Anna we Krwi – recenzja

 Każdy z nas ma swoje gusta. Jedni lubią śliczne, puchate króliczki, inni czują niezdrowy pociąg do horrorów z zombie w tle i różnorakich części anatomicznych człowieka. Niestety o ile ci pierwsi są liczniejsi i bardziej popularni, o tyle drudzy uchodzą za czubów z chorą psychiką. Pewnie się domyślacie, co ja preferuję?

W „ Annie we Krwi” zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Ta śliczna okładka i tytuł od razu wpadły mi w oko, nawet opis sugerujący jakiś romans mi nie przeszkadzał. Włączył mi się tryb mola książkowego (czyt. maniakalna chęć posiadania książki i przykre konsekwencje dla każdego, kto wejdzie w drogę). Gdy ją dostałam, po długim ślinieniu się nad grafiką, zaczęłam czytać i, zanim się zorientowałam, był ranek i skoczyły mi się kartki do przewracania.

Wielu autorów ma pewien problem z konstrukcją nastoletnich bohaterów. Choć mają po naście lat, wszystko wiedzą najlepiej i o wszystkim decydują, a rodzice grzecznie stoją w kącie i kiwają posłusznie głową. Taki właśnie jest główny bohater i jego relacja z matką. Być może chodzi tu o „nastoletni bunt”, jednak nie potrafiłam tak tego odebrać. Tezeusz Cassio Lowood stracił ojca i jako dzieciak zaczął polować na duchy, olewa szkołę, traktuje rówieśników jak gówniarzy i śmieje się z imion innych, chociaż sam nosi kretyńskie imię (jak się domyślacie tu następuje iście inteligentna riposta pozostałych bohaterów). Rodzicielka jego z kolei wszystko to akceptuje i wspiera syna czyszcząc mu sztylet i nieśmiało przekonując do wybrania się na studia. Irytujące, jednak z jakiegoś niejasnego powodu polubiłam tę postać.

Na szczęście niedługo skupiamy się Casie, gdyż pojawia się ONA. Bohaterka, przez którą z zapartym tchem czytałam niecierpliwie całą książkę. Przez którą znosiłam nieznaczne zgrzyty i nieścisłości. Tytułowa Anna Korlov. Anna we Krwi. Uosobienie moich wyobrażeń o złym i bezlitosnym duchu. Będąc szczerą, pokochałam ją od pierwszej poświęconej jej strony (wspominałam już o czubach z chorą psychiką?). Uczucie to się nasilało wraz z mijającymi stronami, aż, o zgrozo, autorka postanowiła przemienić około 60-letnią, morderczą zjawę w zakochaną nastolatkę. No cóż, rozmaitych emocji podczas czytania mi nie brakowało. Na szczęście pani Blake nie skupiała się tylko na tym i romans został zredukowany do minimum.

Akcja książki zaczyna się od pierwszych stron i później skacze jak zając z ADHD. Raz jest jej za mało, kiedy indziej za dużo. Jednak są to krótkie przerwy, które pozwalają nam trochę ochłonąć. Im dalej brniemy, tym te przerwy są krótsze, a emocje silniejsze aż do punktu kulminacyjnego. Zdecydowanym plusem jest zakończenie. Co do fabuły powiem tyle, że ta książka ma duży potencjał. Gdyby z bohatera zrobić kogoś starszego i poważniejszego, morderczą zjawę pozostawić morderczą zjawą, relacje między bohaterami stworzyć bardziej rzeczywistymi, to zbudowałabym dla tej książki specjalną gablotkę w swoim pokoju. Niestety, musimy się zadowolić tym, co mamy.

Mimo mojej krytyki, „Anna we krwi” z pewnością nie jest książką, obok której się przechodzi obojętnie. Ma swoje wady, jednak nie żałuje ani minuty poświęconej na jej czytanie. Czasem jest przewidywalna, innym razem nas całkowicie zaskakuje. Pospolita, ale z nieodpartym urokiem. Z pewnością będę polować na kolejny tom. Nie tylko dla Anny.

Tytuł: Anna we Krwi (Anna Dressed in Blood)
Autor: Kendare Blake
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 12.04.2012r.
Liczba stron: 320
 
Dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.