Krew tyrana – recenzja

„Krew tyrana” stanowi drugi tom Trylogii Valisarów – osadzonej w quasi średniowiecznym świecie – historii o utraconej władzy i drodze do jej odzyskania.
Trzeba przyznać, iż Galeria Książki nie kazała długo czekać wielbicielom twórczości Fiony McIntosh i już w kilka miesięcy po premierze tomu pierwszego, na półki księgarń trafiła druga cześć cyklu. Jak na obecną sytuację, jaka ma miejsce na rynku książki, jest to tempo naprawdę ekspresowe, godne uznania i stawiania za przykład dla innych wydawców.
Muszę się przyznać, pierwszy tom – „Królewski wygnaniec” – nie zaspokoił moich oczekiwań w pełni, a nawet mogę rzec, że nie uczynił tego prawie wcale. Była to powieść dość schematyczna, w której trudno było doszukać się czegoś oryginalnego i niepowtarzalnego. Jak w porównaniu z nią wypada „Krew tyrana”? Często można spotkać się ze stwierdzeniem, że drugie tomy cykli zazwyczaj wypadają gorzej niż część otwierająca daną serię. W przypadku Trylogii Valisarów ta „reguła” nie ma miejsca i bez obaw mogę rzec, że drugi tom na pewno nie jest słabszy. W mojej prywatnej ocenie, książki te stoją na tym samym poziomie.
Akcja tej części historii młodego króla, brutalnie pozbawionego rodziny oraz tronu, dzieje się dziesięć lat po wydarzeniach znanych z „Królewskiego wygnańca”. Rozpoczynając lekturę miałam małe „ale o co chodzi?”, gdyż prolog powieści zabiera Czytelnika w czasy nam współczesne, jednocześnie pokazując gdzież to zapodziali się niektórzy spośród bohaterów. Ale po tej krótkiej wycieczce fabuła powraca do czasów jej przeznaczonych. Minęło już dziesięć lat odkąd Loethar sprawuje rządy, a mieszkańcom byłych królestw żyje się całkiem nieźle i spokojnie, ponieważ po pierwszych mordach i bestialstwach Barbarzyńca ze Stepów okazał się być rozsądnym władcą, któremu niekoniecznie zależy na bezsensownym rozlewie krwi. Jednakże, to nie podoba się części z jego rodaków, którzy nie zamierzają spokojnie patrzeć na taki rozwój sytuacji. Niestety, w moim odczuciu, wątek samego Loethara w tej części został zepchnięty na dalszy plan, a raczej przytłoczony przez losy, jakie McIntosh zgotowała dla pozostałych postaci. Co prawda, ma on swoje „momenty”, które (zwłaszcza w końcowej części powieści) mogą zaskakiwać, a już na pewno dzięki nim jego historia nabiera dynamiki, jednak przez większość książki stanowił tylko tło, brakowało mu wyrazistości. Szkoda, gdyż wbrew pozorom polubiłam w poprzednim tomie tego okrutnika i odebranie mu znaczącego miejsca w akcji niezbyt przypadło mi do gustu.
Można by, w związku z powyższym, pomyśleć, iż fabuła skupia się na Leonelu, który z kierującego się emocjami dzieciaka, stał się równie zapalczywym młodym mężczyzną. W jakimś sensie tak, bo przecież to opowieść o jego próbie powrotu na tron, jednak i on nie jest kluczową osobą w „Krwi tyrana”. Sama postać Leo w tym tomie mnie niezwykle irytowała. O ile w poprzednim był tylko zagubionym dzieckiem, którego uporządkowany świat z dnia na dzień legł w gruzach i w związku, z czym można mu było wybaczyć dość emocjonalne i nie zawsze racjonalne zachowanie, o tyle u o dekadę starszego człowieka takie podejście do pewnych spraw – impulsywne i bez zastanowienia – było już trudne do przełknięcia. Ponadto w Leonelu zaczęła się budzić rządza władzy, a wyższość, z jaką począł traktować swych starszych oraz bardziej doświadczonych towarzyszy, nie wzbudzała sympatii. W jego przypadku odniosłam wrażenie, iż to taka osoba, która może i chętnie odzyskałaby władzę nad państwem, przez co od innych (choćby podświadomie) oczekuje pomocy przez wzgląd na wierność koronie, ale sama osobiście w tym względzie niewiele jeszcze zrobiła. Prócz paru nierozważnych ruchów, które dały więcej złego niż dobrego, narażając życie niejednej osoby.
W moim prywatnym odczuciu, główne skrzypce w tym tomie gra wątek Pivena, a zaraz po nim Lily i Kirina. Tak naprawdę, niemal wszystko w „Krwi tyrana” obraca się wokół młodszego brata Leo i prób jego odnalezienia, a historia córki Grevena i umiejącego wnikać w umysły ludzi Obdarowanego również jest z nim mocno spleciona. To, co można powiedzieć o samym Pivenie, tak by nie zdradzać zbyt wiele, to fakt, iż nie jest już tak bezbronny i zagubiony, jak był w chwili, gdy widziano go po raz ostatni.
Oczywiście, prócz wspomnianych wyżej postaci, Fiona McIntosh losy bohaterów poznanych już wcześniej i tak naprawdę na kartach powieści pojawia się tylko jeden nowy, istotny gracz. Moim zdaniem bohaterom wykreowanym przez autorkę brakuje głębi, wyrazistości oraz wielowymiarowości. Czytelnikowi dane jest poznać ich tylko powierzchownie, a choć czasem pisarka starała się pokazać ich odczucia i wnętrze, ukazanie tej sfery ich osobowości wypadło mało naturalnie oraz płytko.
Sama fabuła książki nie jest zła, może nie rzuca na kolana oryginalnością, lecz też daleko jej do tych najgorszych, jakie zdarzyło mi się czytać. McIntosh nie gubi się w stworzonym przez siebie świecie, nie przeczy sama własnym słowom, a akcja powieści w 99,99 % trzyma się zasad logiki, dzięki czemu na parę pojawiających się w treści nieścisłości można przymknąć oko. Jednak tym, co chyba najbardziej było w tej powieści dla mnie niewiarygodnym, to sposób, w jaki wszystkie postacie okazały się być ze sobą powiązane – w sferze czy to czysto fizycznej, czy to „umysłowej” i jak bardzo niemal wszyscy pierwszoplanowi bohaterowie coś dla siebie znaczą. Drugi minus stanowiło to, iż oddalone od siebie osoby wpadały na te same pomysły i rozwiązania (nieważne jak nieprawdopodobne by one nie były) oraz dochodziły do tych samych wniosków.
Całość napisana jest prostym stylem, język powieści na ogół jest przystępny, chociaż zdarzają się momenty, kiedy jest on zbyt wyniosły i patetyczny, przez co słowa wypowiadane przez bohaterów nijak nie pasują do sytuacji, w której się znaleźli, a to niestety daje odczucie sztuczności i negatywnej śmieszności.
Jak już wspominałam w przypadku recenzji pierwszego tomu Trylogii Valisarów, ogólnie nie jest to najsłabszy cykl i z pewnością znajdą się tacy, dla których okaże się satysfakcjonującą lekturą. Jednak, według mnie, jest to raczej pozycja dla początkujących adeptów fantasy – natomiast dla osób bardziej zaawansowane w te klimaty, historia opisana przez Fionę McIntosh nie będzie czymś odkrywczym i nowym.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Galeria Książki

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf