Królewna Śnieżka i Łowca – recenzja

Nie ukrywam, że czekałam na “Królewnę Śnieżkę i Łowcę” z niecierpliwością, a wszelkie oglądane wcześniej zwiastuny w tym nie pomagały, bo obiecywały zapowiadającą się świetnie mroczną opowieść zachowaną w kanonie baśni. Mrocznie było, to trzeba przyznać. Powaga filmu, poza pewnymi elementami humorystycznymi, zachowana była konsekwentnie do samego końca i to również mi się podobało. Poza tym twórcy wiedzieli, do kogo skierowany jest film – do widza bardziej dorosłego – i ta koncepcja też nigdzie po drodze się nie zagubiła.

Kostiumy, scenografia, ujęcia – po prostu cud nad cudami. Jest pięknie, a sceny raz skrzą się od ilości kolorów, by w innych ukazać wszechobecną szarość oraz ciemność. Wszystko jednak wygląda bardzo ładnie, dzięki czemu cały obraz cieszy oko. Kto widział jakiekolwiek zdjęcia z filmu, ten z pewnością zauważył, że największy podziw wzbudzają stroje Królowej. Są nowatorskie, świetnie dopracowane, a Charlize wygląda w nich niesamowicie. Zdecydowanym minusem, jak dla mnie, było poddanie się tej nowej modzie na ujęcia scen walki z latającą kamerą gdzie i na co popadnie, które wcale nie powodują, że cała akcja nabiera bardziej żywiołowego i dynamicznego wyrazu, tylko zwyczajnie wkurza i odbiera przyjemność z jej oglądania.

Muzyka natomiast zwraca uwagę już samym tym, że na początku było jej bardzo niewiele. Jej brak w moim przypadku podziałał na plus, gdyż dzięki temu zabiegowi sceny te wywarły na mnie silniejsze wrażenie. Później bywało różnie, niektóre ścieżki nie wyróżniały się w jakiś szczególny sposób, inne zaś umiejętnie podkreślały toczące się wydarzenia i potęgowały emocje. Na uwagę zasługuje piosenka z napisów końcowych, czyli Florence and the Machine – “Breath of Life”, którą, jako fanka tego zespołu, polecam z wielką miłością.

Jako że film jest ekranizacją baśni, i to nawet jeśli jej bardziej mrocznego zapisu, to wciąż pozostaje problem w postaci znajomości przez prawie wszystkich widzów tego, jak się cała historia zakończy. Twórcy musieli więc w jakiś sposób nas zaskoczyć i pokazać inną, bardziej realną stronę Królewny Śnieżki, skąd zapewne pochodzi pomysł na wykonanie filmu w formie zbliżonej do tradycyjnego heroic fantasy. Wszystko pięknie i ładnie, końcowe wydarzenia jednak może i przejdą w Śnieżce, lecz w przeciętnym fantasy zbrojny atak prowadzony w pierwszym szeregu przez kompletnie zieloną w walce pannicę jest nie do przetrawienia. Poza tym, co tu ukrywać, w taki typ filmu trzeba też umieć się wczuć i dać się porwać fali emocji oraz przymknąć oko na niektóre wzniosłe retoryki, gdyż będąc przesadnie marudnym można się nim jedynie zmęczyć.

Pozostając w temacie fabuły, chciałabym się jeszcze podzielić tym, co mnie najbardziej rozczarowało w “Królewnie Śnieżce i Łowcy”. Otóż zabrakło mi ukazania, w jaki sposób ukształtowała się więź pomiędzy Śnieżką i karłami oraz Łowcą. Zabrakło poświęcenia chociaż minimum więcej czasu na pokazanie, jak bohaterowie stają się nawzajem dla siebie towarzyszami, przyjaciółmi oraz osobami, które zaczęły sobie ufać i na sobie polegać. Nie zapominajmy przecież, że tę pierwszą, najpotrzebniejszą pomoc i akceptację, młoda królewna uzyskała u chwiejnego moralnie Łowcy oraz karłów, którzy podążali za nią do samego końca.

Zostawmy jednak za sobą kwestie techniczne i przyjrzyjmy się poszczególnym postaciom. O filmowej Królowej, czyli Charlize Theron, w każdej recenzji możecie przeczytać peany wychwalające jej kunszt aktorski. Jak najbardziej zresztą zasłużone. Ravenna, pomimo fantastycznej otoczki i władania magią, sprawia wrażenie osoby niezwykle przyziemnej i realnej. Podąża za nią nie tylko sama ambicja bycia najpiękniejszą, ale o wiele bardziej złożone cele. Zemsta, nienawiść do mężczyzn, żądza władzy i przywiązanie do piękna, które traktuje jako jeden z atrybutów władzy – to wszystko zostało zagrożone przez Śnieżkę, która miała stać się przyczyną jej klęski. Charlize jako władczyni jest głośna, bezlitosna, przechodzi w stan furii z prędkością światła, przez cały ten czas będąc na granicy prawdziwego szaleństwa. Świetna rola zagrana mistrzowsko.

