Fragment: Richelle Mead – Ostatnie poświęcenie

Wydawnictwo Nasza księgarnia udostępnioło krótki fragment ostatniego tomu serii Akademia Wampirów autorstwa Richelle Mead.

Zapraszamy do zapoznania się z fragmentem znajdującym się w rozwinięciu.

Richelle Mead
Akademia wampirów. Ostatnie poświęcenie
ROZDZIAŁ PIERWSZY
NIE ZNOSZĘ KLATEK.
Nie lubię nawet chodzić do zoo. Kiedy wybrałam się po raz pierwszy do ogrodu zoologicznego, prawie dostałam ataku klaustrofobii na widok biednych zwierząt. Nie wyobrażałam sobie, że żywe stworzenie można trzymać w takich warunkach. Współczuję nawet przestępcom uwięzionym w celach, i nigdy nie pomyślałabym, że mogę podzielić ich los.
Cóż, życie nie szczędzi mi ostatnio niespodzianek i oto, proszę, trafiłam za kratki.
— Hej! — wrzasnęłam, mocując się ze stalowymi prętami, które oddzielały mnie od świata. — Jak długo jeszcze będziecie mnie tu trzymać? Kiedy proces? Chyba nie zostanę w tym lochu na zawsze?
Dobra, nie znajdowałam się w mrocznych katakumbach i nie zakuli mnie w zardzewiałe łańcuchy. Dostałam małą celę o surowych ścianach i nagiej podłodze. Sterylną. Nieskazitelną. Zimną. Przygnębiała mnie bardziej, niż spowodowałby to zatęchły loch. Stalowe pręty były chłodne w dotyku. Światło lamp jarzeniowych drażniło wzrok. Z boku przed wejściem do celi stał mężczyzna, a na korytarzu, poza zasięgiem mojego wzroku, wartę pełniło jeszcze czterech strażników. Wiedziałam, że żaden z nich nie odezwie się ani słowem, a mimo to od dwóch dni bezustannie domagałam się rozmowy.
Na korytarzu panowała absolutna cisza. Westchnęłam z rezygnacją i opadłam na pryczę w kącie celi. Zimną i twardą jak wszystko tutaj. Tak, naprawdę zaczynałam żałować, że nie wrzucono mnie do lochu. Mogłabym sobie przynajmniej poobserwować szczury i pająki. Spojrzałam w górę i natychmiast ogarnęło mnie znajome uczucie: strach, że sufit i ściany będą się zbliżać, napierać na mnie tak długo, aż nie zostanie dla mnie miejsca, aż pozbawią mnie powietrza…
Usiadłam gwałtownie, łapczywie chwytając oddech. „Nie gap się na ściany i sufit, Rose” — upomniałam się w duchu. Popatrzyłam na swoje zaciśnięte dłonie i wróciłam do roztrząsania, jak wpakowałam się w tę kabałę.
Podejrzewałam, że ktoś mnie wrobił. W przestępstwo, którego nie popełniłam. I nie chodziło o błahostkę, ale morderstwo. Nie zrozumcie mnie źle. Zabijałam wiele razy. Złamałam niejedną zasadę (a nawet prawo). Z całą pewnością jednak na długiej liście
moich przewin nie znalazłam morderstwa z zimną krwią. Szczególnie takiego, którego ofiarą padłaby królowa.
Nie uważałam Tatiany za przyjaciółkę. Historia mojej znajomości z wyrachowaną władczynią morojów przebiegała do tej pory bardzo burzliwie. Po pierwsze, spotykałam się z jej stryjecznym wnukiem, Adrianem. Po drugie, nie akceptowałam jej polityki walki ze strzygami. Tatiana kilka razy dała mi w kość, lecz nigdy nie pragnęłam jej śmierci. Ktoś jednak postanowił ją usunąć i zadbał o to, by dowody wskazywały na mnie. Najbardziej obciążające były odciski palców na srebrnym sztylecie — narzędziu zbrodni. Sztylet należał do mnie, więc to oczywiste, że je znaleźli, ale nikt nie uznał, że to przemawia na moją korzyść.
Westchnęłam i wyjęłam z kieszeni zmiętą kartkę. Ścisnęłam ją w dłoni, nie musiałam czytać. Znałam ją już na pamięć, list, który zmieniał wszystko, co do tej pory wiedziałam o królowej. Zrodził tyle pytań.
Nie mogąc dłużej znieść siedzenia w klatce, przeniosłam się do umysłu mojej najlepszej przyjaciółki, Lissy. Jest morojką, łączy nas szczególna więź, która pozwala mi widzieć wszystko jej oczyma. Podobnie jak inni przedstawiciele swojej rasy, Lissa ma zdolności magiczne. Posługuje się mocą ducha, która jest bardzo rzadka. Wciąż mało wiemy o możliwościach Lissy, lecz wydają się one nadzwyczajne. Wskrzesiła mnie przed kilku laty za sprawą swojej magii i w ten sposób powstała nasza szczególna więź.
Wizyty w umyśle przyjaciółki pomagały mi na chwilę oderwać się od ponurej rzeczywistości, lecz nie rozwiązywały problemów.
Lissa usiłowała oczyścić moje dobre imię od chwili, kiedy na przesłuchaniu przedstawiono dowody winy. Sztylet był tylko jednym z wielu. Przeciwnicy, których mi nie brakowało, skwapliwie przypomnieli o tym, jak kłóciłam się z władczynią, i sprowadzili świadka, który zeznał, że byłam w pobliżu miejsca zbrodni w czasie, kiedy ją popełniono. W taki oto sposób pozbawiono mnie alibi. Rada morojów uznała, że to wystarczająca podstawa do wytoczenia procesu.
Lissa rozpaczliwie przekonywała Radę, że ktoś mnie wrabia, i żądała wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Niestety, nie chcieli jej słuchać, ponieważ cały dwór był pochłonięty przygotowaniami do spektakularnego pogrzebu Tatiany. Śmierć monarchy jest wielkim wydarzeniem. Goście, zarówno moroje, jak i dampiry, zjeżdżali się z całego świata na to widowisko. Jedzenie, kwiaty, dekoracje, muzycy… przygotowania toczyły się pełną parą. Zapowiadała się wystawna gala. Wątpię, czy ślub Tatiany świętowano by równie uroczyście. Na dworze panowało takie zamieszanie, że nikt już nie zwracał na mnie uwagi. Większość uznała, że zostałam unieszkodliwiona i nikogo więcej nie skrzywdzę. Morderczyni Tatiany pojmana. Sprawiedliwości stało się zadość. Sprawa zamknięta.
Zanim zdążyłam sprawdzić, gdzie jest Lissa, zamieszanie na korytarzu sprowadziło mnie z powrotem. Ktoś wszedł i rozmawiał ze strażnikami. Prosił o widzenie ze mną. Pierwszy gość od kilku dni. Serce zabiło mi żywiej. Podbiegłam do krat w nadziei, że zaraz usłyszę, iż aresztowanie to tylko fatalne nieporozumienie.
Mój gość był ostatnią osobą, jaką spodziewałam się zobaczyć.
— Co ty tu robisz, staruszku? — spytałam zrezygnowana.
Stał przede mną Abe Mazur i jak zwykle wyglądał porażająco. Mieliśmy lato w pełni — gorące i wilgotne, jak to w tej części Pensylwanii — ale Abe wybrał garnitur w krzykliwych barwach, doskonale skrojony. Włożył do niego jaskrawopurpurowy jedwabny krawat oraz dopasowany kolorystycznie szal. Całości dopełniała złota biżuteria kontrastująca ze smagłą cerą. Odniosłam wrażenie, że niedawno przystrzygł krótką czarną brodę. Abe był morojem i choć nie należał do królewskiego rodu, miał ogromne wpływy.
Był również moim ojcem.
— Jestem twoim prawnikiem — odparł dziarsko. — Przybywam z poradą, rzecz jasna.
— Nie jesteś prawnikiem — przypomniałam. — A twoja ostatnia porada nie wyszła mi na dobre.
Zachowałam się podle. Abe, mimo że nie miał prawniczego wykształcenia, bronił mnie podczas przesłuchania. Niezbyt skutecznie, zważywszy, że zostałam aresztowana i czekałam na proces. Spędziłam jednak dostatecznie dużo czasu w samotności, by dojść do wniosku, że w jednej sprawie się nie mylił. Nawet najlepszy adwokat nie uchroniłby mnie wówczas przed aresztem. Musiałam też przyznać, że Abe stanął za mną murem w sprawie z góry przegranej, chociaż nasze więzi rodzinne pozostawały, delikatnie mówiąc, wątłe. Zachodziłam w głowę, dlaczego to zrobił. Najbardziej prawdopodobne wydało mi się, że po prostu nie ufał arystokratom i uważał, że ma obowiązek mnie chronić jako mój ojciec.
— Nie mam sobie nic do zarzucenia — oznajmił. — Za to twoja jakże przekonująca przemowa, w której powiedziałaś: „Gdybym była morderczynią”, z pewnością nam się nie przysłużyła. Nieroztropnie podsunęłaś sędzi taką możliwość.
Zignorowałam przytyk i skrzyżowałam ręce na piersi.
— Po co przyszedłeś? Wiem, że nie z ojcowską wizytą. Zawsze masz jakiś ukryty motyw.
— Oczywiście. Dlaczego miałbym coś robić bez powodu?
— Tylko nie wyjeżdżaj teraz z tą swoją pokrętną logiką.
Abe mrugnął do mnie porozumiewawczo.
— Nie masz powodów do zazdrości. Jeśli się dobrze przyłożysz, kiedyś staniesz się równie błyskotliwa jak ja.
— Abe — rzuciłam ostro. — Do rzeczy.
— Dobrze, już dobrze — mruknął pojednawczo. — Przyszedłem poinformować cię, że wkrótce rozpocznie się twój proces.
— Co takiego? To wspaniała wiadomość!
Wyraz twarzy Abe’a mówił co innego. Do tej pory sądziłam, że proces znajdzie się na wokandzie dopiero za wiele miesięcy. Sama myśl o tak długim pobycie w zamknięciu przyprawiała mnie o klaustrofobię.
— Rose, zdajesz sobie chyba sprawę, że proces nie będzie się różnił od przesłuchania. Przedstawią te same dowody i uznają cię winną.
— Tak, ale przecież zdołasz coś zdziałać do tej pory. Chyba znajdziesz sposób, żeby mnie oczyścić z zarzutów? — Dopiero teraz dotarł do mnie sens jego słów. — Powiedziałeś, że mój proces rozpocznie się wkrótce. Co miałeś na myśli?
— Zamierzają przeprowadzić go tuż po wyborach.
Abe mówił lekkim tonem, lecz kiedy spojrzałam w jego ciemne oczy, zrozumiałam prawdę. Szybko dokonałam w myślach obliczeń.
— Pogrzeb odbędzie się w tym tygodniu, a zaraz po nim wybiorą nowego monarchę… Chcesz powiedzieć, że werdykt w moim procesie zapadnie przed upływem dwóch tygodni?
Potwierdził ruchem głowy.
Doskoczyłam do krat z bijącym sercem.
— Dwa tygodnie? Mówisz poważnie?
Kiedy oznajmił, że proces rozpocznie się szybciej, uznałam, że mamy co najmniej miesiąc. A to dużo czasu na zdobycie dowodów. Dwa tygodnie nam nie wystarczą, biorąc pod uwagę zamieszanie panujące na dworze. Jeszcze przed chwilą oburzała mnie perspektywa długiego pobytu w areszcie, teraz wydał mi się zbyt krótki. Pełna obaw zadałam kolejne pytanie.
— Ile? — Usiłowałam opanować drżenie głosu. — Ile będę miała czasu od ogłoszenia werdyktu?
— Wyrok zostanie wykonany bezzwłocznie — odrzekł bez ogródek.
To była nasza cecha rodzinna — umiejętność mówienia prosto z mostu.
— Bezzwłocznie. — Cofnęłam się i omal nie usiadłam na łóżku. Poczułam przypływ adrenaliny. — Tak powiedziałeś? Czyli za dwa tygodnie. Za dwa tygodnie mogę… stracić życie.
Zabójcy królowych nie trafiają do więzień. Poddaje się ich egzekucji. Ta myśl prześladowała mnie od chwili, kiedy zrozumiałam, że zostałam wrobiona. Niewiele zbrodni w świecie morojów i dampirów karze się w ten sposób. Staramy się zachowywać w sposób cywilizowany, w przeciwieństwie do krwiożerczych strzyg. Ale zdrajców i morderców skazujemy na śmierć bez sentymentów. Kiedy dotarło do mnie w pełni znaczenie informacji przekazanej przez ojca, zadrżałam i do oczu napłynęły mi łzy.
— To niesprawiedliwe! — wykrzyknęłam. — Nie powinno tak być i dobrze o tym wiesz!
— Moje zdanie nie ma żadnego znaczenia — odparł spokojnie. — Przekazuję ci tylko fakty.
— Dwa tygodnie — powtórzyłam. — Co możemy zrobić w tak krótkim czasie? To znaczy… wpadłeś już na jakiś trop? Albo… dasz radę coś znaleźć do procesu? Jesteś w tym dobry. — Mówiłam chaotycznie i zdawałam sobie sprawę, że zaczynam popadać w histerię. Cóż, byłam załamana.
— Raczej nie osiągniemy zbyt wiele — stwierdził. — Cały dwór jest zajęty pogrzebem i wyborami. Panuje zamieszanie, a to dobrze i źle.
Obserwowałam przygotowania oczyma Lissy. Widziałam cały ten chaos. Prowadzenie śledztwa w takich warunkach wydawało się wręcz niemożliwością.
Dwa tygodnie. Za dwa tygodnie mogę stracić życie.
— Nie mogę… — Głos mi się łamał. — Nie jest mi pisane tak zginąć.
— O? — Uniósł brew. — Wiesz zatem, jak umrzesz?
— Podczas walki. — Łza spłynęła mi po policzku, więc pośpiesznie ją otarłam. Zawsze starałam się uchodzić za twardzielkę. Za nic w świecie nie chciałam zniszczyć tego wizerunku. — W walce. W obronie tych, których kocham. Nie… nie w jakiejś zaplanowanej egzekucji.
— To także w pewnym sensie jest walka. — Abe się zamyślił. — Tylko nie fizyczna. Tak czy owak, mamy dwa tygodnie. Czy to źle? Tak. Ale lepiej niż jeden tydzień. Nie ma rzeczy niemożliwych. Może pojawią się nowe dowody. Musisz czekać.
— Nienawidzę czekać. Ta klitka… doprowadza mnie do szału. Nie mogę w niej oddychać. Zabije mnie, zanim zrobi to kat.
— Szczerze wątpię — rzucił obojętnie Abe. Nie okazał mi nawet cienia współczucia. Ojcowska miłość, szkoda słów. — Byłaś nieustraszona w walce ze zgrajami strzyg, a załamujesz się z powodu ciasnoty?
— Nie chodzi tylko o to! Każą mi tkwić w tej norze, a zegar tyka, zapowiadając moją śmierć. Jestem kompletnie bezsilna.
— Czasem największą próbą charakteru okazują się sytuacje, w których nie zmagamy się z oczywistym zagrożeniem. Bywa, że przetrwanie staje się najtrudniejszą sprawą.
— Och, nie. Nie. — Zaczęłam chodzić w kółko. — Nie wyjeżdżaj mi z tymi szlachetnymi bzdurami. Brzmisz jak Dymitr udzielający mi lekcji życia.
— On przetrwał, choć znajdował się w trudnej sytuacji. Nadal musi wiele znosić.
(…)