Mroczne szaleństwo – recenzja

„Mroczne szaleństwo” autorstwa Karen Marie Moning to pierwszy tom przygód MacKayli Lane, młodej dziewczyny, która pewnego dnia, na skutek tragicznego zdarzenia dowiaduje się, iż jest widzącą sidhe – kimś, kto potrafi przejrzeć elfi urok.

Mac to 22-letnia barmanka o włosach w kolorze blond, z pociągiem do tego co błyszczące oraz różu we wszelkich jego odcieniach. Mieszka wraz z rodzicami w małym miasteczku Ashford, gdzieś w stanie Georgia. Jej dotychczas beztroskie życie wywraca się o 180 stopni, gdy pewnego upalnego, lipcowego popołudnia dowiaduje się, iż jej studiująca w Dublinie, starsza o dwa lata siostra Alina, została brutalnie zamordowana. Wkrótce po pogrzebie Mac wysłuchuje wiadomość na poczcie głosowej pozostawioną jej przez Alinę na parę godzin przed śmiercią. Wiadomość jest na tyle tajemnicza, iż panna Lane wyrusza na Zieloną Wyspę, by rozwikłać zagadkę śmierci swej ukochanej siostry.
Dziewczyna nie wie, że ta podroż na zawsze zmieni jej życie. Świat, w który dotąd wierzyła, legnie w gruzach, a jej samej przyjdzie zmierzyć się z potworami rodem z horrorów. Do tego walka między światem ludzi i elfami właśnie się zaczyna, a Mac jest jedną z niewielu osób, które mogą to powstrzymać.
Pierwszy tom serii „Kronik Mac O’Connor” (tak, tak, to wciąż Mac Lane) to książka, o której już jakiś czas temu przeczytałam w większości pozytywne opinie, jak również polecało mi ją kilka osób. Aż wreszcie przyszedł czas, bym osobiście zapoznała się z lekturą. I jakby tu rzec, pierwsze wrażenie nie było zbyt pozytywne. Gdyż na pierwszy rzut oka trafiła w moje ręce książka, której główna bohaterka jest złotowłosą panienką uwielbiającą, o zgrozo, znienawidzony przeze mnie róż. Ale na szczęście ciekawość, skąd takie superlatywy, wzięła górę i postanowiłam czytać dalej.
I… pozwólcie, że zacznę od tego co mnie osobiście trochę zgrzytało w tej książce.
„Mroczne szaleństwo” wprowadza nas w mitologię celtycką. Choć wprowadza to słowo na wyrost. Czytałam kiedyś książkę osadzoną w podobnym świecie, w której główna bohaterka również miała zdolność widzenia poprzez elfie uroki. Książka pani Moning nie pogłębiła mojej wiedzy w tym zakresie ani odrobinę. Liczyłam na jakąś większą porcje informacji, jakieś szczegóły, które trudno wygrzebać. Czytelnik natomiast dostaje najprostsze fakty rodem z wikipedii, co sprawia, że według mnie akcja mogłaby dziać się w każdym innym miejscu na świecie, choćby w mej rodzimej mieścinie. Dublin nie jest tu niezbędny. A przecież skoro autorka zdecydowała się osadzić swoje dzieło w sercu legend o elfach, powinna była przyłożyć się bardziej.
Kolejną kwestią są bohaterowie drugiego planu, a raczej sposób ich przedstawienia. Jak dla mnie dowiadujemy się o nich trochę za mało, są tylko statystami towarzyszącymi głównym aktorom tej opowieści – Mac i Barronsowi. W szczególności zbędny jak na ten moment serii był dla mnie motyw pojawienia się elfa V’lane’a. Nie wniósł do historii zbyt wiele. No może prócz tego, że Mac w jego obecności w miejscach publicznych zrzucała z siebie ubrania i zaspokajała swe rozpalone żądze. Ale widać żadna współczesna książka nie może obyć się bez wątku erotycznego.
I prawie na koniec tej krytyki z mej strony coś o głównych bohaterach.
Jak już wspominałam MacKaya to dziewczyna z włosami w kolorze słońca. I tu nasuwa mi się skojarzenie z pewnym filmem. Kojarzycie „Legalną blondynkę”, dziewczynę, która postanowiła walczyć ze stereotypami? I nie byłoby w tym nic złego, jeśli i historia panny Lane była podobna, gdyby nie to, iż czytając „Mroczne szaleństwo” można czasem odnieść wrażenie, że pani Moning nie do końca była pewna, czy Mac ma być taką przeczącą stereotypom dziewczyną.
Tak oto w końcu przechodzimy do Jericho Barronsa, głównego męskiego bohatera powieści, który znalazł sobie wśród czytelniczek rzesze fanek. Ale czemu się dziwić, gdy Barrons to tajemniczy, muskularny brunet o ciemnej karnacji, nie cierpiący na niedobór funduszy. To pod jego „opiekę” niemal zaraz po przyjdzie do Dublina trafia nasza główna bohaterka. Wszystko byłoby ok, gdyby autorka trochę nie przesadziła. Bo Jericho to taki trochę MacGyver, co to na wszystkim się zna i wszystko potrafi, a do celu zmierza choćby po trupach. Genialnie porusza się po podziemnej części miasta, oszukać mafiosa to dla niego błahostka, a i złamaną rękę nastawi. Niestety nadmiar zalet może stać się poważną wadą.
Ale koniec z marudzeniem, czas na pozytywy.
Książka łatwo się czyta i wciąga. Jest trochę literówek, ale nie przeszkadzają aż tak bardzo w odbiorze.
Następnym pozytywem jest akcja, która rusza niemal od początku historii. Po kilku kartkach sielanki staje się mroczniej i bardziej niebezpiecznie. I im dalej, tym sytuacja ta się pogłębia. Nie mogłam doczekać się kolejnych rozmów miedzy Mac i Barronsem. Sarkazm to przecież takie miłe zjawisko. Poza tym niezmiernie ciekawiło mnie, kim lub czym jest Jericho, jakie tajemnice skrywa. Gdyż nic w nim nie jest pewne. Nie wiemy po której stronie barykady tak naprawdę stoi. Czy rzeczywiście jedynie wykorzystuje Mac, by zdobyć to czego szuka, czy może jednak chce jej też pomóc? I dlaczego mówi, iż to „świat Mac znajduje się w niebezpieczeństwie”? Czyżby nie był to również jego świat?
Od strony technicznej książki na plus można zaliczyć słowniczek pojęć, stworzony przez samą główną bohaterkę, w polskiej wersji znajdujący się na końcu powieści. Mimo że pojęcia te wyjaśnione są również w treści, miło jest, gdy nie trzeba szukać po całej książce, czym jest dany przedmiot.
Zastanawiająca jest natomiast okładka polskiego wydania. Jest to jakiś mix oryginału z wizją polskiego grafika. I co ciekawe, wspomniana już wcześniej inna książka o podobnej tematyce, również na okładce miała dziewczynę w różowej kreacji. Czyżby miałby to być jakiś element wspólny dla historii o elfach?

Podsumowując, osadzona we współczesnym świecie historia o MacKyli Lane vel O’Connor to zgrabnie skonstruowana opowieść dla osób w każdym wieku. Mimo że książek o podobnej tematyce we współczesnej literaturze fantastycznej jest sporo, ta zasługuje na uwagę.
I niech Was nie przerazi ta krytyka z mej strony na początku. To tylko dlatego, że mi się podobało ;)

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Darkfever
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Data wydania: Maj 2011
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7480-212-3
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 380
Cena: 35,00 zł
Rok wydania oryginału: 2006
Tom cyklu: 1

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Mag

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze