Przebudzenie Lewiatana – recenzja

Przeczytałam egzemplarz recenzencki i, co Wam powiem, to Wam powiem:    CZYTAĆ MIĘ TO! INO WARTKO! NO!   I wcale nie jestem agresywna.
Przebudzenie Lewiatana stanowi klasę samo dla siebie. To jest naprawdę kawał porządnej lektury, krwistej, soczystej, energetycznej. Kiedy to piszę, jawi mi się przed oczyma dobrze wysmażony stek (dobrze, czyli nie za bardzo). Tak, wiem – jestem trywialna, ale ta książka to naprawdę smakowity kąsek. Stanowi idealne połączenie klasycznej space opery z intrygującym kryminałem i mrocznym horrorem, czyli mieszankę, która wbija w fotel (przynajmniej mnie). Jeśli podobał Wam się klimat Ósmego Pasażera Nostromo, to Lewiatan zdobędzie Waszą niepodzielną uwagę. Nie epatuje nadmiernym okrucieństwem i wulgaryzmem, jednocześnie jednak nie fiksując w stronę wyidealizowanego świata, tak często kreowanego w różnych tworach s-f. Pot cuchnie potem, brud pozostaje brudem, córy Koryntu nazywane są krótko acz dosadnie, a strach potrafi sparaliżować. Każda postać, która przewija się przez stronice Lewiatana, ma swój charakter i niepowtarzalną osobowość. Nawet jeśli bierze udział w historii przez jeden czy dwa rozdziały. Nie ma ideałów. A jeśli są, to wkurzające. I bardzo dobrze. Zawsze uważałam, że ideał musi destrukcyjnie oddziaływać na system nerwowy otoczenia.

Ale zacznijmy od początku. Przebudzenie Lewiatana stanowi pierwszą część z cyklu Ekspansja, zaplanowanego przez autora przynajmniej na trylogię. James S. A. Corey, a w zasadzie kryjący się pod tym pseudonimem Daniel Abraham, stworzył swoje dzieło z rozmachem i niesamowitym wyczuciem. W mojej opinii na gorąco: niczego tu nie jest za dużo.Być może później doszukam się jakichś niedociągnięć, ale przecież najważniejsze jest pierwsze wrażenie.

Ciekawie prowadzona jest fabuła. Narracja sprawiedliwie rozdzielona pomiędzy duet bohaterów: Holden – Miller, na bieżąco pozwala nam śledzić rozwój sytuacji. Ten zabieg pozwala autorowi dodatkowo manipulować emocjami odbiorców. Jima Holdena poznajemy, kiedy pełni funkcję pierwszego oficera na holowniku Canterbury, transportującym bryły lodu z pierścieni Saturna do Stacji Pasa Asteroid skolonizowanych przez ludzi (podobnie jak Mars, Księżyc, satelity Planet Zewnętrznych). Bryły lodu – wiadomo – wszak to niezbędna do życia woda w innym stanie skupienia, a pić się chce wszędzie i wszystkim. No i tak sobie latają, latają, aż tu nagle bęc. Niespodziewanka! Ktoś wzywa pomocy w miejscu, gdzie niczego być nie powinno… Jak nic, coś tu brzydko pachnie, ale olać wezwanie – to już pachnie sukinsyństwem.

W tym samym czasie, na Ceres, jednej z planet Pasa, detektyw Miller do swej rutynowej pracy dostaje dodatkowe zadanie. Nie to, żeby usilnie się o nie prosił, ani nawet żeby mu było obojętne. Ale rozkaz jest rozkaz, zwłaszcza nieoficjalny. A później jest już tylko gorzej, albo lepiej, zależy, z której strony popatrzeć. W każdym razie, w tej książce nie ma miejsca na nudę. Potrafi ona całkowicie zawładnąć uwagą czytelnika, a jakieś licho (ciekawość zapewne) pogania, żeby jak najszybciej poznać odpowiedzi na gnębiące człowieka pytania. Albowiem, rzeknę Wam, nie brak tu niejednoznacznych i nieprzewidywalnych sytuacji, a więc tego, co tygryski lubią najbardziej.

Uniwersum, w którym toczy się akcja, jest precyzyjnie skonstruowane – przynajmniej dla mnie,co prawda w tej dziedzinie autorytet ze mnie żaden, ale na moje oko wszystko gra. Jak zwykle kasa rządzi światem i wszystko kręci się wokół władzy. Czyli norma – full real. Ogromne korporacje toczą swoje wojenki, nakręcając rzeczywistość polityczną. Ludzie, jak to ludzie, nie potrafią współistnieć w zgodzie, zawsze znajdą powody do podziału. Jak nie biedni kontra bogaci, czarni-bali, homo-hetero, to Ziemniaki (podoba mi się ) – Pasiarze – Marsjanie. Symbioza wymusza na nich w miarę pokojową koegzystencję, jednakże kruchy pokój naszpikowany jest wzajemnymi animozjami. A to, co czai się w przestrzeni kosmicznej, może diametralnie zmienić układ sił. Pytanie brzmi: Czy ludzkość zdaje sobie sprawę, jakie zagrożenie niesie ze sobą nieznane? I czy ktoś jest w stanie oprzeć się pokusie, kiedy dobro jest wartością względną?

Na szczęście, język, jakim napisana jest powieść, nie jest przetechnicyzowany, a więc przeciętny czytacz bez problemu zrozumie o co chodzi. Ja nie miałam żadnych trudności. Czytało mi się lekko i płynnie. Autor świetnie stopniuje napięcie i umiejętnie podgrzewa atmosferę. Niejednokrotnie poczułam się zaskoczona, gdyż na podstawie dostarczonych przesłanek dochodziłam do całkowicie odmiennych konkluzji niż J. Corey. I to jest mega pozytyw. Drugi to wielowątkowość i naprawdę dynamiczna akcja (wychodzi na to, że to drugi i trzeci). Dodatkowo przeczytałam sobie zamieszczony na końcu fragment drugiego tomu Ekspansji i… zapowiada się świetnie, naprawdę dobrze mu z literek patrzy. Zatem, kiedy ja nie mogę doczekać się tomu drugiego, Wy możecie zacząć marzyć o pierwszym. Zaiste Wasze marzenie zostanie zrealizowane wcześniej niż moje. Co prawda, Fabryka ponownie wycięła niezły numer swoim odbiorcom, dzieląc pierwszy tom na dwie części (ja znam całość hehe). Uważam, że to zgoła niecna praktyka. Zastanawiam się, czy profilaktycznie nie “szczelić focha” w związku z powyższym. Nic to, czytajcie! Nie pożałujecie!

data wydania: 2013-02-08
tytuł oryginału: Leviathan Wakes
ISBN-13: 978-83-7574-728-7
wymiary: 125 x 205
seria: fantastyczna fabryka
 

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 

 
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze