Przedksiężycowi tom 1 i 2 – recenzja

Czaiłam się ładnych parę lat, żeby dobrać się wreszcie do twórczości Anny Kańtoch. Nazwisko nie było mi obce. Wielokrotne polecanie przez znajomych sprawiło, że zaczęłam zwracać uwagę gdzie się pojawia i jakie zbiera opinie od czytelników. Ba, raz nawet miałam przez tydzień w domu pierwsze wydanie Przedksiężycowych. Pamiętam, że przeczytałam pierwsze 20 czy 30 stron, ale jakoś nie zaiskrzyło. Nie wiem czemu, możliwe, że zwyczajnie nie byłam w nastroju. Ostatnio jednak ukazało się wznowienie i kontynuacja tytułu, z którym Anna Kańtoch jest kojarzona przede wszystkim. Stwierdziłam, że tym razem zmierzę się na poważnie z Przedksiężycowymi.

„Zmierzę się” – to stwierdzenie-klucz. W istocie była to batalia, z której ostatecznie wyszłam zwycięsko, ale, kurczę, coś jest na rzeczy. Niewiele lektur zajmuje mi aż tyle czasu, mało które mnie tak męczą i wymagają ode mnie tak wiele samozaparcia w dobrnięciu do końca. A przecież w sumie mi się podobało…

Wkraczamy do Lunapolis – tajemniczego i niezwykłego miasta na obcej planecie, gdzieś hen, w odległej galaktyce. Metroplia jest piękna i oczarowuje Czytelnika niemal od razu, zarówno niezwykłymi opisami jak i całym swoim niebanalnym zamysłem. Jednak idylliczny urok miejsca jest pozorny, gdyż na jego mieszkańców padł właśnie blady strach. Nadchodzi Skok. Tylko wybrani przez Przedksiężycowych mogą liczyć na przetrwanie. Reszta zostanie… z tyłu.

Skoki, choć społeczeństwu Lunapolis znane i w pewien sposób przez nie celebrowane jako przejaw ingerencji ich bogów, przyczyniają się do drastycznego spadku populacji. Ludzie odrzuceni przez Przedksiężycowych zostają w przeszłości – w kopii swego miasta, która z dnia na dzień zaczyna się rozpadać, przynosząc im powolną śmierć z brudu i głodu. Przeszłość Lunapolis wali się i płonie, podczas gdy przyszłość w Skokach pędzi na przód, by osiągnąć zapowiadane przez Przedksiężycowych Przebudzenie.

Na dobrą sprawę nikt z mieszkańców miasta nie wie, co ono oznacza. Czego mają się spodziewać na końcu wędrówki okupionej tak wieloma ofiarami. Ludzie tracą swoich bliskich i przyjaciół podczas Skoków, nic dziwnego więc, że zaczynają pojawiać się głosy buntu przeciw Przedksiężycowym. Ale jak walczyć z bogami?

Na pewno nie można odmówić oryginalności zarówno tej historii jak i całej jej otoczce. Pomysł na tę powieść, na to miasto, na prawa w nim panujące i na społeczność w nim egzystującą, jest zwyczajnie, mówiąc kolokwialnie, zajebisty. Idea Skoków jako odliczania do tajemniczego Przebudzenia, czekiwanie nieuniknionego, przepełnione strachem, ale i nadzieją, daje całości epicki wydźwięk. Śledzimy także losy mieszkańców Lunapolis, wielu ciekawych osobowości, których poczynania i pokrętne plany nie są nam obojętne.

A jednak, mimo tych ochów i achów, męczyłam się z tymi książkami. Dlaczego?

Mam wrażenie, że szkopuł tkwi w tym, że wszystkiego jest zwyczajnie za dużo. Za dużo szczegółów, za dużo intryg, zbyt wielu bohaterów, których losy, owszem, krzyżują się ze sobą, ale ciągle w niejasny dla czytelnika sposób. Każdy ma plan, ale każdy z tych planów ma drugie i trzecie dno, tak samo jak każda z postaci ma swych powodów piętnaście, a przeszłość setki poziomów „w dół”. Przy tej książce nie można się odprężyć i pozwolić się nieść opowieści. Tu trzeba uważać i zapamiętywać. Teoretycznie dzieje się naprawdę dużo, we wcale nie długim odstępie czasu, ale czytelnik odczuwa, że akcja się wlecze, bo ciągle nic nie wie. Owszem, będzie zżerać go ciekawość, ale to napięcie jest źle stopniowane. Za wolno. Do połowy drugiego tomu dalej mamy zakryte wszystkie karty. Dopiero później zaczyna się coś klarować, ale niech mnie, jeśli odpowiedzi nie rodzą jeszcze bardziej frustrujących pytań.

To sprawiło, że nie mogłam przeczytać całości jednym ciągiem. Czułam się zmęczona. Misterna intryga do misternej intrygi, misterną intrygą poganiana, to za dużo nawet jak na moje wybujałe wymagania w tej dziedzinie. Bardzo mi się podobało to, jak autorka buduje wielowymiarowe postacie, jak daje im motywacje i łączy je z innymi bohaterami pokrętnymi relacjami, ale coś wreszcie powinno zostać wyjaśnione. Któryś z planów przeprowadzony do końca. W ten sposób to może się ciągnąć jeszcze przez 14 tomów, a ja nie dotrwam do końca, bo zwyczajnie stracę nadzieję na rozwiązanie zagadki.

Podsumowując: generalnie jestem na tak. Przedksiężycowi to pozycja jak najbardziej warta uwagi, ponieważ większość jej składników to oryginalne i przemyślane elementy. Nie jest to jednak dobra lektura na leniwe, wolne popołudnie. Do tej książki siadajcie nastawieni nie tylko na przygodę i tajemnice, ale też uzbrojeni w cierpliwość i skupienie, jeśli potem chcecie zebrać wszystkie wątki do kupy i nie zagubić się w gąszczu intryg.

Na koniec dodam tylko jeszcze parę słów o wydaniu, bo jest zwyczajnie piękne. Na tym punkcie mam po prostu fioła, a czuję się w pełni usatysfakcjonowana. Wiem, że niektórych pewnie będzie straszyć cena okładkowa, ale te książki są tego warte. Nie tylko ze względu na treść, ale i na jakość oprawy czy papieru.

Tytuł: Przedksiężycowi. Tom I / Przedksiężycowi. Tom II
Cykl: Przedksiężycowi
Tom: 1 i 2
Autor: Anna Kańtoch
Wydawca: Powergraph
Data wydania: 17 kwietnia 2013
Liczba stron: 432 / 470
Oprawa: twarda
Cena: 42 zł za tom

 

About Kometa

W sieci znana też jako Koralina Jones. Redaktor naczelna Gavran.pl, główny administrator Forum Gavran ( http://forum.fan-dom.pl ), administruje także Thornem - oficjalną stroną Anety Jadowskiej ( http://anetajadowska.fan-dom.pl ). Współzałożycielka Grupy Fan-dom.pl . W wolnych chwilach recenzentka i blogerka.

View all posts by Kometa