Wobec tytułowej Królewny Śnieżki odgrywanej przez Kristen Stewart miałam pewne obawy. Daleka jestem od bycia fanką sagi “Zmierzch”, a jednak nie chodziło o zdolności aktorskie, ponieważ myślę, że Stewart jest całkiem niezła. Niestety jej maniera grania, gesty i mimika twarzy tak bardzo zapadły w pamięć po bombardowaniu nas zdjęciami oraz filmikami z jej roli Belli, że chyba już wszędzie będę widziała echo tej postaci w jej grze aktorskiej. Przez większość czasu nie miałam wobec niej większych zastrzeżeń – ba, nawet uważam, że pierwsza scena w Mrocznym Lesie została przez nią zagrana świetnie i byłam naprawdę pod wrażeniem. W końcówce filmu moja dobra opinia zaczęła niestety sukcesywnie zanikać, by w końcu pozostać jedynie wspomnieniem. Nie jest to wina samej aktorki, ponieważ scenarzyści zdecydowanie nie pozwolili na rozwinięcie się tej postaci tak, jak pozostałym. Przez cały film Śnieżka nie wypowiada jakiejś znaczącej ilości słów, a pod koniec, gdy zaczyna przejawiać większą śmiałość do prowadzenia dialogów, to wolelibyśmy, żeby ponownie zamilkła.

Przeczytałam również mnóstwo negatywnych opinii o urodzie Kristen, która jako Śnieżka powinna być piękniejsza od Królowej. Ja podeszłam do tej kwestii nieco inaczej. Dla mnie Śnieżka, prócz zewnętrznego piękna – bo nie mówcie mi, że Stewart jest jakimś ostatnim brzydalem – odznaczała się przede wszystkim pięknem w sercu, związanym z jej czystą i niewinną naturą. Tak, zdaję sobie sprawę, jak to brzmi, a jednak na tym polegała jej siła i zdolność do powstrzymania Królowej oraz możliwość uzdrowienia zniszczonej ziemi. Jakoś wielce aspekt mi ten nie przeszkadzał, baśń to baśń, pewne rzeczy więc najlepiej jest traktować umownie.

Kolejna postać, która pójdzie pod lupę, to Chris Hemsworth w roli Łowcy. Mówcie sobie, co chcecie, ale ja mam zwyczajnie słabość do tego pana. Uważam, że aktor ten jako Łowca wypada bardzo przyzwoicie, a jego kreacja odpowiadała moim wyobrażeniom. Jest uroczo gadatliwy i nawet kiedy płacze, to ja mu wierzę i mam ochotę poryczeć się razem z nim. Koniec kropka. Jak widzicie, to już wrodzona sympatia.

Sam Claflin odgrywający postać Księcia jest taki, jaki bajkowy Książę w zasadzie być powinien. Czyli: kochany, przystojny, pełen młodzieńczego zapału i chęci walki, odważny itepe itede. Jest taki, jaki być powinien, czyli jak dla mnie to mógłby sobie w ogóle nie być. Zagrał porządnie, ale mojego serca na pewno nie poruszył, choć myślę, że to wina charakterystyki tego bohatera.

Brat Królowej, czyli Finn (w tej roli Sam Spruell) to już inna para kaloszy oraz bardziej kontrowersyjna postać. Jest zepsuty, posłuszny jak pies, okrutny, ale jednocześnie nie do końca jednoznaczny. Tutaj twórcy poszli w większy realizm postaci. Pokazali pokrętne relacje między rodzeństwem oraz wskazali, jak szaleństwo siostry mogłoby wpłynąć na charakter słuchającego jej we wszystkim brata.

I w końcu – choć niech Was to nie zmyli – dochodzimy do siódemki “pociesznych” karłów (tudzież krasnoludów), w których role wciela się cała plejada gwiazd (między innymi Ian McShane, Bob Hoskins, Ray Winstone, Nick Frost i Eddie Marsan). Stanowią oni jedyny humorystyczny element filmu, ale zdecydowanie nie są to te małe, słodkie ludziki, które z uśmiechem na twarzy i radosną piosenką na ustach podążają za Śnieżką. Więcej szczegółów nie chcę zdradzać, lecz, skupiając się na samej grze aktorskiej, mogę przyznać, że utworzyli niezwykle barwną grupę.

W ten sposób, moi drodzy, dochodzimy do podsumowania tej rozwlekłej recenzji. Uważam, że film jest świetny, piękny, z mnóstwem bardzo dobrze zagranych ról oraz mrocznym klimatem, który naprawdę mi się podobał. Jednocześnie był dla mnie rozczarowaniem, głównie odnośnie fabuły, ale także dlatego, że po obejrzeniu całości nie mogłam pozbyć się wrażenia, że czegoś mu brakuje. Polecam jednak przekonać się o tym fakcie samemu, a na przyszłość przestrzegam (szczególnie siebie!) przed zbyt częstym oglądaniem trailerów tego samego filmu.

Premiera: 1 czerwca 2012 (Polska), 31 maja 2012 (świat)
Reżyseria: Rupert Sanders
Scenariusz: Evan Daugherty, Hossein Amini, John Lee Hancock