“Długa Ziemia” Terry Pratchett, Stephen Baxter – o książce słów kilka

Do książki „Długa Ziemia” wydanej przez Prószyński i S-ka przyciągnęły mnie nazwiska autorów – Terry’ego Pratchetta i Stephena Baxtera.

Zastanawiałam się, co też razem stworzą, bo stylem pisania mocno się przecież różnią, i oczywiście miałam nadzieje, że będzie to coś niepospolitego. Nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam, w żadnym wypadku. Może nie tak ją sobie wyobrażałam, ale “Długa Ziemia” jest naprawdę dobra.

Zaczyna się od opisu umieszczonego w sieci – jak zrobić krokomierz. A to bardzo proste – wystarczy parę drucików i ziemniak. I już – przed ludzkością stoją otworem niezliczone ilości światów – a wszystkie to różne postacie naszej, podstawowej Ziemi. Po cóż więc człowiek, żyjący na przeludnionej, stechnicyzowanej planecie, ma ruszać na podbój kosmosu. Wystarczy, że zrobi krok i ma dla siebie cały nowy świat. Zrobi drugi krok – ma drugi, zrobi trzeci – ma trzeci i tak dalej, i tak dalej.

Ile jest tych światów? Nie wiadomo.

Ciężko jest sobie wyobrazić, jak to wpłynie na życie ludzkości. Kiedy prawie każdy może bez większych problemów znaleźć dla siebie nowe miejsce. Co się stanie z cywilizacją, kiedy zabraknie pracujących ludzi? Jak poradzą sobie oni na tych dziewiczych światach? Przecież to prawie tak, jak wtedy, gdy osadnicy zdobywali Dziki Zachód. Jak na taki exodus zareagują rządy? Żeby rządzić, trzeba mieć kim. Pytań mnoży się naprawdę dużo. W dodatku pewne ograniczenia jednak istnieją, a jednym z tych ważniejszych jest użyte wcześniej słówko „prawie”. Jest bowiem grupa, która przekraczać nie umie.

Jak byście się czuli, gdyby się okazało, że należycie do takiej „upośledzonej” grupy? Nie byłoby Wam lekko, łatwo i przyjemnie, a problemy i niezadowolenie by się mnożyły i mnożyły.

W dodatku nawet „kroczący” się różnią – jedni potrzebują ziemniaka, ale są też tacy, dla których to czynność naturalna, dokonywana bez wspomagaczy. Jedną z takich osób jest główny bohater – Joshua. Zostaje on wynajęty do zbadania jak największej ilości nowych światów, poznania ich mieszkańców i, jeśli to możliwe, znalezienia Ziemi ostatniej. Wyrusza więc w długą podróż z bardzo ciekawym towarzyszem – Lobsangiem. Nie chcę tu opisywać całej książki, bo przecież nie o to chodzi, nadmienię tylko, że Lobsang to postać niepospolita, a samo istnienie jego osoby porusza wiele kwestii, skłaniając czytelnika do rozważań na temat człowieka, jego poczucia odpowiedzialności, przyzwoitości i innych tego typu spraw. Ta książka skłania do rozważań. Napisana jest z pewną nutką sarkastycznego humoru, charakteryzującego Pratchetta, ale i roztacza przed nami pewne wizje, które bardziej kojarzą się z Baxterem.

Bohaterowie właściwie są trochę nudni – może to dlatego, że nie ma tu żadnych supermenów, a osoby bardzo zwyczajne. Choć i to nie zawsze, bo poznajemy istoty uznawane przez wszystkich za fantastyczne, nie są to jednak bohaterowie pierwszoplanowi, raczej epizodyczni. Ale spotkania z nimi – to już inna bajka, potrafi zupełnie zmienić nasze zapatrywania.

Akcja książki nie jest za bardzo porywająca, nie pędzi w zawrotnym tempie, tylko płynie jak spokojna rzeczka. Nie oznacza to jednak, że nie jest ciekawie; owszem, jest, tylko czasem trochę mniej. ;-)
Świat (a właściwie światy) nie są zbyt szczegółowo przedstawione, ale coś o każdym dowiedzieć się można. Czasami to nic ciekawego, czasami wręcz przeciwnie. To dopiero początki, Ziemi jest niewiarygodnie dużo, a każda z nich leży w innym wszechświecie. Jak na razie ludzie zaczynają w każdym z nich badać swoją własna planetę. Co będzie, jeśli kiedyś zaczną badać w nich kosmos? Mam nadzieje, że będzie coś o tym w następnej części. I że ja o tym przeczytam. Na razie zachęcam do sięgnięcia po część pierwszą – warto. Szczególnie, że tłumaczył pan Piotr Cholewa.

Tytuł: Długa Ziemia
Autorzy: Terry Pratchett, Stephen Baxter
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Format: 142 mm x 202 mm, oprawa miękka
Liczba stron: 368
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa