Rok z polskimi autorami: Kwiecień z Marcinem Mortką po raz czwarty, ostatni.

Miesiąc z Marcinem Mortką dobiega końca. Mamy nadzieję, że zachęciliśmy Was do zapoznania się z twórczością tego nietuzinkowego pisarza. Jeśli jednak wciąż zastanawiacie się, czy sięgnąć po jego książki lub potrzebujecie dodatkowych informacji bądź zachęty, zapraszamy do kącika z recenzjami naszych Redaktorek, które, specjalnie dla Czytelników Gavrana, na warsztat wzięły dwie powieści Marcina – „Ragnarok 1940” oraz „Miecz i kwiaty”.

Miłej lektury!

Ragnarok 1940

Cóż, trzeba rzec, iż moje spotkanie z tą książką Marcina Mortki nie było dziełem przypadku, acz namowy. Gdy na Gavranie zrodził się pomysł, by właśnie ten autor stał się jednym z bohaterów projektu „Rok z polskimi autorami fantastyki”, Redaktorka opiekująca się przeznaczonym mu miesiącem przekonała mnie, jak widać skutecznie, do lektury oraz napisania recenzji. Poza tym, wypada przecież, chociaż odrobinę znać twórczość pisarza, z którym przeprowadza się wywiad, bądź któremu, co najważniejsze, oddaje miesiąc projektu. A że lubię książki o tematyce wojennej, nie miałam większych oporów, by sięgnąć po „Ragnarok 1940”. Nie było to moje pierwsze spotkanie z dziełem spod pióra, a raczej klawiatury, Mortki. Dawno, dawno temu, kiedy słońce było bogiem… no dobra, może nie aż tak dawno, ale już jakiś czas temu w me ręce trafiła „Wojna runów”. Tematyka podobna – wojna i Nordowie, ale że biblioteka w mym mieście dysponuje jedynie tomem drugim i trzecim tej trylogii, na tym ma przygoda się skończyła. Aż do teraz. Jednakoż, ani to opowieść o Trylogii Nordyckiej, ani o niedostatkach książnic w naszym kraju, tak więc do rzeczy.

Marcin Mortka na kartach swej powieści przedstawia Czytelnikom historię alternatywną Europy. Gdy przyjrzeć się dołączonej do książki mapie, trudno nie zauważyć, iż autor postanowił zabawić się wyglądem świata – co prawda główne miasta znane nam z atlasów geograficznych pozostały bez większych zmian, jednak nazwy i wielkość państw niekoniecznie pokrywają się już z tym, czego dowiedzieć można się w szkole. Miast Norwegii mamy Królestwo Nordveghr, Szwecja i Finlandia stały się Królestwem Swionii, a nasi północno-wschodni sąsiedzi, w tym również część Rosji, tworzą Królestwo Holmgardu. Północna Ameryka funkcjonuje, jako Vinlandia, a wszystkie te państwa tworzą razem kraje Braterstwa Normańskiego i rządzone są przez pogańskich potomków wikingów. A jak wiadomo, naród ten miłował sobie walkę, tak też i tym razem nad światem zawisa groźba kolejnej wojny, lecz teraz o wiele okrutniejszej, gdyż najeźdźcy nie są uzbrojeni jedynie w łuki, miecze i tarcze, a w karabiny maszynowe, samoloty i ciężki sprzęt wojskowy.

Po krótkim wstępie, z nordyckimi bogami w roli głównej, akcja powieści przenosi się do Afryki, a następnie powraca do Europy – wszystko to z odgłosem karabinów w tle i oddechem śmierci na ramieniu, gdyż z jednego pola bitwy Czytelnik przerzucany jest na kolejne, przez co fabuła jest wciągająca i nie ma czasu na nudę. Stworzony przez Mortkę świat, trzeba przyznać zaprezentowany jest dość szczegółowo, co nadaje mu realny wygląd. Tak naprawdę, gdyby nie różnice historyczne i geograficzne, nie odbiegałby zbytnio od rzeczywistości, w jakiej żyli nasi przodkowie.

Czytelnik „Ragnaroku 1940” przebieg wydarzeń przedstawionych w książce poznaje z perspektywy nie tylko głównego bohatera, ale również innych, drugo, czy też dalszo planowych postaci, pochodzących ze wszystkich stron konfliktu. Jest to ciekawe rozwiązanie, rozbudowujące charakterystykę bohaterów, wygląd świata, jak i pogłębiające wgląd w polityczne roszady między władcami państw Braterstwa, bądź nastroje panujące wśród zwykłych ludzi, którzy nagle stanęli w obliczu wojny, czy też atmosferę wśród wojskowych wyższego i niższego szczebla. Wszystko to napisane prostym, acz barwnym, plastycznym, językiem, który sprawił, iż oba tomy czytało się przyjemnie. Choć czasem częstotliwość występowania obcych wyrazów, o „twardym” brzmieniu, była męcząca. Jednak od razu widać, na jakiej kulturze wzorował się autor.

Głównym bohaterem powieści jest 32-letni Jeremy Baldwin, korespondent wojenny londyńskiego „The Times”, który na skutek wcześniejszych przeżyć przeszedł na dziennikarską emeryturę i dla ukojenia zszarganych nerwów zajął się malarstwem, lecz na prośbę naczelnego wyrusza w swą ostatnią misję, do ogarniętego wojną Sudanu, nie wiedząc, iż ta wyprawa sprawi, że stanie się odpowiedzialny za losy świata.

Cóż można rzec o Baldwinie? Na pewno nie jest to superbohater, który z radością i dumą rusza do walki – wręcz przeciwnie, często sytuacja, w której się znajduje nadzwyczajnej w świecie go przerasta. Ale, z drugiej strony, gdy człowiek z dnia na dzień, bez wcześniejszego przeszkolenia zostaje agentem wywiadu odpowiedzialnym za przyszłość świata, może być trochę zdezorientowanym. A gdy do tego inny wywiad czyha na twe życie, przerażenie jest zaiste uzasadnione. Jednak mimo swej, jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać, słabości, Jeremy w sytuacjach kryzysowych potrafi zebrać się w sobie i ruszyć do działania. Choć czasem więcej z tego szkody niż pożytku. Już od pierwszych stron poznajemy go, jako dręczonego sennymi koszmarami i zmęczonego otaczającą rzeczywistością – przeszłość dała mu mocno w kość, teraźniejszość nie rozpieszcza, a jak może przekonać się Czytelnik, autor nie przewidział mu różowej przyszłości. Mnie osobiście główny bohater często i gęsto drażnił – jego użalanie się nad swoim losem, mazgajenie oraz zdolność popadania w tarapaty, które nierzadko dla innych kończyły się źle i ostatecznie, jakoś nie przysporzyły mu mojej sympatii. Ot, przyzwyczajona do silnych bohaterów płci męskiej, którzy bez wahania ruszają w bój, krew i flaki to dla nich nie pierwszyzna, nie mogłam przyzwyczaić się do takiego zwykłego, szarego, tchórzliwego, po prostu ludzkiego Jeremy’ego, któremu daleko do herosa. Ale żeby nie było, że Baldwin to tylko tzw. „ciepła klucha”, trzeba rzec, iż autor obdarzył go również cechami, które wzbudzały moją aprobatę – szlachetność wobec kobiet, bezinteresowność, odpowiedzialność za innych, i nieodwracanie wzroku, gdy obcym ludziom dzieje się krzywda, to te elementy kreacji bohatera, które miło było spotkać na kartach tej dość brutalnej powieści. Jednak w jego konstrukcji można dopatrywać się pewnej niekonsekwencji ze strony autora – korespondent wojenny, który podążał za niejedną armią w sam środek walk, moim zdaniem nie powinien być aż tak wrażliwy na sytuację, w jakiej się znalazł.

Prócz Baldwina Mortka zaprezentował Czytelnikom szereg równie wyrazistych postaci, mających niemałe znaczenie. Są nimi Valgrim – konung Nordveghr oraz jego syn Olav – dowódca prężnie działającego wywiadu. Tych dwóch łączą stosunki dość chłodne, bez obaw można użyć określenia, iż nawet oziębłe. Ot, przywódca Nordveghr i państw Braterstwa wysoko stawia poprzeczkę, skąpiąc przy tym pochwał, co prowadzi do dość przewidywalnego niestety rozwiązania tej relacji. Obaj panowie to bezwzględni brutale, żądni władzy, którzy bez mrugnięcia okiem posyłają innych na śmierć, zwłaszcza, gdy może to przysłużyć się ich prywatnym celom. O ile, w przypadku samego Valgrima, nie miałam problemu z określeniem mojego nastawienia, co do jego postaci, o tyle Olav wzbudzał we mnie mieszane uczucia. Można zrozumieć jego chęć akceptacji ze strony ojca, gdyż nigdy tego nie zaznał, chowany w twardy, północny sposób, ale już jego stosunek do innych oraz przebiegłość, wynikająca również z funkcji, jaką pełnił, wzbudzała mój niesmak.

Do wspomnianej już trójki Mortka dorzuca szereg drugoplanowych postaci, które uzupełniają wykreowany przez niego świat, lecz czasem można odnieść wrażenie, iż jest ich zbyt wiele, role raczej epizodyczne i tak naprawdę niewiele wnoszące do akcji powieści.

Oczywiście nie można zapomnieć o przedstawicielkach płci pięknej – te, w obfitej liczbie aż dwóch, są pewnymi siebie kobietami „z jajami”, które wiedzą, czego chcą i jak po to sięgnąć. Zarówno Vigdis – prezydent Vinlandii, jak i Deidre – irlandzka bojowniczka, które odmieniły życie głównego bohatera, każda na swój sposób, wzbudziły me ciepłe uczucia.

Ale nie ma co ukrywać, w „Ragnarok 1940”  ubogo z postaciami płci żeńskiej, wręcz posucha. Rozumiem, że tematyka wojenna to twardy, męski świat, jednak kobiety też miały i mają w konfliktach zbrojnych swój udział. Tak więc, w tym zdominowanym przez mężczyzn świecie przydałoby się więcej istotnych i interesujących bohaterek, z którymi Czytelniczki, a te przecież też się zdarzają, mogłyby się utożsamiać.

Na sam niemal koniec troszkę więcej czepialstwa. W me ręce trafił „Ragnarok 1940” w wydaniu pierwszym, a wraz z tomem numer jeden niemiła niespodzianka. Nic tak nie psuje lektury, jak znienacka urywający się rozdział i brak początku następnego. Ale to pstryczek w nos dla Wydawnictwa. Jak również fakt, iż opisywana akcja dzieje się w lipcu, by po chwili Czytelnik dowiedział się, że kalendarz tak właściwie to wskazuje czerwiec. Jednak zarzuty pod adresem autora są ciut poważniejsze. Otóż Marcin Mortka boleśnie i brutalnie uświadomił mi, iż jestem osobą, którą już bardzo niewiele dzieli od przejścia w wiek średni, gdyż tak właśnie opisywany jest główny, 32-letni bohater, jako mężczyzna w średnim wieku, Pocieszam się myślą, iż może kobiety obejmuje inna miara. Na pewno musi być jakaś inna miara! Drugi zarzut tyczy już samego zakończenia powieści. Z jednej strony, w pewnym sensie, może ono być otwartą furtką, jednak mnie zdawało się być urwanym, jakby autorowi w kluczowym momencie zabrakło pomysłu na to, co dalej, jak poprowadzić akcję i postanowił przeskoczyć do następnej sceny. Łączy się to również z tym, iż niektóre wątki zostały jakby zapomniane, czy też rozwiązane za prosto, za szybko i nieadekwatnie do wcześniejszych sytuacji.

Podsumowując „Ragnarok 1940” to przyjemna i przystępna lektura dla fanów powieści historyczno-przygodowo-kryminalno-szpiegowskich, gdyż ci, którzy szukają magii, potworów z legend i innych fantastycznych elementów, na kartach powieści nie znajdą ich zbyt wielu. To również pozycja, która może spodobać się entuzjastom Ludów Północy i ich kultury. Marcin Mortka miał ciekawy pomysł, i mimo że mnie osobiście czegoś zabrakło, ode mnie ocena dobra.

Miecz i kwiaty

Powieść Marcina Mortki „Miecz i kwiaty” jest moim pierwszym zetknięciem z tym autorem i moim pierwszym spotkaniem z historycznym fantasy. Tak naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać, bo zazwyczaj nie czytam opinii, a tym razem również nie traciłam czasu na ich szukanie. Ciekawiło mnie, w jaki sposób autor połączy ową fantastykę z historią, i to historią nie byle jaką. Akcja toczy się bowiem na tle wypraw krzyżowych w Ziemi Świętej. Średniowiecze nie było nigdy moją ulubioną epoką, jakoś niespecjalnie docierała do mnie idea ascetyzmu, tego całego umartwiania się i wojen w imię Boga o nawrócenie pogan. Marcin Mortka jednak tak umiejętnie opisuje świat, że tło historyczne nie było dla mnie tak istotne, nie było wyidealizowane i uduchowione, a było realistyczne, więc nie przeszkadzało mi w odbiorze powieści. Było to coś, czego nie spodziewałam się ani ja, ani główny bohater, którego poglądy na temat Ziemi Świętej i wypraw krzyżowych starły się z brutalną rzeczywistością ówczesnego świata. Nie mamy tu do czynienia z patetycznym opisem legendarnych świętych i rycerzy czystego serca, za to dostajemy prawdziwy opis, a więc brutalność, zabijanie, rozpustę i coś, co nie ma nic wspólnego z religią, a jedynie wzbogacaniem się, płynącym z okradania zwłok, co trochę odczarowało moje myślenie o tej książce. Z początku na kartach powieści trudno było mi się doszukać elementów fantastyki, bo Diabeł, przemawiający do jednego z bohaterów, to dla mnie trochę mało. Jednak stopniowo, wraz z rozwojem wydarzeń, znajdujemy coraz więcej fantastycznych elementów, które są tak dobrze wprawione w akcję, że sprawiają wrażenie, jakby faktycznie miały miejsce podczas krucjat. A mnie, swoją płynnością granic, momentami przywodziły na myśl baśnie.

Na wstępie książka średnio mi się podobała, jednak po kilkunastu stronach akcja rozkręciła się, wciągnęła mnie tak bardzo, że nie mogłam się od niej oderwać. Nie wiem, czy było to spowodowane fabułą – rozwojem wydarzeń, nowymi intrygami – czy stylem pisarskim. Język wydawał mi się bardzo przystępny. Nie był przesadnie archaiczny, ani zbyt nowoczesny. Miałam wrażenie, że właśnie w taki sposób mogliby się porozumiewać średniowieczni rycerze. Opisywane wydarzenia dotyczą „mikroświata” głównego bohatera, Gastona de Baideaux. Płynnie przechodziłam od faktu do faktu. Byłam tam, gdzie w danym momencie znajdował się główny bohater, przeżywałam to, co aktualnie było jego zmartwieniem, czytałam o tym, co dotyczyło bezpośrednio jego osoby. A Gaston to młody, pełny idealistycznych wyobrażeń o rycerzach, chłopak, który w bardzo szybkim czasie musi odnaleźć się w zastanej rzeczywistości, odbiegającej niestety od tego sielankowego obrazu. Ten początkujący, niedoświadczony woj, targany licznymi wątpliwościami, źle ulokowanym uczuciem, czy też młodzieńczym zauroczeniem i wyrzutami sumienia, na oczach czytelnika mężnieje i staje się prawdziwym rycerzem. Odnajduje siebie. I daje się lubić, bo jest przy tym realny. Także inne postacie są niebanalne i dobrze wykreowane, wyraziste i co najważniejsze, nie są nudne. Polubiłam także Vittorio i jego specyficzne, acz humorystyczne podejście do inwestycji, które czyni zawsze i wszędzie, kiedy tylko jest to dla niego opłacalne, choć nie raz sprowadza na niego kłopoty. Historyczne postacie mieszają się z fikcyjnymi, tworząc spójny obraz.
Elementy fantastyczne świetnie zgrywają się z średniowiecznym tłem. Delikatne podszepty Diabła, jego pozorna łagodność i dyskretne kuszenie współgrają z przedstawionym światem i sposobem bycia kuszonych. W niektórych momentach Diabeł pomaga, co jest dość dziwne dla bohatera typowo złego. Czasem jednak mamy do czynienia z prawdziwym Złym. Czary skrywane pod osłoną nocy, magia wśród zapomnianych ruin, a wreszcie wilkołak, który nie ma nic wspólnego z fazami księżyca, to z pewnością plusy tej powieści.

Książka nie ma zagmatwanej fabuły, ale nie jest też nudna, pozostawia pytania bez odpowiedzi. Czytając pierwszy tom miałam wrażenie, że jest on wstępem do czegoś większego, szczególnie zakończenie. Miałam nadzieję, że się nie rozczaruję.

Zazwyczaj czytam całymi seriami, jeden tom za drugim, tak też zrobiłam i tym razem. W tomie drugim autor stanął na wysokości zadania i zaprezentował Czytelnikowi wiarygodne opisy świata, interesujące miejsca i elementy średniowiecznych realiów. Znów byłam świadkiem wojny w Ziemi Świętej, tym razem będącą walką o wpływy. Toczy – Toczyła się tu również rozgrywka między prawdziwym złem i dzielnymi obrońcami niewinnych. Druga część ”Miecza i kwiatów” jest bardziej rozbudowana. Losy przyjaciół rozdzielają się i mamy możliwość śledzenia na przemian ich przygód. Wątki te zgrabnie się przeplatają, tworząc wiarygodną całość. Czytelnik z pewnością się nie znudzi, gdyż zdarzenia gonią zdarzenia. Tom pierwszy pozostawił autorowi szerokie pole manewru, jeśli chodzi o rozwinięcie akcji, które wykorzystał w pełni. Kilka zagadek zostało wyjaśnionych, z niektórymi bohaterami zaznajomiliśmy się lepiej, inni w dalszym ciągu pozostają zagadką. Postacie w dalszym ciągu rozwijają się, poznają siebie i walczą w słusznej sprawie, naprawdę byłam ciekawa w jaki sposób się rozwiną.   

Jeśli chodzi o elementy fantastyczne w tym tomie, mam wrażenie, że został on z nich nieco obdarty. Co prawda elementy pokazane w pierwszej części pozostały, ale w mniejszej ilości, dużo mniejszej. Gastonowy Diabeł nie jest już tak diabelski i kusicielski, no cóż w ogóle go jakoś mało, niektóre elementy są ledwie wspomnieniem, a wilkołak walczy ze swym przekleństwem. Mnie było mało pierwiastka fantastycznego, ale być może był to celowy zabieg.

Miałam wrażenie, że język powieści odbiega trochę od tego zaprezentowanego w tomie pierwszym, był jakby bardziej nowoczesny, a może to tylko złudzenie, bo z pewnością oswoiłam się z powieścią, czytając jeden wolumen za drugim.

Generalnie sama książka jest tym, czym powinna być, kontynuacją tomu pierwszego, która pozwala lepiej poznać bohaterów i zapoznać się z ich kolejnymi przygodami, a wyjaśnia to, co zatajone zostało wcześniej, ale i stawia nowe pytania. Zaskakujące było dla mnie zakończenie powieści, ostatni najkrótszy rozdział. Jeśli pierwsza część spodobała się Czytelnikowi, druga z pewnością także przypadnie mu do gustu. Mnie przypadła.

Trzecia część była dla mnie od samego początku zaskoczeniem, wielką niewiadomą. Można by powiedzieć, że w pewnym momencie byłam równie zaskoczona, jak główny bohater, Gaston. Nie spodziewałam się czegoś takiego na „dzień dobry”, miałam wręcz wrażenie, że opuściłam ostatni rozdział poprzedniego tomu. Zaczęło się więc dobrze – czytelnik został zaskoczony. Sprawa jednak wyjaśnia się w trakcie czytania. Dalej było jeszcze lepiej. Losy „starych” znajomych po raz kolejny się splatają. Akcja była ciekawa, a mnie wciągnęła tak, że nie zwracałam uwagi na język. Nie wiem więc, na jakim był poziomie, mogę tylko napisać, że nie raził mnie zbytnimi archaizmami, nie był też nazbyt nowoczesny, było więc chyba tak, jak do tej pory. Przy czytaniu tego tomu jakoś bardziej niż dotychczas zwróciłam szczególną uwagę na humor i nie raz uśmiechnęłam się do siebie. Momentami było mi też smutno, a to z tego względu, że przywiązałam się do postaci, polubiłam je, a autor, pewnie dla urozmaicenia akcji, postanowił się ich pozbyć.

Bohaterowie z pewnością nie są nudni, nie są też czarno-biali. Marcin Mortka ukazuje swoje postaci w odcieniach szarości, żaden z nich, jak się okazuje, nie jest ani do końca dobry (kryształowo czysty), ani do końca zły. Do tej pory byli i tacy, którzy zdawali mi się jednoznacznie określeni, to znaczy tacy, którzy stali po stronie dobra lub zła i tylko nim się kierowali, po tym tomie zmieniłam co do nich zdanie. Miałam także wrażenie, że na karty powracają elementy fantastyczne, znowu poczułam atmosferę tysiąca i jednej baśni. Według mnie jest to najlepsza część tej powieści. Z pewnością mogę powtórzyć po Tomaszu Majewskim: “Trzeci tom “Miecza i kwiatów” to godne zakończenie opowieści o przemianie rycerza-młokosa w bohatera krucjaty.