Piątkowe spowiedzi Gavrana cz. 11

Books-1-icon

Skoro już jesteśmy przy erze paleozoiku (dla co poniektórych) i mimo wszystko udało się od wielu członków szacownej redakcji wyciągnąć odpowiedzi na temat pierwszej przeczytanej przez nich pozycji (jesteśmy pod wrażeniem), to pójdziemy dzisiaj o krok dalej i wydrzemy z nich zeznania na temat książek, które sprawiły, że zarazili się czytaniem. Proszę o skupienie, mili państwo, bo oto przed Wami szansa na zarażenie opornej koleżanki czytelnictwem (z kimś przecież musisz dzielić się wrażeniami), swoich dziatek wprowadzenie w cudowny świat pierwszych powieści i opowiadań, a może nawet przekonanie tego upartego kumpla, że słowo czytane może być całkiem ciekawie wykorzystane nie tylko w grach RPG (szacowna redaktorka przyznaje jednak, że również ma do nich słabość). Zaczynamy!

Pytanie 11 – Książka, dzięki której zaraziłeś/aś się czytaniem.

KOMETA: Teoretycznie był to “Większy Kawałek Świata” Chmielewskiej oraz kolejne z jej arsenału kryminałów z przymrożeniem oka, ale w praktyce, ta książka sprawiła, iż czytałam jedynie Chmielewską. Długo się bałam postąpić w inne rejony, nie naznaczone jej piórem. Tak naprawdę mój czytelniczy głód nie rozbudziła żadna książka, a… manga. Komiksy zawsze lubiłam czytać, a już mangi w szczególności i zakochałam się w “Angel Sanctuary” autorstwa Kaori Yuki. Po zapoznaniu się z tym tytułem odczuwałam przemożną potrzebę dalszego zagłębiania się w świat angel fantasy i tak w me ręce wpadł “Siewca Wiatru” Kossakowskiej, a potem “Kłamca” Ćwieka. I to właśnie te dwie książki sprawiły, że poszerzyłam swoje czytelnicze horyzonty oraz chciałam więcej, i to bardziej zróżnicowanego materiału do czytania.

BLAIR: Jestem całkowicie pewna, że gdzieś tam, na tym pięknym świecie, istnieje osoba, która przeczytawszy moją odpowiedź na to pytanie, będzie miała wielką ochotę mnie ukrzyżować. Książka, która zaraziła mnie czytaniem był … “Zmierzch” pióra pani Stephanie Meyer. Teraz pewnie pomyślicie: “Serio? Pewnie tak jej się nie podobało, że zapragnęła przeczytać coś lepszego”. Hmmm… właśnie nie. Moim mrocznym sekretem jest to, że swoimi czasy uważałam tę książkę za naprawdę dobrą. Mówi się, że gust nie podlega ocenie, może nie, ale ja uważam, że jest to rzecz, którą cały czas się kształtuje. Dlatego do dzisiaj darzę “Zmierzch” pewnym sentymentem. Jest to książka, dzięki której mogłam, w późniejszym czasie, przeczytać wiele innych, wartościowych i wciągających powieści.

OKSA: Blair, spokojna głowa, bo pomimo mojej niechęci wobec tego cyklu w pewien perwersyjnie dziwny sposób mam sentyment do jego pierwszej części ;-) Dla mnie natomiast to była seria “Przygody Trzech Detektywów” napisana przez kilku autorów, ale sygnowana nazwiskiem Alfreda Hitchcocka. Zawsze miałam ciągoty w kierunku słowa pisanego, już wcześniej zdarzało mi się co nieco sobie poczytywać, ale ten cykl pamiętam szczególnie dobrze do dziś (a zaczęłam go czytać gdzieś w pierwszych klasach podstawówki) i tym samym uważam go za idealnego dla młodego człowieka, który dopiero zaczyna swoją przygodę z czytelnictwem.

AISA: I tu moja pamięć płata mi figle. U mnie to faktycznie dziwna sprawa, bo książki zawsze były obecne w moim domu, ale ja do 7-8 roku życia byłam zawziętym ignorantem słowa pisanego. Nie wiem jak to się stało, że sama z własnej i nieprzymuszonej woli zaczęłam czytać książki. Pamiętam wiele tytułów z młodzieńczych lat, ale nie jestem wstanie jednoznacznie wskazać jednej pozycji, która w odpowiedni sposób zaciekawiła dziecko, które zbratało się z książkami, a przyjaźń ta przetrwała po dziś dzień.

DESTRAKSZYN: Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, chyba od zawsze coś tam czytałam albo ktoś czytał mi. Ciągoty do książek poszły genami, jak mi się wydaje, choć muszę przyznać, że podobnej obsesji w mej rodzinie nikt jeszcze nie miał. Aczkolwiek, jeśli mam wskazywać, to wymienię „Ostatnią przygodę” Eugeniusza Dębskiego. Przeczytałam tę książkę po dość długiej, rocznej suszy literackiej, skrapianej jedynie lekturami, i już po pierwszych dwudziestu stronach zrozumiałam, że to jest to – mój ukochany autor na wieczność. I właśnie to elektryzujące uczucie znów pchnęło mnie w ramiona czytania i gromadzenia książek na własność.

CZAROWNICA: Nie umiem tego sprecyzować, no nie umiem i już. Właściwie, można chyba powiedzieć, że czytaniem zaraziłam się już od pierwszego kopa, więc chyba od pierwszej przeczytanej książki. Tyle że nie pamiętam, jaka to książka była. Zostańmy więc przy “Białym kle” Jacka Londona.

WIEDŹMA Z BAGNA: U mnie był to wzmiankowany “Tomek w krainie kangurów” Szklarskiego. Potem wciągałam już w zasadzie wszystko, jak odkurzacz. Zdecydowanie najpóźniej odkryłam fantastykę, za to ta fiksacja mi się utrzymuje.

SOPHIE: Tak naprawdę, naprawdę zaraziłam się czytaniem dopiero parę lat temu. Nie jestem pewna, od jakiej książki się zaczęło – mogły to być “Opowieści z Narnii” C. S. Lewis, “Władca pierścieni” Tolkiena lub, i jest mi strasznie z tym źle, bo swego czasu podobała mi się ta książka (to było dawno i nieprawda), “Zmierzch” Meyer. Wiem jednak, że do mojego uwielbienia dla książek przyczyniła się moja ciocia, która pracuje w bibliotece, i która bardzo często zabierała mnie ze sobą, więc wychodziło na to, że spędzałam wśród książek po kilka godzin dziennie.

Dobra, starczy tych przypominajek!