EDIT 04/01/2022: Poniższe opowiadanie zostało zaktualizowane na życzenie autorki. Jest to nowa, poprawiona wersja tego tekstu.

rok-z-polskimi-piorko

Wszystko, co dobre, niestety szybko się kończy i to samo tyczy się ładnej (choć nieco męczącej) pogody, dla wielu osób okresu wakacyjnego, a u nas miesiąca poświęconego na przybliżenie sylwetki Agnieszki Hałas. Mam nadzieję, że poczuliście się zachęceni do zapoznania się z dorobkiem literackim tejże autorki i przypadnie Wam on do gustu. Ale, ale, ważne, aby odejść z hukiem, prawda? Dlatego w tym ostatnim wpisie prezentuję Wam niespodziankę od Agnieszki – niepublikowane nigdzie wcześniej opowiadanie „Druga strona słońca”, zawierające w sobie szczyptę horroru oraz przytulania się w wersji bardziej zaawansowanej. :-) Miłej lektury!

Od autorki:

W roku 2013 napisałam opowiadanie pt. „Druga strona słońca” i zostało ono zamieszczone online tu na portalu Gavran. W 2021 r. podczas pracy nad zbiorem opowiadań pt. „Świerszcze w soli” postanowiłam wrócić do tego tekstu sprzed ośmiu lat i częściowo napisać go od nowa, zmieniając też tytuł. Obecnie możecie przeczytać poniżej nową wersję, powiązaną fabularnie z niektórymi innymi opowiadaniami ze zbioru, który najprawdopodobniej ukaże się drukiem w 2022 r. nakładem wydawnictwa SQN.

Agnieszka Hałas

Po drugiej stronie gwiazd

Then I open up and see
The person falling here is me
A different way to be

(The Cranberries, „Dreams”)

1.

– Mogę wam powiedzieć sekret – mówi ta obca dziewczynka, Nela. Siedzi na trzepaku, wymachując nogami w różowych sandałkach, i uśmiecha się zagadkowo.

Trzy przyjaciółki, Arleta, Karolina i Sylwia, patrzą na nią ciekawie. Nela jest drobniutka, ma wielkie ciemne oczy jak zwierzak z kreskówki. Przyjechała tu na czerwonym chłopięcym beemiksie. Twierdzi, że ma jedenaście lat i mieszka na sąsiedniej ulicy.

– To znaczy? – pyta Arleta.

– Wiem, jak można otworzyć przejście do innego świata i wezwać stamtąd duchy. – W oczach Neli pojawia się dziwny, przekorny błysk. – Można się z nimi zaprzyjaźnić, jeśli zechcą. Czasem nawet spełniają życzenia.

Zapada pełna konsternacji cisza, a potem Arleta wybucha śmiechem.

Ma dwanaście lat, okrągłą buzię i długie ciemne włosy. Jej rozwiedziona mama dużo pracuje i często wyjeżdża, więc Arletę przez większość czasu wychowuje babcia.

– Nie ma żadnych innych światów. Ściągnęłaś to z książek o Narnii!

O dziwo Nela nie wygląda na urażoną.

– Nieprawda. Mogę wam powiedzieć, co trzeba zrobić, i same się przekonacie.

– No to powiedz.

– Powiedz – dołącza się Karolina, rówieśniczka Arlety. Piegowata i pulchna, ma grubego, wesołego ojca i mnóstwo zabawek, ale jej mama jest chuda, surowa i ciągle jej czegoś zabrania.

Nela wygląda na uszczęśliwioną, że zdołała je zaciekawić. Nie spieszy się z odpowiedzią. Wydmuchuje balon owocowej gumy, strzela, żuje.

– Jest taki specjalny rytuał. Potrzebne są trzy osoby, trzy świeczki, sól i kamyk z cmentarza. Więcej wam nie powiem, chyba że zapłacicie.

Patrzą na siebie niepewnie, a Karolina sięga do kieszeni po portmonetkę.

– Nie chcę pieniędzy. – Nela spogląda na Karolinę. – Od ciebie chcę… lalkę Barbie. Od ciebie – zwraca się do Arlety – ten komiks, który nam wczoraj pokazywałaś.

Ignorując ich zaskoczone miny, wbija spojrzenie w Sylwię. Ta wygląda na speszoną, spuszcza głowę.

Jasnowłosa, wysoka Sylwia niedawno skończyła piętnaście lat. Dwukrotnie nie zdała do następnej klasy. Mówi wolno, często się jąka. Kretynka, debilka, tępy kloc – tak woła na nią ojczym, nie przejmując się, że sąsiedzi słyszą. Babcia Arlety twierdzi, że to chory człowiek. Kiedyś o mało nie skopał na śmierć psiaka, którego Sylwia chciała przygarnąć. Podobno ją bije, chociaż Sylwia nigdy się na niego nie skarży.

Lgnie do Arlety i Karoliny, bo jej nie dokuczają, nie wyśmiewają się, może dlatego, że są od niej prawie trzy lata młodsze.

Nela patrzy na Sylwię z namysłem, mrużąc te swoje oczy jelonka Bambi.

– A od ciebie chcę… twoją bransoletkę.

