Klątwa opali – Tamora Pierce – recenzja

Czekałam na tę książkę, czekałam tak długo, że aż o tym zapomniałam… (Cóż robić, człowiek swoje lata ma). A tu niespodziewajka. Pewnego pochmurnego, deszczowego dnia przyszła sobie cichutko pocztą. Pierwsza część trylogii o Becce Cooper – niezwykłej (jakżeż by mogło być inaczej) strażniczce prawa i sprawiedliwości, a może tylko sprawiedliwości, w Niższym Mieście – najuboższej dzielnicy Corus. Strażniczce nieco smarkatej, nieco niedouczonej, za to pełnej chęci, wiary i zapału. Czasem ten zapał bokiem jej wychodzi, ale któż z nas tego nie przeżył. Pamiętacie te wszystkie przypadki, kiedy zależało Wam na czymś tak bardzo, że aż…, kiedy staraliście się błysnąć, a tu totalna porażka i wszyscy mają niezły ubaw? No, to bohaterka też to zna. Ale zacznę może od początku.

A na początek okładka. Wybaczcie, ale nie mogę sobie tego darować. Ta okładka jest tak pospolita, tak wpisująca się w ogólnorynkowy trend, tak bardzo w stylu „young goth” – czarny strój z gorsetem i kawałem szmaty na kształt bufiastej spódnicy naciągniętej na spodnie (bo jak wszyscy wiedzą gorset i spódnica to obowiązkowy strój stróża prawa, szalenie pomaga w pościgach, łapie wiatr w żagle i wyciska ostatni dech z płuc), wielki sztylet jak z ołtarza ofiarnego do zarzynania bydlątek (a ponoć strażnicy używają jedynie pałek – tak się tylko czepiam), czarna obroża na szyi, czarny rzemień we włosach… Jeno te gołąbki nieco nie pasują (kruki by się lepiej zdały), aczkolwiek tak nachalnie tam fruwają, że wprowadzają wrażenie nerwowości. No i co jeszcze? No co? A panna ma rozwartą paszczękę, chyba coby jej muchy nawpadały. W skrócie: jakby nie wprawiła mnie w zachwyt. I niby nie oprawa w książce najważniejsza, ale wiecie co mówią o pierwszym wrażeniu. W tym wypadku, w moim odczuciu oczywiście, pierwsze wrażenie działa ewidentnie na niekorzyść, a treść jest ewidentnie lepsza od tego, co ma stanowić jej wizytówkę.

Prolog pokazuje drobny epizod z życia potomka Rebecki, nic nie znaczący dla fabuły, a jednak jasno sygnalizujący, że cała historia bohaterki już się zdarzyła, przebrzmiała, odeszła. Powiem Wam, że odkrywając ten fakt poczułam żal, no bo jak to tak… Na szczęście opowieść jest tak poprowadzona, że szybko się o tym zapomina. Autorka wykorzystała w tym celu sprytny zabieg. Losy, przygody, przemyślenia i emocje Becki poznajemy z kart jej dziennika. Swoją drogą, miała dziewczyna zacięcie, żeby tyle pisać. Co mi się podoba – w stylu pisania znać szesnastolatkę, na szczęście nie przez cały czas, jednak na tyle aby nie wprowadzić czytelnikowi dysonansu poznawczego. Rebecca jest dziewczyną, która wiele w życiu przeszła, która dostąpiła łaski Jaśnie Pana (i dzięki temu odmieniło się nędzne życie jej i jej rodziny), która nie jest całkiem zwyczajna i która mimo wszystko pozostała emocjonalnie i mentalnie nastolatką. Może trochę bardziej poważną, trochę lepiej rozumiejącą zagrożenia, ale jednak nastolatką, z typowymi dla wieku niepokojami, kompleksami, ideałami, marzeniami. To wielki plus tej książki. Większość autorów literatury młodzieżowej robi ze swych bohaterów starców w ciałach dzieci. Może trochę przesadzam, ale niewiele. Zazwyczaj zarówno sposób myślenia, emocjonalność, sposób bycia tych młodych postaci jest kalką (często nieudatną) zachowań i reakcji dorosłych, a przez to staje się groteską. Tamora Pierce ustrzegła się tego błędu.

Bohaterka jest sierotą, która doznała w swym życiu najgorszej nędzy, już we wczesnym dzieciństwie widziała z bliska przemoc i okrucieństwo. Z głodu i beznadziei Niższego Miasta – najbiedniejszej z dzielnic Corus wyrwał ją i jej rodzinę sam Jaśnie Pan Gershom – starosta, zwierzchnik Gwardii Starościńskiej. Oczywistą więc zdaje się decyzja Becki o wstąpieniu w oddziały tejże Gwardii po osiągnięciu wieku poborowego, zwłaszcza jeśli uwzględnić upodobanie jej mentora do owej formacji. Stróże porządku w Corus sami siebie nazywają, no zgadnijcie jak… Psami, moi drodzy. Jakieś skojarzenia? Więc Psy strzegą miasta, nie stronią od łapówek (w jakich sprawach, zależy to od ich indywidualnych preferencji moralnych), cieszą się zmienną atencją ze strony mieszkańców, samo życie. Ale nasza pannica, zanim zostanie pełnoprawnym Psem, musi jeszcze odbyć staż jako Szczenię. Na szczęście trafia do najlepszej pary gwardzistów, tej, o której śmiała jedynie marzyć. Nie wszystko idzie jednak tak jak w marzeniach. Los potrafi płatać psie figle i okrutnie sponiewierać wrażliwe uczucia nastoletniej pretendentki do miana najlepszego stróża prawa. Na szczęście jednak w trudnych chwilach może liczyć na przyjaciół, zarówno tych ludzkich, jak i tych bardziej magicznych. Albowiem trzeba Wam wiedzieć, że przyszła najgroźniejsza z groźnych ma kotka – małego, z fioletowymi ślepkami, niewątpliwie niezwyczajnego. Przyjaźni się też z krętami – wirami kurzu na ulicach miasta, z gołębiami, które noszą dusze zmarłych i takie tam inne, przecież każdy coś chowa w zanadrzu, nie?

Dzięki nim Rebecca wpada na trop dwóch poważnych spraw, które gnębią ludność Niższego Miasta, ludzi, którzy często stracili już nadzieję nie tylko na sprawiedliwość, ale nawet na przeżycie. Okazuje się, że zło sięga również po jej przyjaciół, bezwzględnie i okrutnie niszcząc marzenia o lepszym jutrze. W dzielnicy giną dorośli żywiciele rodzin, giną też najukochańsze dzieci. Jednak wśród biedoty to nic dziwnego, nic zdawałoby się niezwykłego. Na porządku dziennym jest handel niewolnikami, wyprzedawanie własnych dzieci dla zysku, tudzież utrzymania się przy życiu. Co więc wyróżnia te dwie sprawy? I czemu tak ważne jest, aby ująć sprawców? Co więcej, czy to jest możliwe?

Bohaterka nie jest Zosią-Samosią i rozsądnie czerpie z doświadczenia i wsparcia swoich Psów Szkolących. Nie gardzi też pomocą przyjaciół, również i tych spod ciemniejszej gwiazdy. Postacie drugoplanowe to, jak dla mnie, atut tej książki. Mają zarówno przywary, jak i zalety, swoje własne charaktery i niepowtarzalny, osobisty styl bycia. Pojawia się również ON – pretendent do zajęcia miejsca wybranka serca, nieco mHroczny, zawadiacki, tajemniczy, ze swoistym poczuciem moralności. Ale (i tu uwaga!!!) nie jest to miłość na śmierć i życie, od pierwszego wejrzenia na zabój i póki śmierć nas nie rozłączy i tak dalej… I chwała za to autorce! Jest subtelne zauroczenie, jest nadzieja i rozterka (w końcu ówże niezwykły młodzieniec po drugiej stronie barykady karierę robić pragnie), nienachlanie i z umiarem.

Historia rozwija się dynamicznie i nie sposób się nudzić. Mimo że momentami bywa dość przewidywalnie. Rzekłabym, że to nie zaskoczenie jest atutem tej opowieści. Jednak czyta się szybko i z zainteresowaniem, bo oprócz głównego nurtu ujawnia się wiele wątków pobocznych, nakręcających wydarzenia i tempo akcji. Podsumowując, jest to naprawdę niezła przygodowo-fantastyczna, albo fantastyczno-przygodowa powieść dla młodzieży. Z pewnością jedna z najlepszych, jakie ostatnio czytałam. Sądzę, że żaden młodociany czytacz (chociaż może raczej czytaczka), nie będzie zawiedziony lekturą. Nie na darmo Tamora Pierce jest jedną z najpopularniejszych i najczęściej nagradzanych autorek powieści młodzieżowych w Stanach Zjednoczonych. Zresztą sądzę, że i starsi odbiorcy z przyjemnością spędzą czas nad Klątwą opali I Księgą Kronik Tortallu (służę przykładem). Zatem kupujcie i czytajcie, bo mam ochotę dowiedzieć się jak dalej potoczyły się losy Rebecki Cooper zwanej Terierem.

Tamora Pierce
Klątwa Opali
Seria: Kroniki Tortallu
Data wydania: 17 kwietnia 2013
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginału: Terrier. A Legend of Beka Cooper
ISBN: 978-83-7686-136-4
Oprawa miękka,  
Cena 43,90 zł