Rok z polskimi autorami: Kwiecień z Marcinem Mortką

Minął następny miesiąc “Roku z polskimi autorami fantastyki”. Spotkaliśmy się już z Anetą Jadowską, Andrzejem Ziemiańskim i, poniekąd sprawczynią całej akcji, Ewą Białołęcką. W tym miesiącu zima po raz kolejny zaskoczyła Polaków –  czy redakcja Gavrana również zdoła Was zaskoczyć? Przekonajmy się.

Kogo przesłuchamy tym razem?

Mam zaszczyt przedstawić Wam twórcę gatunku fantastyki, który na dobre zadomowił się na naszym rodzimym rynku wydawniczym. Wszem i wobec ogłaszam, że miesiąc kwiecień 2013 roku sygnowany będzie nazwiskiem Mortki, Marcina Mortki.

Marcin Mortka, czyli człowiek orkiestra.

Polski pisarz fantasy urodzony w Poznaniu 5 kwietnia roku pańskiego 1976. Jak sam wspomina, pisaniem trudni się od dziecka, kiedy to powstawały pierwsze opowiastki, wierszyki i historyjki, zapewne skrzętnie chowane w szufladzie dziecięcego biurka. W owym czasie wspaniałym wyzwaniem było nawet wypracowanie pisane pod dyktando polonistki. W wyrazie młodzieńczego buntu zaczął studiować skandynawistykę na wydziale neofilologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W podjęciu decyzji pomogła fascynacja wszystkim, co nordyckie. Swoją pasję łączy z życiem zawodowym, wcielając się w rolę lektora języków obcych – nietrudno zgadnąć, że wykładanym językiem jest norweski oraz wszędobylski angielski.

Jako człowiek orkiestra nie poprzestał na wkładaniu wiedzy do głów, w wolnym czasie podejmuje się pilotowania wycieczek po Islandii oraz tym, co dla wszystkich jego fanów, a także nas Redaktorów portalu Gavran, jest najważniejsze. Nie, nie mam tu na myśli tłumaczenia dzieł zagranicznych twórców (głównie powieści Patricka O’Briana, którego uważa za niedościgniony wzór, ale w zbiorze przekładów jego autorstwa możemy również znaleźć dzieła Petera V. Bretta czy Marie Lu), lecz pisanie opowiadań i powieści.

Tych ostatnich ma już na swoim koncie całkiem sporo. Na poważnie z piórem zaczął się bratać gdzieś w okolicach roku 1996, przygodę zaczynając od pisania artykułów do czasopism popularyzujących RPG, w które namiętnie grywa do dziś, takich jak „Magia i Miecz” oraz „Portal”. Jako pisarz zadebiutował w 2003 roku powieścią „Ostatnia saga”, która jest pierwszym tomem Trylogii nordyckiej, której kontynuacją są „Wojna runów” oraz „Świt po bitwie”. Kolejno spod jego pióra wyskoczyły „Ragnarok 1940” oraz trylogia „Miecz i kwiaty”, będąca wyrazem uwielbienia dla czasów wypraw krzyżowych. W wyrazie hołdu i uwielbienia dla morza napisał kolejną powieść, noszącą miano „Karaibska krucjata”, złożoną z dwóch tomów. W jego twórczości nie zabrakło również heroic fantasy, mających swój początek w „Martwym Jeziorze”.

Jak wyznaje na swoim blogu Wyziewy ze Smoczej Jamy (http://wyziewy.bloog.pl), nie potrafi się bać i nie chce tego robić; wobec powyższego przed wyjściem ciemną nocą do ogrodu zapala wszystkie możliwe światła i profilaktycznie przełącza myślenie na skecze Monty’ego Pythona. Nikt nigdy nie skłoniłby go do wejścia nocą do lasu oraz obejrzenia po raz kolejny „Kręgu”. Wszystko za sprawą wybujałej wyobraźni, karmionej długimi latami gry w RPG oraz czytania i pisania fantastyki. Owocem owych rozważań o strachu została powieść grozy „Miasteczko Nonstead”. I kto wie, może także te same rozważania skłoniły autora do napisania bajki dla dzieci noszącej tytuł „Przygody Tappiego z Szepczącego Lasu”. W końcu to właśnie bajki niosą w swym przesłaniu największe życiowe prawdy. Ostatnie dzieło to „Listy Lorda Bathursta”, dające wyraz fascynacji żeglarstwem, a „Zagubieni. Inwazja” to kolejne dzieło będące ukłonem w stronę dzieci – oba zapowiadane na pierwszy kwartał tego roku.

Gdzieś w międzyczasie odnalazł jedyną miłość swego życia – Martę – która została jego Żoną i teraz wraz z nim strzeże spokoju ogniska domowego. Zapewne w obejściu Mortkowa (być może budowanego własnymi rękoma) zasadził też drzewo; został ojcem, a parę lat później doczekał się drugiego potomka.

Skąd bierze na to wszystko czas? Na swoim blogu zdradził, że nie ogląda telewizji, nie gra w gry komputerowe i nie uprawia sportu, a uwagę dzieli między pracę, rodzinę, dom i sen, zaś pisanie to tylko rodzaj wypełniacza wolnego czasu. Powiem szczerze, że pomimo deklaracji o braku zainteresowania wymienionymi pożeraczami czasu, podejrzewałam bohatera naszego miesiąca o naginanie czasoprzestrzeni. On jednak zdradził, że jedynie podąża za słowami jednej z postaci tłumaczonej powieści, Arlena Balesa (bohatera „Malowanego człowieka”). Jego dewiza brzmi – „nie mam czasu, więc sobie go stwarzam”.

Skąd zaś bierze na to wszystkie siłę? Rolę paliwa odgrywają hektolitry wypitej kawy, a napędem pisarskim są dzieła muzyki wszelakiej. Co takiego gra w duszy naszego autora? Muzyka rockowa i metalowa. To za jej sprawą powstają dzieła, jakimi możemy się cieszyć. Główną rolę odgrywa tu muzyka The Gathering, The Cure, Type O’Negative, The Sisters of Mercy, Moonspell, niespokojna muzyka z „Twin Peaks” i „Mullholland Drive”. Wszystko to układa się w osobliwy wszechświat muzyczny będący podkładem wszelkiej akcji powieści Marcina Mortki.

Więcej o autorze i jego inspiracjach dowiecie się w przyszłym tygodniu. :)