Czaropis 2 – recenzja

Jakiś czas temu wpadł mi w ręce „CzaropisBlake’a Charltona. Opis kusił, zachęcał, więc przeczytałam i – cóż – małe rozczarowanie przeżyłam. Bo, choć to niby nowe było,  to jednak całkiem sztampowe – ukryty spadkobierca, zagrożenie świata, walka… Wielkich lotów w tej książce nie dostrzegłam, ale najgorsza też nie była i czytać się dawała. Dlatego, gdy na rynku pojawił się drugi tom „Czaropisu”, chciałam go poznać, bo nie lubię niezakończonych opowieści. Na wielkie przeżycia się jednak nie nastawiałam.
I może to dobrze, bo przeżyłam miłe zaskoczenie. Poziom książki różni się zacznie od poziomu tomu pierwszego – powieść jest zwyczajnie lepsza.
Jednak nie polecam zaczynania lektury od drugiego tomu – bez znajomości pierwszego wielu rzeczy się nie zrozumie, jak to zwykle z kontynuacjami bywa.
O tym, że świat na językach stoi – i to całkiem dosłownie – dowiedziałam się już z pierwszego tomu. Czary – to odpowiednia znajomość któregoś z magicznych języków, a ten, kto takim językiem włada, jest magiem. Niestety, zdarzają się też kakografowie – czyli ci, którzy swoim dotykiem psują język magiczny.
Taką osobą jest Nikodemus – niedoszły mag, zbieg z Akademii w Starhaven. Znany językowy psuja, uznany przez wielu za największe zagrożenie świata, za tego, który doprowadzi do zagłady, czyli za Nawałnika Burzowego, niszczącego wszystko i wszystkich, zabijającego samym swoim dotykiem. To dlatego, że zna prajęzyk, a pewien demon o imieniu Tajfon ukradł mu zdolność poprawnego pisania, a więc i poprawnego czarowania. Umieścił ją w szmaragdzie-amulecie i wykorzystuje do własnych, niecnych celów.
Od przygód opisanych w tomie pierwszym minęło już 10 lat. Nikodemus uciekł z pod władzy magów, przeżył, okrzepł i walczy z demonem o odzyskanie amuletu, bo bez niego czuje się niepełny. Ale nie powiedziałabym, żeby on sam zbytnio się zmienił, przynajmniej na początku książki. Dalej zachowuje się jak rozpuszczony smarkacz – niby można go trochę usprawiedliwić ciężkimi przeżyciami, ale naprawdę tylko trochę. Nieważne, co mu mówią inni, on swoje wie i już. W dodatku jest też dość naiwny i niektóre jego zachowania wołają wręcz o pomstę do nieba. Szczególnie ufność w stosunku do kobiet, choć trzeba przyznać, że często ma się zaufanie do płci przeciwnej, a zwłaszcza takiej, która się podoba. :-)
Na szczęście autor wprowadził kilka nowych postaci.
Wręcz urzekła mnie Francesca – jej osoba to naprawdę dobry pomysł. Uzdrowicielka, rzucona w sam środek niebezpieczeństw. Bez jej komentarzy, przekomarzań oraz zachowań książka byłaby o wiele słabsza, a i oprócz tego jest ona postacią dość tajemniczą. Inaczej jest z Cyrusem – wielkich tajemnic nie ukrywa, ale dodaje całej książce smaczku; ten trzeci jest zawsze pożądany…
Oczywiście, postaci jest o wiele więcej, a w miarę rozwoju akcji dowiadujemy się o nich ciągle interesujących rzeczy. Bez nowych magów, hierofantów, kanonistów, likantropów nie byłoby tak ciekawie, a przecież starzy bohaterowie też mają coś do powiedzenia. Deidre i jej bogini Boan, Tajfon, koboldy – wszyscy tu coś wprowadzają od siebie, sprawiając, że książka staje się ciekawsza i ciekawsza.
Przy tym poznajemy też nowe aspekty dotyczące języka, a niektóre z nich naprawdę potrafią mocno zaskoczyć.
W każdym razie – akcja toczy się naprawdę szybko, może nawet za szybko, bo autor gna i gna, przeskakując z miejsca na miejsce, z osoby na osobę, nie pozwalając się nudzić. Rzecz dzieje się się już nie w murach Akademii magicznej, ale w świecie, pomiędzy ludźmi. Co prawda, jego opis nie jest za mocno rozbudowany, ale i tak jest lepiej niż w poprzednim tomie.
Mogłoby się zdawać, że znowu wszystko będzie proste, łatwe do odgadnięcia itp. itd., jak to zwykle w takich książkach bywa, ale tym razem autor się lepiej postarał i przygotował czytelnikom sporo niespodziewanych zwrotów akcji. A już zakończenie zaskoczyło mnie kompletnie – w życiu bym takiego nie przewidziała, co poczytuję za duży plus – lubię być zaskakiwana.
Rzecz jasna, jest też uczucie – jak by go miało nie być. Jest nawet rywalizacja dwóch samczyków o samiczkę, ale na szczęście nie ma rozbuchanego erotyzmu w stylu on, ona i taka pozycja. Więcej mamy flirtu, zalotów, przekomarzań, czyli tego, czym się zauroczenie przejawia.
I może również dlatego ten tom podobał mi się o wiele bardziej. Przyzwyczaiłam się nawet do wymyślnych nazw językowych i już nie musiałam za każdym razem sprawdzać, co znaczy co, ani czerwienić się na myśl o własnej nieznajomości pojęć. Zaletą powieści jest też jej objętość – lubię takie tomiszcza, które mnie nie nudzą, a których nie kończy się czytać już po pięciu minutach.
Natomiast nie podobało mi się, że jest to znowu kolejny tom o przygodach w świecie językowych czarów. Kiedy będzie następny – na razie nie wiem, a już między pierwszym i drugim spory odstęp czasu zaistniał. Wiem, wiem, książki nie pisze się z dnia na dzień, ale… ale chciałabym już być poinformowana, żeby sprawdzić co tam u Nikodemusa się dzieje. Bo naprawdę lubię znać zakończenia.

Tytuł: Czaropis tom 2

Autor: Blake Charlton

Tytuł oryginału: Spellwright
Data wydania: 20.09.2010
Format: 125mm x 195mm
Liczba stron: 608

Seria: Nowa Fantastyka
Oprawa: miękka