejsce wiele, wiele razy. Na szczęście, Gail Carriger wspaniale sobie z tym poradziła, co można odczuć już od pierwszych stron. Niestety, najwyraźniej wykształciła w sobie tendencję do kończenia w najlepszych momentach, jednak można jej to wybaczyć. Z zadziwiającą szybkością pnie się ona na liście moich ulubionych autorów, niemalże dobijając do podium. Swoje dzieła pisze lekko i subtelnie, dopracowując szczegóły, które zauważamy dopiero dużo później. Już nigdy nie zwątpię w jej umiejętności, a serię „Protektorat parasola” dalej będę wpychać każdemu zainteresowanemu w ręce.

Tytuł: Bezgrzeszna (Blameless)
Autor: Carriger Gail
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 11.10.2011r.
Liczba stron: 320

Dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.