Dziwna sprawa Skaczącego Jacka – fragment, odcinki 2-5

Londynu wieku pary i eugeniki ciąg dalszy! Zapraszamy do lektury fragmentów powieści Marka Hoddera w przekładzie Krzysztofa Sokołowskiego. Do premiery 17 lutego coraz bliżej…

 

 

 

 

Odcinek 2

Atmosferyczny system kolejowy Isambarda Kingdoma Brunela okazał się wielkim sukcesem. Zastosowano w nim tory o szerokim rozstawie, między którymi, pośrodku, biegła rura o przekroju piętnastu cali z dwucalową szczeliną na szczycie, przykrytą zaworem klapowym z wołowej skóry. Pod pierwszym wagonem każdego składu znajdował się tłok w kształcie odwróconego dzwonu, dopasowany do rury, połączony z wagonem cienkim, przechodzącym przez zawór wałkiem. Wałek wyposażony był w sprytne urządzenie na kołach, otwierające zawór przez nacisk na froncie, a zamykające go i smarujące z tyłu. Co trzy mile urządzenie zasysało powietrze z rury na froncie, by następnie wypompować je z tyłu. Różnica ciśnienia powietrza nadawała pociągowi wielką prędkość.
Podczas pierwszych prób swego systemu Brunel natknął się na nieoczekiwaną przeszkodę: szczury zjadały wołową skórę. Zwrócił się z prośbą o pomoc do eugenika, swego kolegi, Francisa Galtona. Naukowiec wyhodował specjalną rasę wołu o skórze odstraszającej gryzonie, a także będącej dla nich śmiertelną trucizną.
Pneumatyczna sieć kolejowa pokryła już Wielką Brytanię wzdłuż i wszerz. Rozbudowywano ją szybko na terenie Imperium, przede wszystkim w Indiach i Południowej Afryce.
Podobny system napędu planowano dla londyńskiego metra, ten projekt opóźniła jednak śmierć Brunela przed dwoma laty.

Odcinek 3 – Oto wynalazek,ktory miał na zawsze odmienić ulice brytyjskich miast. Niestety nie wszystko poszło tak jak to sobie założyli konstruktorzy. Przedstawiamy Czyściciela!

Na widok tego konia Burton i Swinburne wcisnęli się niemal w ścianę najbliższego budynku, pragnęli oddalić się od niego na największą możliwą odległość. Megakonie nie kontrolowały ani pęcherza, ani żołądków, a opróżniały je wyjątkowo często. Przez pewien czas był to prawdziwy problem dla miasta, którego ulice i tak nie słynęły z czystości, aż wreszcie pewien technik wymyślił automatycznych czyścicieli, zwanych popularnie „krabami-śmieciarzami”. Od tej pory to one co noc doprowadzały zanieczyszczane w dzień ulice do stanu używalności.

(…)

Wzdłuż krawężnika przebiegł szczur.
Burton oparł się o latarnię. Przetarł oczy. Brandy nieprzyjemnie paliła mu gardło. Dostrzegł przyklejoną do słupa ulotkę, przeczytał ją machinalnie.

„Praca dyscyplinuje ducha.
Praca kształci charakter.
Praca wzmacnia duszę.
Nie dopuść, by twą pracę wykonywały maszyny!”.

