Zwycięzca bierze wszystko – recenzja

Już 12 lipca na półkach polskich księgarni swoje miejsce znalazła kolejna książka Anety Jadowskiej – „Zwycięzca bierze wszystko”. Jest to trzeci tom heksalogii, opowiadającej o losach naszej rodzimej wiedźmy – Dory Wilk – i jej  nietypowych przyjaciołach. Pierwsza część przygód, „Złodziej dusz”, ukazała się w styczniu 2012 roku i wzbudziła wielki entuzjazm wśród czytelników urban fantasy, następna część, „Bogowie muszą być szaleni”, miała premierę w styczniu 2013 roku, kolejny raz wywołując falę zadowolenia wśród fanów polskiej fantastyki i jednocześnie wysoko podnosząc poprzeczkę pisarce. Czy i tym razem Aneta Jadowska podołała oczekiwaniom swoich fanów, czy utrzymała poziom?

Podobne myśli towarzyszyły także mnie, gdy sięgałam po egzemplarz „Zwycięzca bierze wszystko”, do tego doszła obawa, czy aby na pewno dobrze pamiętałam, co wydarzyło się wcześniej. Pełna wątpliwości zaczęłam czytać. Wielkie było moje zdziwienie, gdy po półrocznym oczekiwaniu przeniosłam się w czasie do miejsca, w którym rozstałam się z Dorą. Akcja dzieje się raptem dwa dni po wydarzeniach opisywanych w drugim tomie, pył poprzednich wydarzeń nie zdążył jeszcze opaść, a naszą wiedźmę dopadły kolejne kłopoty. Od razu powróciły do mnie obrazy z poprzedniego tomu, w którym była policjantka otrzymała nowe moce i przeszła magiczną metamorfozę, burząc porządek świata, wraz ze swymi wiernymi towarzyszami – niewinnym Aniołem Stróżem, Joshuą, oraz mrocznie przystojnym diabłem, Mironem – tworząc międzysystemowy triumwirat. Autorka sprawnie miesza nie tylko na wielkiej płaszczyźnie – Niebo-Piekło-Świat Magicznych – ale także w prywatnym życiu dobrze znanych nam bohaterów (trio: Dora, Miron, Joshua), którzy, po nieoczekiwanej przemianie, muszą poradzić sobie z burzą hormonów niczym u pogrążonych w buncie nastolatków, podsycaną szczyptą wyładowań magicznych i dojrzeć do ról, jakie wybrała dla nich autorka. Z pewnością nie było to łatwe, a Aneta Jadowska nie oszczędzała niczego swoim bohaterom, wkręcając ich w wir działań już od pierwszych kart powieści. Zdarzenia zapoczątkowane w pierwszym i drugim tomie mają tu swoje kontynuacje, ale, czytając „Zwycięzcę…”, miałam wrażenie, że nawet nie znając poprzednich części, odnalazłabym się w tym, co się aktualnie dzieje, m.in. przez wspomnienia głównej bohaterki.

Nie było tu miejsca na użalanie się nad swym losem i z pewnością nie było miejsca na nudę. Fabuła została skonstruowana tak, aby cały czas coś się działo, były momenty, w których myślałam, że to już punkt kulminacyjny, a rozwiązanie sprawy „tuż, tuż”, po czym spoglądałam na trzymaną w rękach książkę i sama nie wierzyłam, że jeszcze tyle stron przede mną. I dochodziłam do wniosku: no tak, to przecież Jadowska, taki styl. Jadowska nie Jadowska, po takiej dawce emocjonujących wydarzeń, paru mini „punktach kulminacyjnych” dochodząc do miejsca, w którym wszystko się rozwiązało poczułam lekki niedosyt. Tak, też ciężko mi w to uwierzyć, przecież od samego początku tyle się działo, było mnóstwo mocnych wrażeń, ale jak tak sobie teraz o tym myślę, to chyba dostałam więcej, niż oczekiwałam i stąd taka reakcja. Na studiach miałam wpajane, że produkt zawsze musi być zgodny ze specyfikacją klienta, nie może być w nim nic mniej, ani nic więcej. A ja zapomniałam, jaki styl prezentuje autorka, no i lata studiów jednak trochę mieszają w głowie. ;) A może po prostu efekt końcowy zagubił się trochę pośród tych wszystkich spektakularnych działań.

Autorka pozwala nam nie tylko lepiej poznać dotychczasowych bohaterów, podglądać ich rozwój – spokojnie, wszystkich zaniepokojonych nadmierną ilością nabytych przez Dorę mocy, mogę chyba uspokoić:  nie nabywa ona nowych zdolności, tylko poznaje i rozwija te, które już otrzymała. Do gry wkraczają również ciekawe osobistości. Poznajemy kilku nowych graczy, w tym tajemniczego Abbadona, wymienionego przez wydawcę na tylnej okładce.  Postacie te są dobrze skrojone, charakterne (a jakże), realistyczne. Autorka z pewnością przemyślała ich konstrukcję, ale mam zastrzeżenia, co do kreacji pewnego upierdliwego anioła – nie, nie jest nim Joshua. Jak dla mnie jest zgrzyt i mam nadzieję, że ktoś w niebiańskim dziale rozhukanej biurokracji przeoczył/zapomniał wystawić bilet/u do Piekła dla tego kogoś – bo chyba nie przełknę takiego, moim zdaniem, niedopatrzenia.

Wykreowany w cyklu świat jest dobrze opisany, spójny i logiczny, uniwersum pełne jest magicznych stworzeń, także w tym tomie poznajemy kilka nowych istot, w dodatku znanych Dorze z czasów dzieciństwa. Momentami akcja z magicznego Thornu przenosi się do świata ludzi, na obrzeża Torunia, gdzie po części wychowywała się wiedźma, momentami do Nieba. (Powiem Wam szczerze, że jeśli Niebo wygląda tak jak w książce Jadowskiej, to ja wcale nie mam ochoty się tam wybierać.) I tylko trochę ubolewam nad tym, że w urban fantasy brakło trochę czynnika urban… Liczę, że obietnica samej autorki się spełni i akcja już wkrótce przeniesie się do właściwego miasta. ;)

Uważam, że „Zwycięzca bierze wszystko” trzyma poziom, z rozdziału na rozdział podsyca apetyt czytelniczy i z pewnością zawiera w sobie humor, który tak lubię, a wynagradzał mi on matkowanie przez Dorę wszelkim stworzeniom. O ile w drugim tomie trochę zakłócało mi to odbiór, to w tym chyba już przyzwyczaiłam się do słodkich słówek i „dorowatości” Jady – ona taka jest i się nie zmieni, więc chyba nie pozostaje mi nic innego, jak polubić ją właśnie taką. Z drugiej strony, muszę przyznać, iż momentami czułam przesyt ilością pojawiających się na kartach powieści scen, w których nasze główne trio występuje razem. Ich ciągła nierozłączność zaczęła być dla mnie irytująca. I wcale mi się nie podoba to, w jaki sposób został potraktowany Joshua.

Z pewnością nie jest to książka dla małych dziewczynek i grzecznych chłopców, ponieważ znajdziemy tu kilka niecenzuralnych zwrotów i, może przez niektórych wyczekiwaną, a może wręcz przeciwnie, scenę łóżkową. Jestem ciekawa, co jeszcze czeka nasz trójkąt i jak pewne kwestie zostaną rozwiązane.

Z pewnością wszystkim, którzy pokochali Dorę, polubili jej towarzyszy doli i niedoli oraz zauroczyli się magiczną aurą uniwersum, książka się spodoba, ba – jestem pewna, że już niecierpliwie wypatrują jej na półkach księgarni. Polecam, naprawdę warto.