Dreszcz – recenzja

„Odszedł „Kłamca” nadchodzi „Dreszcz”. Bo ileż się można pieprzyć z Bogami.” Tak oto czerwonym drukiem stoi na tyle okładki nowej powieści Jakuba Ćwieka. Dość odważnie, biorąc pod uwagę rzeszę fanów, tudzież fanek, Lokiego. Czy Dreszcz vel Rychu Zwierzchowski dotrzyma mu kroku, a może wyprzedzi, tylko w jakiej kwestii? 

Główny bohater nowej serii jest niejako antytezą bohatera. Stetryczały rockman, pławiący się w nałogach i nieróbstwie, emocjonalnie rozwinięty na poziomie, no, maksymalnie dwudziestodwulatka, dodatkowo, oprócz maryśki, napędzany testosteronem. Pytanie, czy maszyneria za chucią nadąża? Jak widać, lektura wzbudziła we mnie pokłady złośliwości i zgryźliwości. Nie to, żebym się przy okazji nie ubawiła, jednakże właśnie w taki sardoniczny deseń.

Rysiek, czy też bardziej familiarnie Zwierzu, burzliwą młodość ma już dawno za sobą. I o ile młodość minęła, o tyle burzliwość jakoś tak mimochodem się ostała. A z nią miłość do rocka, tylko takiego prawdziwego, z powerem i duszą, a nie jakichś tam popłuczyn. Ową miłość nasz… ekhm… bohater manifestować lubi głośno i dosadnie, podobnie jak inne pragnienia duszy i ciała. A że Zwierzu zamieszkuje katowickie osiedle Tysiąclecia, gdzie moralności strzegą szacowne matrony, których czujnym oczom i uszom nic umknąć nie może, to zbyt wielu przyjaciół nie posiada, a licznie ponoć rozsiane po świecie pociechy do tatusia się raczej nie przyznają. Oprócz Janice, ale ona, jako żona pastora, musi dźwigać jakowyś krzyż, czyż nie? Zdawać by się mogło, że nawet uderzenie pierona, to jest pioruna, takiego z jasnego nieba w biały dzień, nie jest w stanie zakłócić egzystencji Ryszarda Zwierzchowskiego. Jednakże moce, które ówże pieron, znaczy się piorun w Ryśku wzbudza, niosą ze sobą pewne konsekwencje…

Jednocześnie w Krakowie ktoś morduje studentów. Zaiste dziwne to zbrodnie, przyprawiające o ból głowy i rzyci krakowską policję. Niewytłumaczalne, tajemnicze zbrodnie dokonywane w niejasnych okolicznościach… Co ma do tego Rychu? I kim jest Benjamin Benford? No cóż, aby się tego dowiedzieć, musicie przeczytać książkę.

Bo ileż się można pieprzyć z Bogami… A można, a co. Bogowie się przynajmniej nie starzeją fizycznie, a Dreszcz mi jakoś geriatrią trąci z deka. Nie to, żebym była nadmierną estetką, jednakowoż, jakby to rzec… no, nie tylko mężczyźni są wzrokowcami, a jak moja wyobraźnia stawia przede mną obraz Zwierzchowskiego z jego rockmańską manierą, to jakoś trudno mi wykrzesać z siebie jakieś zdecydowane emocje, czy to in plus, czy minus. Jest takie powiedzenie, które zazwyczaj stosuje się w odniesieniu do kobiet: „Z tyłu liceum, z przodu muzeum” czy też analogiczne dzidzia-piernik i jakoś mi to tak do Rysia pasuje, może nie dzidzia, ale coś jest na rzeczy. Swoją drogą, kuriozalnie, jest to duży plus tego bohatera. Jest mało bohaterski, mało wspaniały i mało piękny, za to nie jest głupi i zdecydowanie ma z lekka porąbane pod kopułą. Suma sumarum – nie wpisuje się w ogólne trendy. Taki powiew świeżości 60+.

Jak dla mnie „Dreszcz” jest dopiero przygrywką do tego, co ma się wydarzyć później. Jak obszernie rozbudowany wstęp, ciekawy, ale to nie do końca to. Zabrakło mi napięcia, niepokoju, nastroju… Akcja toczy się szybko, dwutorowo, ale jest zbyt gładko, zbyt płytko, zbyt łatwo. Problemy w zasadzie nie stanowią problemu. Na pewno nie nudzi, jednak mam wrażenie, że autor nie do końca wykorzystał swój potencjał, a tak ogólnie to książka kończy się tam, gdzie powinna się zacząć rozkręcać. Tak, wiem – będzie tom drugi, ale w moim odczuciu ta historia jest po prostu za krótka. Tak na jedno kłapnięcie paszczą. Niby złapałam smaka, ale głodu nie zaspokoiłam. Czekam na „Dreszcza 2” i liczę, że Jakub Ćwiek wróci do swojego stylu i charakteru pisania, bo jednak czuję niedosyt wrażeń.

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze