Fragmenty: Patricia Briggs – Zrodzony ze srebra

13 sierpnia swoją premierę na polskim rynku będzie miała kolejna część serii o Mercedes Thompson. Z tej okazji Fabryka Słów postanowiła uraczyć fanów serii trzema fragmentami książki.

Zapraszamy do czytania!

 

Fragment 1

– To był taki żarcik. W walijskim nie ma chyba żadnych krótkich słów.
– Mercy – wydyszał.
Serce zabiło mi mocniej i szybciej, jakbym przeczuwała złe wieści. Usiadłam.
– Samuel? – powtórzyłam do ciszy po drugiej stronie.
– Przyjedź…
Mamrotał wyrazy, jakby ledwo co mówił po angielsku, a przecież znal ten język dużo dłużej, niż ja, z moimi trzydziestoma wiosnami życia.
– Już jadę – Sięgnęłam po dżinsy. – Gdzie?
– W składziku przy rentgenie. – Ledwie wydukał.
Domyśliłam się, że mówi o kanciapce przy sali przyjęć na pogotowiu w szpitalu Kennewick General, gdzie pracował.
– Zaraz będę.
Rozłączył się bez słowa.
Działo się coś bardzo złego. Ale cokolwiek to było, dobrze, że czekał w składziku, z dala od oczu ludzi. Gdyby dowiedzieli, że jest wilkołakiem, nie musiałby się już ukrywać.
W przeciwieństwie do Adama, Samuel nie przyznał się oficjalnie do wilkołactwa. Nikt nie pozwoliłby wilkołakowi praktykować w medycynie… Co miało swój głęboki sens, zresztą. Mało który wilkołak byłby w stanie znieść ciągłą woń krwi i strachu. Ale Samuel był lekarzem od bardzo dawna. I to bardzo dobrym lekarzem.
Wybiegając z domu, potknęłam się o siedzącego na ganku Bena. Zaskoczona, straciłam równowagę i spadłam ze schodków, lądując na żwirze.
Wiedział, że wychodzę, nie starałam się tego ukryć. Mógł usunąć mi się z drogi, lecz tego nie uczynił. Może nawet celowo ustawił się w ten sposób. Nie drgnął nawet, kiedy na niego spojrzałam.
Rozpoznałam tę minę mimo, że wcześniej jej nie widywałam. Byłam kojotem, wybranką jego Alfy, kimś tego niegodnym, w ich mniemaniu.
– Słyszałeś na pewno o dzisiejszej sprzeczce? – zagadnęłam.
Położył uszy i oparł pysk na przednich łapach.
– W takim razie powinieneś też wiedzieć, że ktoś wykorzystuje więź, żeby mieszać mi w głowie. – Miałam trzymać to w tajemnicy, dopóki nie porozmawiam z Samuelem, ale upadek ze schodów wytrącił mnie z równowagi.
Zamarł, a jego postawa znamionowała nie tylko niedowierzanie, ale wręcz zgrozę.
A więc to możliwe. Szlag. Szlag. Szlag. A miałam nadzieję, że nie, że sobie to wymyśliłam. To ostatnie, czego mi było trzeba.
Czasami odnosiłam wrażenie, jakby obie więzi, i ta partnerska i ta stadna, starały się jedna przez drugą zagarnąć moją duszę. A choć to porównanie było tylko przenośnią, efekty były równie przerażające, co gdyby działo się tak naprawdę. Świadomość, że ktoś wykorzystuje ten bajzel, żeby mną manipulować, była jak cholerny lukier na torcie.
Na szczęście miałam coś do zrobienia, co pozwalało mi oderwać myśli od tego koszmaru. Podniosłam się i otrzepałam.
Zamierzałam porozmawiać o tym z Adamem bezpośrednio, ale taki scenariusz też miał plusy. Dobrze, żeby Adam dowiedział się, że część stada… aktywnie wyraża swoją niechęć do mnie. A jeśli Ben mu o tym powie, Adam nie wejdzie do mojego umysłu i nie odkryje, że problem tkwi nie tylko w przejmowaniu kontroli nad moimi myślami, ale też jakie uczucia budzą we mnie same więzi i stadna i partnerska.
– Przekaż Adamowi, co ci powiedziałam – kazałam Benowi.
Wiedziałam, że to zrobi. Ben był okropny i odpychający, ale był też prawie że przyjacielem – podobne, koszmarne przeżycia łączą ludzi.
– Przeproś go w moim imieniu i powiedz, że zamierzam się chwilowo przyczaić… – Adam zrozumie, że chodzi o trzymanie się z dala od stada – …dopóki nie wymyślę, co z tym zrobić. A teraz jadę po Samuela, więc kończysz swój dyżur.

 

Fragment 2

– Próbował nas zabić – usłyszałam. Serce mi stanęło, a potem zaczęło bić jak oszalałe. Myliłam się co do powodów, dla których nie patrzył na mnie. Bardzo się myliłam. Ten „on”, o którym mówił, odnosił się do Samuela. To oznaczało, że „on” już nie sprawował kontroli. Rozmawiałam z wilkiem Samuela. Runęłam na kolana pilnując, by moja głowa znalazła się niżej, niż głowa wilkołaka. Samuel-człowiek ignorował naruszenia etykiety, których nie przegapiłby wilk. Zaś ten, jeśli spojrzałby na mnie z dołu, musiałby uznać moją wyższość, lub wszcząć walkę.
Zamieniam się w kilkunastokilogramowego drapieżnika zdolnego polować na kurczaki i zające. I biedne głupiutkie przepióry. Wilkołak jest w stanie pokonać niedźwiedzia brunatnego. Nie jestem żadnym wyzwaniem dla takiej bestii.
– Mercy – wyszeptał, unosząc głowę.
Pierwsze, co dostrzegłam, to skaleczenia. Przypomniałam sobie, że Jody mówiła o wyciąganiu odłamków szkła. Fakt, że ranki jeszcze się nie zasklepiły oznaczał, iż odniósł o wiele poważniejsze obrażenia, na których jego ciało skupiło się w pierwszej kolejności. Świetnie – coś na osłodę jego nastroju.
Jego oczy były lodowatobłękitne, nieomal białe, dzikie.
Natychmiast odwróciłam wzrok i wzięłam głęboki oddech, żeby się uspokoić.
– Sam, czy mogę coś dla ciebie zrobić? Może zadzwonię do Brana?
– Nie! – ryknął podrywając się. W sekundzie stał na czworaka, z jednym kolanem uniesionym, jak przy kucaniu, z drugim wspartym na podłodze, jakby klęczał.
Pozycja tej drugiej nogi świadczyła, że nie był jeszcze całkiem gotów rzucić się na mnie.
– Ojciec nas zabije – rzekł powoli, z wyraźnym walijskim akcentem. – Nie chcę… nie chcemy, by to zrobił. – Odetchnął głęboko. – Nie chcę umierać.

 

Fragment 3

Nie był olbrzymem, bo te są bliższe zwierzętom, kieruje nimi instynkt, nie rozum. Nierozumne istoty, które przetrwały erę ludzi posługujących się żelazem, wyginęły z rąk Szarych Panów. Instynkt nie wystarczał, by ukryć prawdziwą naturę przed ludźmi, a pradawne istoty całymi wiekami udawały, że nie istnieją poza światem legend i folkloru. W każdym razie, nawet jeśli nie olbrzym, sądząc po rozmiarze stóp, nieczłowiek i tak był spory.
Sam trącił mnie łbem, a kiedy na niego spojrzałam, ukrył się pod biurkiem. Zamierzał wziąć intruza z zaskoczenia. Dobrze wiedzieć, że nadal był ze mną.
– To chyba najgorsza rymowanka jaką widziałam, odkąd w szkole kazali mi napisać jedną na zadanie domowe – powiedziałam przesuwając się jednocześnie pod schody, skąd mogłabym zobaczyć istotę.
Nieczłowiek miał jakieś metr osiemdziesiąt wzrostu, choć jego stopy były o kilkanaście centymetrów dłuższe od największych stóp, jakie kiedykolwiek widziałam u człowieka. Przyjemną, wesołą buzię otaczały rude, kręcone włosy. Robił miłe wrażenie, pod warunkiem, że nie przyjrzało się dokładniej jego oczom. Ubrany był w materiałowe spodnie i czerwoną koszulę z niebieskim krawatem, oraz czerwony płócienny fartuch z emblematem sklepu spożywczego.
W prawej ręce trzymał nóż rzeźnicki.