Poszedł dalej alejką, skręcił na kolejnym rogu. Nie był pewien, gdzie jest, ale nie wątpił, że zmierza we właściwym kierunku. Stanął nareszcie w końcu długiej, prostej uliczki, której wytarty bruk oświetlała jedna nędzna latarnia. Po jej obu stronach wznosiły się pozbawione okien ceglane ściany magazynów. Wydawało mu się, że prowadzi ona do głównej ulicy, dostrzegł nawet, choć niewyraźnie, narożny sklep, być może rzeźnika, ale kiedy próbował odczytać szyld obok przemknął welocyped, pozostawiając za sobą chmurę dymu, jeszcze bardziej ograniczającą widoczność.
Szedł uliczką, starając się omijać kałuże śmierdzącej uryny. Ślizgał się na pecynach błota i czegoś jeszcze gorszego, kopał przed siebie obrzydliwe odpadki.
W zasięgu jego wzroku, przed sklepem, pojawił się krab – śmieciarz. Jego osiem nóg stukało po bruku, a dwadzieścia cztery wyrastające z brzucha cienkie ramiona wiły się to tu, to tam, zbierając śmieci i wrzucając je w paszczę, przez którą trafiały do paleniska.
Stukając i potrzaskując wyszedł z alejki. Nagle zawyła jego syrena ostrzegawcza. W kilka sekund później krab z przeraźliwym sykiem wypuścił z dwóch skierowanych do tyłu dysz strumień gorącej, czyszczącej nawierzchnię pary.
Automatyczny czyściciel znikł za zasłoną skłębionego białego oparu. Burton zatrzymał się, a potem cofnął kilka kroków, czekając, aż chmura rozpłynie się w powietrzu. Jej gorące kłęby podpełzły ku niemu i zawisły w powietrzu, chłodząc się powoli.
Ktoś wszedł w zaułek, jego przeraźliwie wyciągnięty cień tkwił w białej chmurze pod nieprawdopodobnym kątem. Była to postać czarniejsza od czerni, przypominająca szkielet, przerażająco zniekształcona. Burton czekał, aż cień się zmniejszy i w chwili gdy mężczyzna, bo z pewnością był to mężczyzna, wychynie z za zasłony pary, zostanie wciągnięty w ciało właściciela.
Ale cień się nie zmniejszył.
Bo to nie był cień.

Odcinek 4

Czekały na nich dwa zaparkowane przy krawężniku rotofotele. Burtona zdziwiło, że nie usłyszał, jak lądują, ale natychmiast przypomniał sobie sen i tętent końskich kopyt po kamienistym zboczu wzgórza.
– Jednym przyleciałem ja, drugi przyprowadził konstabl, który już wrócił do Yardu – wyjaśnił Kapoor. – Miał pan okazję pilotować coś takiego?
– Nie.
– To bardzo proste, kapitanie. – Zatrzymali się przy jednej z maszyn. Policjant krótko objaśnił sposób operowania maszyną.
Burton przyjrzał się jej uważnie. Wyglądała jak duży, wyściełany napinaną ćwiekami skórą fotel z rodzaju tych, które najczęściej widuje się w klubach dżentelmenów i prywatnych bibliotekach. Fotel przymocowany był do przypominającej sanie ramy z polerowanego drewna i mosiądzu, wyposażonej w płozy, z obu stron podwinięte do góry. W przedniej części ramy, przed podpórką na nogi, umieszczono trzy dźwignie sterujące, przypominające te stosowane w sygnalizacji na kolei, ale wygięte w stronę pilota. Środkowa sterowała wysokością, lewa i prawa kierunkiem lotu. Podpórka pod nogi odchylała się pod naciskiem stóp, przyspieszając lot poziomy rotofotela, ale jeśli nacisnęło się na nią piętami, pojazd zwalniał. Wciśnięcie jej piętami do oporu sprawiało, że zawisał w powietrzu.
Przymocowana do oparcia fotela osłona przypominająca nieco parasol chroniła kierowcę przed strumieniem pary, kierowanym w dół przez krótkie, płaskie, szerokie skrzydła umieszczone na wale, wychodzącym z umocowanego za miejscem pilota silnika. Sam silnik był większą wersją stosowanego w welocypedach i pracował z tą samą niezwykłą wydajnością.
Kapoor podał Burtonowi skórzane gogle.
– Musi je pan założyć, kapitanie… i zdjąć cylinder, chyba że chce pan go stracić. Pod siedzeniem jest miejsce na bagaż. Niech pan schowa w nim także laskę i lecimy.
Podróżnik zastosował się do rad policjanta. Usiadł w fotelu, zapiął przymocowany do niego pas bezpieczeństwa.
– Wystartuję pierwszy – uprzedził go policjant. – Zaczekam na pana nad mgłą.
Podszedł do pojazdu od strony silnika, coś tam przy nim zrobił. Rozległo się niegłośne, regularne pykanie, fotel zawibrował lekko. W chwilę później drugi silnik prychnął, a potem ryknął głośno. Pracował coraz szybciej, hałasował coraz bardziej, a w kilka sekund później dał się słyszeć warkot jakby ktoś bił w werbel.
Mgła rozproszyła się, ukazując spory fragment Montagu Place. Dżentelmen, który nagle pojawił się na chodniku po drugiej stronie ulicy, próbował utrzymać kapelusz na głowie.
Źródło hałasu uniosło się, ryk silnika przycichł, Burtona znów ogarnęła napływająca falą mgła.
Odczekał minutę, po czym ujął środkową dźwignię, łagodnie przyciągnął ją do siebie, a jednocześnie przydepnął podpórkę. Skrzydła nad jego głową drgnęły, ruszyły powoli, zawirowały i nagle rozpłynęły się w przezroczystą tarczę.
Mgła odpłynęła.
Rotofotel ze zgrzytem przesunął się po bruku, a potem łagodnie wystartował. Ziemia uciekła i znikła, zasłonięta grubą warstwą mgły. Dziwne, ale prawie nie czuło się ruchu. Zamknięty w niej niczym w grobie Burton miał wrażenie, że trafił do otchłani… i nagle pojazd wyskoczył wprost w promienie wiszącego nisko nad horyzontem słońca poranka. Chwycił lewą dźwignię, szarpnął nią by odwrócić się plecami do oślepiającego blasku. Rotofotel zawirował szaleńczo. Chwycił prawą, pociągnął łagodniej. Udało mu się ustabilizować pojazd, już po chwili miał go pod kontrolą.
Zasłona mgły ciągnęła się po horyzont. Choć brudna, odbijała promienie słońca tak jaskrawe, że aż łzawiły od nich oczy.

