Królewski wygnaniec – recenzja

W lutym 2013 wydawnictwo Galeria Książki postanowiło uraczyć Czytelników dziełem autorstwa Fiony McIntosh. „Królewski wygnaniec” to pierwsza księga trylogii Valisarów.

Koalicja Denova to siedem suwerennych królestw. Gdy do władców tych ziem dochodzą pogłoski, iż Loethar, barbarzyńca ze Stepów, planuje podbój, królowie przekonani że ich wojska są niepokonane, nie uważają tego zagrożenia za istotne. Jednak wkrótce przychodzi im zapłacić za swą pychę – Loethar bez najmniejszego problemu podbija kolejne królestwa, by na koniec zostawić sobie Penraven, najpotężniejsze i najbogatsze z Koalicji, od setek lat rządzone przez ród Valisarów. Wódz ze Stepów jednak pragnie najbardziej legendarnego Uroku Valisarów, magicznego daru przekonywania, któremu nikt nie może się oprzeć. I zrobi wszystko, by go zdobyć, nie oszczędzając przy tym nikogo, w kim płynie krew rodu władców Penraven. Lecz pierworodnemu synowi króla Brennusa – 13-letniemu Leonelowi – udaje się zbiec z oblężonego zamku. U jego boku, wyznaczony na opiekuna, staje kilka lat starszy syn królewskiego legata – Gavriel de Vis. Wyruszają oni w poszukiwaniu schronienia oraz ludzi, którzy w przyszłości pomogą prawowitemu dziedzicowi tronu obalić tyrana ze Stepów. Tak pokrótce przedstawić można zarys fabuły pierwszego tomu trylogii Valisarów, autorstwa Fiony McIntosh, pochodzącej z Wielkiej Brytanii, a mieszkającej w Australii, pisarki fantasy.

Polscy Czytelnicy mieli już okazje zapoznać się z dziełami autorki, jednak dla mnie „Królewski wygnaniec” to pierwsze spotkanie z jej twórczością. McIntosh na kartach swej powieści zabiera nas w świat, który dla osób zaznajomionych już z fantasy nie jest raczej niczym odkrywczym. Ot, mamy tu kilka zjednoczonych królestw, których butni przywódcy nie wierzą w możliwość porażki, najeźdźcę bez problemu sięgającego po kolejne zwycięstwa oraz muszącego się ukrywać ostatniego z rodu dziedzica, w którym jedyna nadzieja na odzyskanie wolności. Schemat znany i nawet lubiany, ale niestety niewnoszący do gatunku nic nowego. Samo przedstawienie świata, w którym przyszło żyć bohaterom, jest również niespecjalnie rozbudowane, przez co mnie jako czytelnikowi trudno było wczuć się w klimat powieści i poczuć większą więź z przedstawioną historią. Choć taki zabieg McIntosh może mieć swe źródło w tym, iż akcja „Królewskiego wygnańca” osadzona jest w świecie znanym już z innej, wcześniejszej trylogii jej autorstwa, niestety w Polsce niewydanej. Tym, co McIntosh starała się jednak przedstawić jak najlepiej, były reguły panujące na królewskim dworze – co komu wypada, co wolno, a co jest surowo zabronione oraz jak umiejętnie lawirować wśród osób, od których zależy nasze życie. Udało jej się to w sposób zadowalający, a przynajmniej na tyle, iż osobiście doszłam do wniosku, że wolę pozostać w XXI wieku, ze wszystkimi jego wadami i zaletami, zaś wycieczki parę wieków wstecz byłby dobre, ale tylko w ramach podróży po książkowych uniwersach.

„Królewskie wygnaniec” teoretycznie pełen jest Monetów, które powinny przykuwać uwagę Czytelnika i sprawiać, iż nie może się on oderwać od lektury. Są tu bitwy, intrygi, tajemnice, magia i romanse (niektóre nawet bardzo melodramatyczne), tak naprawdę od pierwszej strony coś się dzieje, nie powinno być nudno. Są fragmenty, które osoby o słabszym żołądku powinny czytać „z zamkniętymi oczami”, jednak ja osobiście nie zostałam wessana w nurt wydarzeń, książka najzwyczajniej w świecie momentami mnie nużyła. Nie czułam, iż nie mogę oderwać się od kart powieści, nie mogąc się doczekać tego, co tez dalej spotka młodego króla, jego towarzyszy, Loethara czy innych mieszkańców królestwa. Możliwe, iż spowodowane było to faktem, że niektóre z zastosowanych przez McIntosh rozwiązań były wręcz nielogiczne. Gdyż kto uwierzy, że postać, która poprzedniego wieczoru o mało nie zmarła na skutek upływu krwi oraz padła zmożona wysoką gorączką, następnego poranka, jak gdyby nigdy nic, przemierza długą drogę w trudnym terenie, a następnie wędruje jeszcze pełna sił całą noc. Oczywiście powieść nie mogła obejść się bez wątku uczuciowo-romantycznego, jednak w tym przypadku posłużył on jako sposób utrudnienia życia młodym uciekinierom. Gdyż co można uczynić, aby dwóm nastolatkom ubarwić ucieczkę przed śmiercią? Ano wystarczy dołączyć do tej drużyny piękną młodą dziewczynę – nie ma to jak zaślepiająca zazdrość, burza hormonów i chęć popisywania się. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie pojawia się jeszcze ten trzeci.

