Hołd dla mroku – recenzja

Skończył się czas pozyskiwania sojuszników, udoskonalania broni oraz wstrzymania, które przypomina ciszę przed burzą. Wojna na wszystkich frontach, rebelia wewnątrz. Fala czerni i złota nadciąga niczym tsunami, aby wszystko, co napotka na swej drodze, zagarnąć dla rozrastającego się Imperium. Czy istnieje jeszcze coś, co byłoby w stanie powstrzymać tę nawałnicę?
Armie Imperium kontynuują triumfalny pochód zwycięstw, stają pod bramami Kolegium. Uctebri zdobył Szkatułę Cienia, dzięki której będzie w stanie przejąć władzę w kraju Os. Tisamon decyduje się na trudną drogę usłaną upokorzeniami, aby zdobyć jedną jedyną szansę na spotkanie Alvdana.
“Hołd dla mroku” to koniec dla dotychczasowych działań wywiadowczych Stenworlda Makera, teraz pozostaje tylko i wyłącznie walka z przeważającymi siłami wroga. Chwilami miałam wrażenie, że potencjał ludzki osowców jest niewyczerpywalny. Pokonanie pajokopodobnych  czy wypadowa wojna Salmy z oddziałami pod Sarnem, a w końcu oblężenie Kolegium. To wszystko jest przytłaczające, mało tego, Tisamon, Tynisa i Felise trafili do Capitas, każde osobno. Mniej więcej w tym momencie legło moje ciche marzenie, aby wszyscy główni bohaterowie spotkali się razem na polu walki. Wspólnie mogli by stanowić mini armię o dużym polu rażenia.
Mniej więcej przez trzy czwarte książki zastanawiałam się, dlaczego ma ona taki tytuł. Owszem zabrakło mi odrobinę wiary w zwycięstwo Nizin, ale ten fakt nie odnosił się do mistycznej części fabuły. Nastąpił jednak moment zwrotny, stanowiący inicjację hołdu dla mroku, a to co się dzieje od tej chwili jest tak nieprzewidywalne i emocjonujące, że bywały momenty, w których robiłam sobie przerwę dla ochłonięcia. Pierwszy raz spotkałam się z takim działaniem autora, przypominało to pochód bólu, determinacji, rozpaczy, honoru i ostatniej ofiary. Akcja przeskakiwała od jednego pola działań wojennych do drugiego, nabierając zarówno większego tempa, jak i rozmachu.
Oczywiście głównym czynnikiem napędzającym w powieści byli jej bohaterowie. Właśnie ich decyzje, postępowanie oraz wiara w to, co robili sprawiła, że ta część była tak niesamowita i – moim zdaniem – najlepsza jak do tej pory. Adrian Tchaikovsy popchnął swoje postacie na krawędź i choć wielu pisarzy stosuje czasem taką metodę kreowania akcji w swoich książkach, autor Cieni Pojętnych robi to na masową skalę. Wyciągnął z nich to, co najlepsze i zmusił czytelnika do zastanawiania się, czy to akcja samobójcza dla kolejnej książki, czy też precyzyjnie opracowany plan dający czyste pole do wykreowania czegoś nowego.
Nie wiem czego mogę spodziewać się po kolejnej części, ponieważ po przeczytaniu “Hołdu dla mroku” nie sposób domyśleć się, co mogłoby być dalej. Z jednej strony bardzo mi się podoba, zaś z drugiej czuję głęboką pustkę, a nawet żal. Taki zabieg autora w pewnym sensie kończy tą historię, jak i z kolejnych tomów czyni wielka niewiadomą. Pełne emocji i zaskakujących rozwiązań zakończenie jednocześnie zachwyciło mnie, jak i wypaliło wszelkie nadzieje na spotkanie ulubionych bohaterów choć jeden jedyny raz razem.

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu Rebis.

Tytuł: Hołd dla mroku
Autor: Adrian Tchaikovsky
Liczba stron: 464
Wydawca: Rebis