 
Odcinek 5 – Oto pierwsze zaakceptowane przez Brytyjczyków praktyczne zastosowanie eugeniki – System błyskawicznej komunikacji pocztowej.

„Jestem w domu, w Londynie. Czekam na dalsze instrukcje. Burton”.
– Bardzo proszę wysłać ten list na Downing Street 10.
Starsza dama spojrzała na swego lokatora, zdziwiona.
– Gdzie?
– Downing Street 10. Natychmiast, jeśli wolno prosić.
– Oczywiście, proszę pana.
Odeszła, zabierając ze sobą list. Po kilku chwilach Burton usłyszał dobiegające od frontowych drzwi trzy sygnały gwizdkiem. W ciągu pół minuty pies, niemal z pewnością chart, zjawi się na progu, zje, co mu dadzą, a potem weźmie list w zęby i, usłyszawszy adres odbiorcy machnie ogonem, po czym pobiegnie, bezbłędnie kierując na Downing Street.
Te niezwykłe, wspaniałe psy były częścią niedawno wprowadzonego systemu komunikacyjnego, pierwszym zaakceptowanym przez Brytyjczyków praktycznym zastosowaniem eugeniki. Każdy z nich przychodził na świat znając wszystkie adresy w promieniu pięćdziesięciu mil od miejsca urodzenia, a przy tym także umiejąc przenosić pocztę między tymi adresami. Naszczekiwały i drapały w drzwi, póki ktoś listu nie przyjął. Po wypełnieniu obowiązku czworonożni kurierzy biegali po ulicach, czekając na kolejne przywołanie trzema gwizdkami.
System uzupełniały papugi – kurierki. Te fenomenalne przedrzeźniaczki przekazywały informacje mówione. Wystarczyło pójść na pocztę, wymówić informację, podać nazwę odbiorcy wraz z adresem, po czym papuga bezbłędnie znajdowała właściwą parę uszu.
Był tylko jeden problem, kwestia od samego początku niepokojąca naukowców – eugeników. Każda wprowadzana przez nich modyfikacja gatunku zawsze przynosiła jakąś niepożądaną zmianę.
Problem z papugami polegał na tym, że przeklinały, wykpiwały i obrażały wszystkich napotkanych ludzi. Osoba odbierająca wiadomość otrzymywała ją najeżoną treściami, których nadawca z całą pewnością w niej nie zamieścił. Wydawało się, że nie ma sposobu na skorygowanie tej wady. Początkowo spodziewano się, że papugę pocztową będzie miało każde gospodarstwo, okazało się jednak, że nikt nie jest w stanie wytrzymać steku obelg pod swym adresem we własnym domu. Do sprawy włączono więc pocztę i teraz każdy jej oddział posiadał własną ptaszarnię.
W przypadku kurierów wada nie wydawała się aż tak poważna. Był nią nieprawdopodobny wręcz apetyt. Choć chude jak szkielety, psy te wymagały pełnego posiłku pod każdym odwiedzonym adresem. Teoretycznie darmowy system wymagał więc od korzystających z niego klientów sporych nakładów finansowych. Na psią karmę.