Dziedzic wojowników – recenzja

Wiele powieści młodzieżowych jest tworzonych na zasadzie pochwycenia jednego schematu i kurczowego trzymania się go aż do finału, czasami z istotnymi modyfikacjami samej fabuły, czasami wręcz prowadzenie jej prostą aż do bólu drogą, byle móc wysłać rękopis do wydawcy i mieć co włożyć do garnka. Cinda Williams Chima nie miała się czym pochwalić już przy swojej poprzedniej serii fantasy wydanej w naszym kraju, a “Dziedzic wojowników” jest – paradoksalnie – jeszcze słabszy.

Schemat fabularny może być czytelnikowi doskonale znany chociażby z serii “Harry’ego Pottera”, czy książek autorstwa Ricka Riordana – głównym bohaterem jest Jack Swift, typowy nastolatek żyjący w niewielkim miasteczku, który przez zwykły splot okoliczności dowiaduje się, że świat nie wygląda tak, jak zawsze sądził, a on sam ma wiele wspólnego z magią – z prawdziwą jej odmianą, nie zaś kuglarskimi sztuczkami pokazywanymi w telewizji.

Odrobinę bardziej obeznany w tego typu literaturze czytelnik zapozna się z całą zawartością książki w bardzo szybki sposób, nawet bez jej otwierania – to wszystko za sprawą dość długiego streszczenia z tyłu książki. Dopowiedzenie sobie faktów tam niezawartych będzie okupione tylko minimalnym wysileniem wyobraźni. Jedynie scena finałowa w małym stopniu się odbija od schematów, w których powieści się aż roi. Ale podkreślmy w tym zdaniu słowo “małym”.

“Dziedzic wojowników” to finalnie dwa w jednym – powieść o (niezbyt) typowym życiu przeciętnego amerykańskiego nastolatka (potężna część książki poświęcona jest między innymi jego szkolnym perypetiom) dość szybko przeradzająca się w naciągany magiczny survival. Autorka mogłaby stworzyć wizję historii, w której główny bohater zostaje rzucony w wir wydarzeń za sprawą inną niż magiczne dziedzictwo i niezwykła jego wartość dla obu zwaśnionych rodów w wojnie, która swoją genezę ma jeszcze w średniowiecznej wojnie Dwóch Róż.

Jak to w powieści z elementami klasycznego fantasy bywa, sporą część całokształtu książki zajmuje magia i fechtunek. O ile jednak pierwszy element jest bardzo ubogi i ma za zadanie w powieści jedynie “robić za tło”, o tyle nie można już przemilczeć skandalicznego wręcz potraktowania przez autorkę pojedynków na broń białą. Te stworzone zostały na zasadzie “walka rozpoczęta – walka skończona”, bez praktycznie żadnego wdawania się w szczegóły na temat trwającego właśnie pojedynku. Nie lepiej rzecz ma się w finale, który jest oparty w całości praktycznie na tychże starciach właśnie – w powieści Chimy poważne, brutalne pojedynki sprowadzają się do paru szturchnięć i machania mieczem niczym siekierą.

Samo osadzenie elementów fantasy w “Dziedzicu wojowników” jest… złe. W całej książce ciężko znaleźć scenę, w której świat magiczny i rzeczywisty współgrałyby ze sobą w taki sposób, by granica między nimi nie była zauważalna. Podczas lektury nieustannie widać, że coś między nimi jest nie tak, a autorka nie potrafi zbudować swojej wizji w taki sposób, by czytelnik nie miał wrażenia, że czyta dwie powieści rozgrywające się równolegle obok siebie, które na dodatek wyszły spod dwóch zupełnie różnych piór.

“Dziedzic wojowników” to powieść przede wszystkim niebywale nudna – bynajmniej nie pomogło jej poprowadzenie przez autorkę fabuły według wyeksploatowanych do cna schematów, jakich pełno w tego typu książkach dla młodzieży. Potraktowanie po macoszemu jej najważniejszych elementów – fechtunku i magii – jest także kolejnym zaprzepaszczeniem potencjału i sprowadzeniem powieści do poziomu marnego, taniego czytadła. Gwoździem do trumny jest zaś niezwykle nieumiejętne rozdzielenie realizmu od fantastyki – w taki sposób, że całość ciężko czytać jako jeden twór, nie zaś dwie powieści w jednym.