Magia krwawi – recenzja

Ilona Andrews, a raczej kryjący się pod tym pseudonimem artystycznym małżeński duet pisarski, na polskim rynku wydawniczym zaistniał w 2010 roku, kiedy Fabryka Słów opublikowała pierwszy tom serii o Kate Daniels. Tak, tak… to ta panna o podobno szalenie atrakcyjnym biuście, wyraźnie zaznaczanym na okładkach. Nie wiem, nie znam się, mam inne upodobania, a biust na szczęście posiadam własny, całkiem niezgorszy. Autorzy stworzyli świetny cykl z gatunku pełnokrwistego urban fantasy i rzutem na taśmę uplasowali się w czołówce poczytności. Mroczny klimat Atlanty przyszłości, dewastowanej wybuchami magii, stworzył niesamowite tło dla historii nieprzeciętnej najemniczki i jej, nieco specyficznych, przyjaciół.

Ponieważ cykl zyskał rzeszę zagorzałych fanów (fanatycznych – byłoby nawet bliższe prawdy), to i oczekiwania wobec kolejnej odsłony przygód Kate były naprawdę duże. Bardzo, bardzo duże. Moje również. Zatem, kiedy na początku listopada 2011 roku „Magia krwawi” wreszcie pojawiła się na półkach, cieplutki, świeżutki egzemplarzyk trafił prosto w moje złaknione rączęta. Przeczytałam, a i owszem, nie powiem, że nie. I teraz nie wiem od czego zacząć.

Może najpierw o tym, co przyprawiło mnie o zgrzyt zębów. Mam zatem kilka „ale”. Jestem wybredna i lubię się czepiać – taki charakter kaprawy. Nie podobało mi się podejście wydawnictwa do promocji książki. Ujawnianie takiego spoilera, jaki widnieje w opisie tej części w wielu księgarniach internetowych, a i na stronach samej Fabryki wisiał przez czas jakiś, to coś na kształt samobója. Niszczy znaczną część napięcia, odziera ze złudzeń i psuje przyjemność. Druga rzecz to literówki, interpunkcja, a nawet braki całych wyrazów, co niesamowicie utrudnia odbiór. Trzecia sprawa to tłumaczenie niektórych pojęć, zwrotów. Ja rozumiem, że zmienił się tłumacz, jednak w środku serii nie zmienia się terminologii. Nie jest tego jakoś masakrycznie dużo, jednak na tyle, że mi przeszkadzało, mimo intrygującej lektury. Na szczęście książka broni się sama, ale ja mam trochę żalu. Jeśli coś robię, staram się to robić dobrze i tego samego oczekuję od innych.

A teraz, do rzeczy. Jako istota płci niewątpliwie niewieściej, oprócz Kate, którą darzę szczerą sympatią, a niektóre jej teksty wprawiają mnie w swoistą błogość, zaspokajając moje wysoce ekhm.. wysublimowane i absolutnie niezłośliwe poczucie humoru, posiadam w tym cyklu faworytów wśród podobno brzydszej połowy ludzkości. Niestety, nie jestem w tym faworyzowaniu odosobniona i harpii, czyhających na pojawienie się wyżej wspomnianych osobników, jest znacznie więcej, niż bym sobie życzyła. Zapewne z tego powodu Władca Bestii jest wymieniany jako równorzędny partner agentki Daniels. Taki lep i wabik na baby. Tak, jak stale rosnące piersi Kate na okładkach mają działać na facetów. Tak przynajmniej sądzę i domniemywam, knując we własnym zaciszu teorie spiskowe.

