Piątkowe spowiedzi Gavrana cz. 4

Books-1-icon

Dzisiejszą spowiedź można podsumować jednym, pięknym powiedzeniem – home sweet home. Przed naszymi redaktorami postawiono zadanie wytypowania książki, która przypomina im o domu.

Czy powieść została odziedziczona po rodzicielce? A może, pod groźbą śmierci, kazał się w nią zaczytywać brat? Jak to się mówi – “Tam dom Twój, gdzie… książka Twoja”. ;-) Nie pozostaje nam więc już nic innego, jak życzyć miłego zapoznawania się z naszymi domowymi ulubieńcami.

Pytanie 4 – Książka, która przypomina Ci o domu.

KOMETA: Książki Joanny Chmielewskiej. Trudno mi wybrać jedną konkretną, choć preferuję “starą” Chmielewską, ponieważ nowe jej powieści nie są już takie fajne. Książki Chmielewskiej odziedziczyłam po mamie, ona je uwielbiała. Oddała mi je z oporami oraz przykazaniem, że mam o nie dbać. Ostatnio zaczęłam kolekcjonować je od nowa, w nowych wydaniach, bo obie mamy do nich duży sentyment, a stare wydania, mimo moich starań, już się rozlatują. Te książki kojarzą mi się z rodziną, a rodzina kojarzy mi się z domem, z moim miejscem na ziemi. Także nie wyobrażam sobie mojego domu bez tych książek, to jedna z niewielu fascynacji, które dzielę z moją mamą.

DESTRAKSZYN: Jestem domatorem, domofilem, domoholikiem. Lubię spędzać czas w domu, kręcić się po mieszkaniu, tam przesunąć coś, tu zgarnąć kurz, potem znowu się ulokować byle gdzie i siedzieć. Ale nie sama, bo dom przecież to nie tylko miejsce, to przede wszystkim ludzie. Zatem, jaka książka najbardziej kojarzy mi się z domem, z rodziną? Mam takie dwie. Pierwsza – to powieść „Biały kieł”, której – zdziwicie się – nigdy nie czytałam. Ale dlaczego? Ponieważ odkąd wyrosłam z kolorowanek i zaczęłam czytać „na poważnie”, mój ukochany dziadek od razu podetknął mi pod nos to właśnie dzieło. Kiedyś przeczytam. Obiecałam. Ale to chyba się nie liczy, zatem wymieniam „Koniec wakacji” Janusza Domagalskiego. Trudno mi wyrazić, dlaczego – powód leży chyba w tym, że koniec wakacji to końcówka sierpnia, a ten miesiąc od zawsze kojarzy mi się z powrotami z wyjazdów – do domu. Oraz z leniwymi, ciepłymi wieczorami i nocną, swojską ciszą mojego miasta.

OKSA: Des, bardzo piękne schorzenie i bardzo chętnie przeze mnie pielęgnowane. Tam dom twój… gdzie wygodny fotel, dobra książka i kochany człowiek się znajdują ;) Tu się cofnę jednak jeszcze do czasów zamieszkiwania domu moich rodziców, bo od razu z tym mi się skojarzyło to pytanie. Jest lato, nie trzeba chodzić do szkoły, odbębniłam najpilniejsze sprawy dla domu, a teraz siedzę w fotelu, z kasety w magnetofonie płynie cicho jakaś skoczna nuta, a ja trzymam w rękach “Nie licząc psa” Connie Willis, czytam ją i chichram się pod nosem. Ach, życie jest takie piękne!

CZAROWNICA: Czytaj Des “Białego kła”, bo to po prostu piękna książka. I naprawdę warta przeczytania, miał rację dziadek, kiedy Ci ją podsuwał. Mnie z domem kojarzy się z kolei “Stara baśń”. Moi rodzice mieli na półce sporo książek Kraszewskiego, ale mnie spodobała się tylko jedna z nich – właśnie “Stara baśń”. Co prawda, niektóre fragmenty mocno mnie nudziły, ale większość akcji całkiem nieźle sobie wyobrażałam. I może dlatego tak mi się nie podobała ekranizacja. ;-)

BLAIR: Dla mnie jest to “Felix Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi” autorstwa Rafała Kosika. Pamiętam, że u mnie w domu zawsze gościły książki. Najwięcej czytała mama i to chyba właśnie ona zaraziła tym mnie i mojego młodszego brata. Czytywaliśmy jednak różne powieści, dopóki mój braciszek nie sięgnął po cykl FNiN. Tak długo zachwalał te książki i wprost domagał się, abym przeczytała je i ja, że w pewnym momencie dla świętego spokoju to zrobiłam. Wciągnęłam się. Od tamtego momentu zwykle czytujemy te same rzeczy, na zmianę oczywiście, najlepiej przesiadując w tym samym pomieszczeniu. Później wymieniamy się uwagami i spostrzeżeniami. To niesamowite! Do dzisiaj sądzę, że to właśnie ta książka zbliżyła mnie do Młodego. Cóż… dom to przede wszystkim ludzie, których kochamy. Dobrze jest posługiwać się w nim tym samym językiem.

WIEDŹMA Z BAGNA: Dla mnie to nie będzie jedna książka, a jeden autor: Karol May i jego cały cykl przygód Winnetou i Old Shatterhanda. To były książki, które podstępnie wykradaliśmy sobie wzajemnie z tatą, a wolną chwilą, cichaczem, próbowała nas oboje wykołować mama. Ja czytałam już wtedy najszybciej, więc, jak tylko któreś z nich obijało się przy lekturze, ewentualnie nierozsądnie porzucało ją gdzieś na chwilę, bezwzględnie wykorzystywałam każdą możliwość zagrabienia książki dla siebie :-P To był fantastyczny okres w moim życiu…

Trochę się tu wszystkie rozmarzyłyśmy, dlatego za tydzień będzie czas, by zejść na ziemię ;-)