Utracona magia – recenzja

Karen Miller za sprawą swojej dylogii „Królotwórca, królobójca” nie ukazała się polskim czytelnikom z najlepszej strony – historia do bólu przypominająca marne debiuty fantasy, zbudowana na schemacie pt. „od zera do zbawiciela świata”. Seria „Dzieci rybaka” to nic innego jak kontynuacja wątków fabularnych rozpoczętych w dylogii (o czym wydawca na okładce wspaniałomyślnie nie wspomina), zaś sama „Utracona magia” to poniekąd odpowiednik „Zamku Roogna” Piersa Anthony’ego – główny bohater schodzi na drugi plan, a skrzypce przejmuje jego potomek. 

Dla czytelnika posiadającego nawet średnio płodną wyobraźnię historia opowiedziana przez autorkę w „Utraconej magii” nie będzie zaskakująca – wraz z pokonaniem Morga zakończył się jedynie etap w historii królestwa, a kilkanaście lat spokoju było przysłowiową ciszą przed burzą. Wraz z runięciem Muru odgradzającym Lur od świata zewnętrznego, pojawiła się chęć eksploracji tych terenów – jednak żadna z wysłanych tam ekspedycji nie powróciła. Zaś sam Asher, bohater wspomnianej wcześniej dylogii, czuje przez skórę (!), że coś jest nie tak. A stawić temu czoła musi nie kto inny, jak jego syn właśnie, Rafel.

Już lektura jednej tylko powieści Karen Miller nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z autorką wykorzystującą wręcz w brawurowy sposób praktycznie wszystkie schematy obecne najczęściej w kiepskich powieściach fantasy. Nuda i brak najmniejszej szczypty oryginalności i zaskoczenia z „Królobójcy, królotwórcy” nie tylko znalazły dla siebie miejsce w „Utraconej magii” – zagnieździły się one w recenzowanej pozycji zdecydowanie w zbyt dużej ilości.

Złudzeń nie pozostawia około dwustu stron „wprowadzenia” do wydarzeń rozgrywających się w Lur. Połączenie długiego epizodu fabularnego, z którego nie wynika tak naprawdę nic (bo ciężko inaczej nazwać pozbawione wartości sceny z udziałem Rafela czy jego rodziców) byłyby całkiem znośne ze względu na swoją „papkowatość”. Byłyby, gdyby nie kolejny element twórczości Miller ukazany już w pełnym spektrum w dylogii – niesamowita wręcz umiejętność tworzenia postaci papierowych i na dłuższą metę niestrawnych za sprawą swej monotonności.

To właśnie bohaterowie są potężną piętą Achillesową i tak nie najlepszej już powieści. Bezmyślne kukły trzymające się zaprogramowanych czynności – tak najprościej i zarazem najlżej określić można osobowości wykreowane przez Karen Miller. Praktycznie w każdej ze scen, gdzie wymagane jest ukazanie przez ich emocji, widać jedynie dziwną mimikę, mającą zapewne uwiarygodnić ich reakcje. Gdzie leży problem? W bardzo ubogim zakresie zachowań bohaterów, tworzące dwie grupy – dobre i złe emocje. Bez żadnych stanów pośrednich, jakie zdecydowanie dużo lepiej odpowiadałyby kilku sytuacjom (a z pewnością lepiej niż podręcznikowe – i plastikowe jednocześnie – przykłady np. rozpaczy po utracie bliskiej osoby).

Jeśli jednak spojrzeć na powieść z boku po zakończonej już lekturze, to zobaczymy najpewniej puzzle. Każdy jeden element układanki odpowiada innej sferze świata wykreowanego przez Karen Miller – społeczeństwo, magia, prawo i tym podobne. Podczas lektury jednak widać, jak mocno te wszystkie elementy do siebie nie pasują – kiepski warsztat autorki czyni z powieści nieskładną górę klocków, bijących wręcz po oczach swoim niedopasowaniem do reszty. Ciężko stwierdzić, gdzie leży tak fundamentalny problem – nie zmienia to jednak faktu, że wizja autorki zdaje się być wyjątkowo niefortunnie zbudowana, jakby podczas tworzenia uniwersum kilkukrotnie zmieniała tok myślenia, dopisując zupełnie nowe elementy do poprzednich wyników pracy.

Lektura „Utraconej magii” dla czytelnika lubiącego dobre fantasy będzie najprawdopodobniej drogą przez mękę – papierowe kukły zastępujące bohaterów z krwi i kości, fabuła stworzona od początku do końca na podstawie przynajmniej kilku doskonale znanych w fantastyce schematów fabularnych (wielkie zło które trzeba pokonać, a dokona tego nikt inny jak potężny mag). Do tego zaś wszechobecna nuda, masa scen mających za zadanie wypychać jedynie karty powieści i pióro ostre niczym siekiera pijanego syberyjskiego drwala – jedynym dobrze widocznym plusem najnowszej wydanej u nas powieści Karen Miller jest fakt, że ta się… kończy.