Zasłona kłamstw – recenzja

Zwykłemu człowiekowi, laikowi jak ja, wieki średnie najpierw kojarzą się z rycerzami i ich damami, królami i zakonnikami, z pięknymi, dostojnymi zamkami, pojedynkami, honorem, dumą, miłością dworską i masą innych pompatycznych spraw. W debiucie Jeri Westerson, Zasłonie kłamstw, zostały one zastąpione rzeczywistością człowieka, który niegdyś do owego górnolotnego świata należał, a potem z własnej głupoty znalazł się na dnie. Tylko najprawdziwsza prawda, z jej całym brudem, snobizmem i bezwzględnością podziałów klas, roku tysiąc trzysta osiemdziesiątego czwartego.

Wyobraź sobie, że od urodzenia znajdujesz się na szczycie społecznej drabiny. Gardzisz niższymi kastami, uznajesz własną wyższość, uważasz siebie za cud, stan rycerski za jedyny słuszny oraz objęty przychylnością i Boga, i losu; jesteś dumny, honorowy, wyniosły, dostojny i obdarzony wielką władzą, wedle kaprysu możesz zabić i nikt nie odezwie się słowem, bo inni też od dawna mają na to ochotę – przecież każdy człowiek brzydzi się pospólstwem. Nie znasz odmiennego, gorszego życia i nie chcesz go znać. Masz to we krwi, w genach. I nagle dajesz się oszukać, wrobić w sprawę, która w oczach wielkiego świata odziera cię z godności i znaczenia. Lądujesz w rynsztoku, dosłownie. Pozbawiony absolutnie wszystkiego prócz pomyślunku, zraniony i dumny – zbyt dumny, by nie odczuwać niechęci do plebsu i jego zajęć, nawet kiedy do niego należysz. Co robisz, by przeżyć, oczywiście jeśli upokorzenie nie odebrało ci chęci istnienia? Crispin Guest widział dla siebie tylko jedne zajęcie – został tropicielem. Czternastowiecznym prywatnym detektywem.

Zaczyna się niewinnie i zwyczajnie. Nasz były rycerz potrzebuje pieniędzy, więc przystaje na zlecenie śledzenia żony klienta, choć brzydzi się szpiegostwem i w zasadzie wszystkim, co nie obejmuje rycerstwa. Po potwierdzeniu obaw kupca o cudzołóstwo małżonki, Crispin wraca i ku swemu głębokiemu niezadowoleniu odkrywa, że jego chlebodawca nie żyje, zasztyletowany w pokoju zamkniętym od wewnątrz. A potem okazuje się, że ta śmierć ma więcej niż jedno dno i Crispin zostaje wciągnięty w spisek, na szali którego ważą się losy królestw oraz jego własny. Jest bowiem jednym z niewielu ludzi, którzy posiadają dość talentów, by odnaleźć pewien tajemniczy przedmiot, według jednych kipiący błogosławieństwem, zaś innych – przekleństwem. Prawie tysiąc czterystuletnia chusta z odbitą nań twarzą Boga. Vera icona, prawdziwy wizerunek Jezusa Chrystusa. Przedmiot pożądania wielkich władców europejskich mocarstw, bowiem w obecności tego kawałka materiału… nie można kłamać.

Crispin na ogół to porządny facet, niekiedy jednak nachodzą go ataki nienawiści i pogardy do otaczających go ludzi. Spodziewałabym się, że po ośmiu latach ciągłego obcowania z plebsem, bycia jego członkiem, każdy rycerz nieco spokornieje i odsunie w tej kwestii dumę, lecz Guest tego nie potrafi, nie umie nawet powstrzymać się przed demonstrowaniem swej wyższości, mimo iż musi zdawać sobie sprawę, że niektórzy mogą poczuć się tym urażeni na tyle, by boleśnie przywołać go do porządku i pokazać, że arystokrata krwawi jak każdy inny człek – i to było wielce irytujące, bowiem nierzadko przesłaniało mu istotę sprawy. Poza tym wyjątkowo długim przywiązaniem do dawnego stylu życia, ta postać jest porządnie skonstruowana. Podobnie rzecz wygląda z innymi bohaterami, nawet ci mniej istotni dla rozwoju fabuły zostali potraktowani z należytą starannością, nikt nie wziął się z powietrza i weń nie zniknął, w zasadzie każdy zapadł mi w pamięć dzięki wyróżniającej go cesze czy to charakteru, czy to wyglądu – i mimo mnogości osób wciąż wiedziałam, who is who.

Najbardziej w tej książce uderzyło mnie odwzorowanie rzeczywistości czternastowiecznej Anglii. W tamtych czasach nie było miejsca na sentymenty czy odrobinę wrażliwości, tylko spryt i przebiegłość; liczyło się przeżycie, a ponowne ujrzenie słońca nigdy nie było pewne, bo jeśli nie zabiją cię rzezimieszki, to może niechcący obrazisz – nawet swym samym istnieniem – jednego z możnych panów i, nim się obejrzysz, zawiśniesz. Bez sądów, bez procesów, bez moralnych zahamowań, bo przecież tamten ma prawo i przywileje, a ty, zwykły mieszczanin, jesteś pyłem pod jego dostojnym butem. Wrzucili cię do Tamizy? Trudno, zdarza się. Zasztyletowano? Tak bywa. Dotkliwie pobito? Nic nowego. Tak ten świat jest już urządzony. Niestety owo odwzorowanie dotyczyło tylko stosunków międzyludzkich, trudno doszukać się jakiś głębszych ciekawostek historycznych, kulturowych, językowych et cetera tamtego okresu.

Książka ma swoje wady, ale w gruncie rzeczy lektura sprawiła mi przyjemność i Wam również powinna, pod warunkiem, że nie będziecie próbować uczyć się z niej historii, a potraktujecie jako ciekawą powieść o niezbyt wyraźnie zarysowanym tle.

Tytuł: Zasłona kłamstw (Veil of Lies)

Autor: Jeri Westerson

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok wydania: 2012

Wydanie pierwsze

Cena: 33,60 zł

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 

 

About destrakszyn

Entuzjastka psujostwa wszelakiego, namiętnie wczytująca się w fantastykę gatunku przeróżnego i obsesyjnie gromadząca nowe książki na półkach.

View all posts by destrakszyn