W swej powieści autorka próbuje przekazać odbiorcom, jak istotny jest honor oraz lojalność, czy to wobec władcy, rodziny czy też przyjaciół, dlatego wykreowane przez nią postacie kierują się tymi zasadami. Jednakże takie ukazanie bohaterów, oddanych tak silnie sprawie, gotowych dla króla poświęcić własne życie, niekiedy aż przerysowane, dla kogoś żyjącego współcześnie może powodować, iż tracą na realności. Trudno uwierzyć, iż obcy sobie ludzie mogliby wyruszyć za dwoma nastolatkami w świat pełen niebezpieczeństw i wrogów, tylko z tego powodu, że jeden z nich podaje się za nowego, cudem ocalałego władcę Penraven, ostatnią nadzieję mieszkańców Koalicji Denova na pozbawienie władzy tyrana.

Postacie, jakie autorka stworzyła na kartach powieści, również nie należą do zachwycających elementów, wydają się niczym wycięte z jednego szablonu – najważniejsze są dla nich wspomniane już wcześniej honor i lojalność, nic innego się nie liczy.

Głównym bohaterem jest 13-letni Leonel, ostatni męski potomek z rodu Valisarów, który po tragicznej śmierci rodziców staje się prawowitym władcą Penraven. Oczywiście, gdyby nie fakt, iż to Loethar ogłosił się Imperatorem. Leo to wychowany w duchu ideałów nastolatek, który poprzysięga najeźdźcy okrutną zemstę za krzywdy swoje, najbliższych i mieszkańców królestwa. Choć na pozór wydaje się być dzielnym młodzieńcem, dorosłym jak na swój wiek, jednak głęboko za ta maską skrywa się przestraszony dzieciak, któremu przyszło zmierzyć się z nową sytuacją. Miewa swe chwile załamania oraz momenty, w których górę nad rozumem biorą emocje.

Druga kluczową postacią powieści jest Loethar, około 40-letni barbarzyńca ze Stepów, który by posiąść Urok Valisarów nie cofnie się przed niczym, a mordowanie kolejnych setek ludzi wydaje się być dlań dobrą zabawą. Jest tajemniczy, nikt nie jest w stanie odgadnąć, co też planuje, bezwzględny, pomysłowy, a jak na barbarzyńcę, niezwykle dobrze wykształcony. Jednak w konstrukcji tegoż bohatera McIntosh wykazała się pewną niekonsekwencją, gdyż Loethar, w całej swej mądrości i sprycie, nawet przez moment nie zastanawia się, jakim to cudem kruk, któremu powierza swe sekrety, żyje już od blisko 30 lat. Ot, takie małe niedopatrzenie ze strony nowego Imperatora.

Jeśli chodzi o magię i elementy fantastyczne, autorka postawiła na Obdarzonych – osoby potrafiące m.in. przewidywać przyszłość, uzdrawiać, czy zmuszać rośliny do szybszego wzrostu. Oraz, jak na razie, dwie istoty magiczne, nie z tego świata. Troszkę to skromne jak na mój gust.

„Królewski wygnaniec” to lektura raczej średniego poziomu, na pewno nie pretendent do ogłoszenia arcydziełem literatury fantasy. Schematyczność świata, niezagłębienie się autorki w głębszą kreację postaci oraz samego uniwersum sprawiło, że powieść nie spełniła mych oczekiwań. Na plus można zaliczyć, iż książka napisana jest łatwym, przystępnym językiem, przez co czyta się ją szybko. Jednak Czytelnikom, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z fantasy, bądź szukają lekkiej lektury na wieczór, pierwszy tom trylogii Valisarów może przypaść do gustu. Ode mnie niestety ocena ledwie dostateczna.

Tytuł: Królewski wygnaniec
Autor: Fiona McIntosh
Tłumaczenie: Izabella Mazurek
Tytuł oryginału: Royal Exile. Book One of The Valisar Trilogy
Seria/cykl wydawniczy: Trylogia Valisarów tom 1
Wydawnictwo: Galeria Książki
Data wydania: luty 2013
ISBN: 9788362170609
Liczba stron: 576

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu Galeria Książki.

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf