Lare-i-t’ae – recenzja

Było już „Tae ekkejr!” (Nie umrzesz!) Eleonory Ratkiewicz. Przyszła zatem pora na drugą część opowieści – „Lare-i-t’ae” (Znajdź siebie).

Ci, którzy nie czytali pierwszego tomu, mogą się czuć trochę zagubieni, jeśli od razu sięgną po drugi. Po prostu w wielu przypadkach nie będą wiedzieli, o co chodzi. Chodzi zaś o przyjaźń, o ratowanie świata, o miłość. Wszystko okraszone dużą ilością magii.

Młody elf Enneari – bo przecież 300 lat to jeszcze zupełny szczeniak –  ma bowiem ludzkiego przyjaciela, Lermetta – obecnie już króla Najlissu, jednego z ośmiu sprzymierzonych królestw. Enneari nie może pogodzić się z jego ze śmiertelnością i postanawia zrobić coś, by go nie stracić na rzecz kostuchy. Istnieje na to sposób, praktycznie zapomniany przez ludzi, ale elfy swoje wiedzą. Zatem jako ambasador wraz z grupą dobranych przyjaciół wybiera się z wizytą do Lermetta, pełen nadziei na uzyskanie dla niego nieśmiertelności. Nie spodziewa się natomiast, że Lermett czeka na niego jak na zbawienie, potrzebując pomocy. Bynajmniej nie dla siebie, a dla świata, nad którym zawisła straszliwa groźba. Wszyscy muszą się zjednoczyć, by nie ulec zagładzie.

Brzmi to nieco banalnie, przecież tak jest w wielu innych książkach. Mnie się jednak podoba. Lubię czytać o takich rzeczach, ekscytować się nimi, ale nie nazbyt przesadnie.

Książka jest bowiem spokojna, akcja nie gna na łeb, na szyję, ale wciąga. Osobiście przypomina mi trochę opowieści z pogranicza, powieść rycerska, ale z domieszką magii. Nie oznacza to jednak, że jest nudna. Opowieść o grupie zwariowanych elfów, biednej księżniczce, podłym zdrajcy i Jego Wszechwiedzącości krasnoludzie, powinna trafić w gusta czytelników. Gdy jeszcze dołożymy piratów, koczowników, wilkołaki, młodocianego maga, wiadomości o krasnoludzkich kobietach – to już wciągnie każdego. Szczególny nacisk położyłabym na te wiadomości o kobietach – po prostu mnie zatkało, gdy autorka wyłożyła mi o nich całą prawdę. Ich przygody, mimo pewnej powolności, opowieści wciągają czytelnika w opisywany świat.

Jego konstrukcja jest co prawda dość prosta, nie ma w niej nic niezwykłego, ale przynajmniej mogłam się w niej odnaleźć, od razu załapując, co jest czym. Rozwikłując zagadkę, kryjącą się pod słowami lare-i-t’ae (nie zaglądałam przy tym do przypisów, by to sprawdzić). Podziwiając bohaterów pozytywnych i z odrazą myśląc o tych negatywnych. Kibicując tym dobrym w ich walkach o zwycięstwo i zastanawiając się cały czas, czy Enneariemu uda się zrealizować swoje zamierzenia. Przeżywając przy tym niesamowite przygody. Może nawet znajdując szczęście – nie od dziś wiadomo przecież, że bez pięknej dziewczyny nie ma dobrej książki rycersko-magicznej. Nazwałam ją tak, bo nie umiem znaleźć odpowiedniego określenia na to, o co mi chodzi. Mianowicie o coś w stylu magia i miecz, ale niezupełnie. O coś bardziej sprecyzowanego, coś w stylu pana Wołodyjowskiego, coś jak opowieści z Kresów, takie trochę nostalgiczne, kojarzące się z dumkami, tylko z magią w tle.
Bardzo się cieszę, że mogłam przeczytać ponownie o przygodach Enneariego, Lermetta i całej rzeszy nowych bohaterów. Ciekawa jestem, czy będą miały kontynuację, bo teraz właściwie stanowią zamknięta już całość. Całość na spokojne wieczory, spędzone z książką na kolanach.

tytuł: Lare-i-t’ae
data wydania: maj 2012
tytuł oryginału: Lare-i-t’ae
ISBN-13: 978-83-7574-592-4
wymiary: 125 x 195
oprawa: miękka
seria: Obca Krew

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Fabryce Słów