Ci, którzy czytali poprzednie części (a Ci, co nie czytali, niech żałują – ich strata), będą zapewne zadowoleni, że akcja zaczyna się w dniu feralnej kolacji, na którą Jego Futrzastość, z całym przynależnym mu wdziękiem, wprosił się w ostatniej odsłonie „Magia uderza”. Jednakowoż, biorąc pod uwagę specyfikę świata i bohaterów, nic nie jest takie proste i oczywiste, jak zdawać by się mogło. Plany swoje, życie swoje, a wredny charakterek swoje. Zatem wszystko się mota, kłębi i miesza. Na dodatek mieszkańców Atlanty zaczynają gnębić potężni, niezidentyfikowani osobnicy, siejąc pomór, strach i zwątpienie. Z właściwym sobie fartem nasza bohaterka grzęźnie w tym bagnie po uszy, jakby miała mało kłopotów. Na dokładkę, znajduje sobie nowego przyjaciela o „szalenie wyrafinowanych” upodobaniach gastronomicznych.

Ponoć praca jest świetnym remedium na problemy osobiste, jednak w przypadku Kate to się raczej nie sprawdza. Szczególnie, że te osobiste problemy (no dobra – jeden duży problem, z tendencją do puszystości) mają własne poglądy na tę sprawę i robią różne rzeczy, żeby zapomnieć się nie dać. Zwariować idzie od tego. Z jednej strony bezwzględni zabójcy, którzy zbliżają się coraz bardziej do ludzi dla niej ważnych, z drugiej knujący Saiman, z trzeciej Zakon ze swoimi priorytetami, z czwartej Curran, a w tle czai się widmo tatusia.

Autorzy mają niebywały talent do wyczarowywania klimatu, który trzyma Czytelnika w napięciu, nie pozwalając mu oderwać się od lektury. Wciągająca intryga, świetne dialogi, akcja, która wyklucza nudę. Nie ma rzeczy oczywistych, pozostają tylko domysły. Przemoc rodzi przemoc, a przemoc to coś, w czym Kate jest dobra. Jest wręcz świetna w eksterminacji wrogów, tylko czasem wrogów jest jakby nieco zbyt wielu. A poprosić o pomoc jest bardziej niż trudno. Zrezygnować z tego, w co się wierzy, to ogromny wysiłek, a wybory, które muszą zostać dokonane, potrafią niszczyć najtrwalsze związki. W tej części nie tylko córka Rolanda będzie musiała stanąć wobec swoich przekonań i poddać je wnikliwej weryfikacji. Nie wszystkim uda się wyjść z tego obronną ręką. Cóż, nikt nie mówił, że życie jest proste. Zwłaszcza życie w pogrążonej w chaosie Atlancie. Żeby jednak nie zrobiło się zbyt mrocznie, krwiście i przygnębiająco, całość doprawiona jest nutką sarkazmu i ironii oraz z wyczuciem dozowanego poczucia humoru.

Po raz kolejny pogrążyłam się w świecie magii i walki. Z niewątpliwą przyjemnością, wraz z bohaterami, zanurzyłam się w ich świat, brutalny, nieprzewidywalny, pełen niebezpieczeństw, problemów i rozterek (hmmm wychodzi na to, że jestem socjopatką). Ta część, zawiera wiele wątków dotyczących osobowości bohaterów. Nie wszystkie ich decyzje i działania są dla mnie oczywiste. Sposób myślenia i funkcjonowania zmiennokształtnych jest momentami tak różny od ludzkiego, że trudno było mi się ustosunkować do niektórych zdarzeń. Musiałam nieco zmienić punkt widzenia, by móc przyjąć pewne sprawy za normę. Nie zawsze było to łatwe. Może dlatego, że zazwyczaj są oni bardzo ludzcy? Jednak nie żałuję ani jednej chwili, spędzonej nad tą książką. Seria państwa Andrews wpisuje się niezmiennie w poczet moich ulubionych powieści. Tych, które potrafią zawładnąć Czytelnikiem, omotać jego umysł, urzec swym klimatem. Cóż mogę rzec, czekam na więcej, w dodatku wcale nie cierpliwie. A Tym, którzy jeszcze nie czytali, szczerze polecam.

Tytuł: Magia krwawi
Autor: Andrews Ilona
Wydawnictwo: FABRYKA SŁÓW
ISBN: 978-83-7574-547-4
Format: 12.5×20.5cm
Ilość stron: 440
Oprawa: Miękka
Wydanie: 2011 r.