– Ma… masz. – Sylwia odpina z nadgarstka ozdobę z plastikowych perełek, zadowolona, że ma coś, czym może zapłacić. Bransoletki jej nie żal; była prezentem dołączonym do balsamu, który kupiła sobie mama. I tak pewnie rozleciałaby się za tydzień.

– Dam ci ten komiks – włącza się Arleta. – Ale jutro, bo teraz nikogo nie ma w domu, a ja nie mam klucza. – Patrzy wyczekująco na Karolinę. Ta kręci głową.

– Nie dam ci lalki, Nela. Jak chcesz, mogę ci kupić dużą czekoladę. Albo dać pięć złotych.

Nela tylko się uśmiecha i dalej żuje gumę.

– Nie chcę pięciu złotych. Chcę twoją lalkę.

– Dobra – oznajmia Arleta, która lubi rozstrzygać podwórkowe konflikty – to ja ci jutro dam i komiks, i lalkę, jedną z moich. Powiedz nam, jak się odprawia ten rytuał!

Nela zapina bransoletkę na nadgarstku i zeskakuje z trzepaka.

– Rytuał jest dla trzech osób. Powiem wam, jak zapłacicie wszystkie trzy. Teraz już muszę iść. Cześć!

Wsiada na czerwony rower i odjeżdża, znikając między blokami.

Trzy przyjaciółki patrzą na siebie skonfundowane. Arleta znów odzywa się pierwsza.

– Ej, co sądzicie?

Karolina milczy, wpatrując się w ziemię. Sylwia podnosi wzrok.

– Chcę, żeby nam po… po… powiedziała. Je… jestem ciekawa. – Naprawdę rzadko się zdarza, żeby wypowiedziała za jednym razem tyle słów.

– Ja się w to nie bawię – powtarza z uporem Karolina. – Ona jest jakaś porąbana. I niby czemu to ja mam jej dać lalkę?

Może dlatego, że ty masz pięć, ja trzy, a Sylwia ani jednej. Ale Arleta nie mówi tego na głos, bo skąd obca dziewczynka miałaby wiedzieć? Zwłaszcza że Karolina zawsze wynosi na dwór tylko jedną swoją lalkę, tę najtańszą i najbrzydszą, „bo jeszcze ktoś ci zabierze albo zepsuje”.

– Weź, nie bądź taka – stwierdza tylko. – Daj jej tą Barbie, a ja ci oddam jedną z moich.

– Ale chcesz się bawić w jakieś rytuały? Ja myślę, że Nela nas wkręca.

– Nie no, jak się okaże, że nas wkręciła, to jej powiem, że ma wszystko oddać i koniec – ucina Arleta. I sprawa jest już w zasadzie postanowiona.

Ale następnego dnia Nela się nie zjawia, drugiego i trzeciego też nie.

– Widzisz, niepotrzebnie jej dałaś bransoletkę – mówi Karolina do Sylwii, kiedy siedzą we dwie na trzepaku (Arleta pojechała z rodzicami na zakupy). Sylwia tylko wzrusza ramionami. Na jej policzku widnieje siniak.

– Co ci się stało w buzię? – pyta Karolina. Sylwia pochmurnieje, milczy. Karolina domyśla się, że siniak to prezent od ojczyma, i nie drąży tematu.

* * *

– Ależ ulewa – mówi ojczym do matki. O szyby bębni deszcz. – Może zabierzesz się z nami, jak będziemy jechać do kina?

– Nie, muszę wcześniej wyjść, żeby móc chwilę posiedzieć u Anity, nie tylko wpaść, dać prezent i lecieć.

– To weź taksówkę.

– Nie jestem z cukru, nic mi nie będzie – odpowiada matka. Uśmiecha się zadowolona, że ma takiego troskliwego męża.

W mieszkaniu pachnie ziemniaczaną zapiekanką z boczkiem. Sylwia wyłącza piekarnik. Bierze garnek zupy razem z chochelką i niesie go do pokoju. Sobotnie i niedzielne obiady zawsze jedzą wszyscy razem. Ojczym – macoch, jak dziewczyna nazywa go w myślach – nalewa wszystkim; Damiankowi oczywiście pierwszemu, jej na końcu.

Zaczynają jeść, ale po chwili macoch opuszcza łyżkę.

– Co to jest? Coś ty ugotowała?

– Ja… jarzynową… – mamrocze Sylwia, tracąc resztki pewności siebie. Kuli się na krześle, jakby chciała zniknąć.

– Tak, jasne, a co to jest? – Macoch unosi na łyżce grube żółte pasmo.

– Po… po… pory…

– Nie wiesz, że pory się albo kroi na plasterki, albo wyławia z wywaru? Nie będę jadł tych śmieci. – Ojczym bierze talerz, idzie do WC i wylewa zawartość do muszli.

– To ja też nie. – Damianek odsuwa talerz, który macoch również zabiera do toalety i wylewa.

Sylwia schyla głowę, do oczu napływają łzy wstydu.

– Zrób z tym porządek – dodaje ojczym, wskazując kawałki gotowanych warzyw, które przylepiły się we wnętrzu muszli. Sylwia w milczeniu spuszcza wodę, myje muszlę domestosem i znów naciska guzik spłuczki. Potem myje ręce, z powrotem siada przy stole i szybko dojada swoją zupę, która zdążyła wystygnąć. Rodzina w tym czasie zabrała się już za drugie danie. Rozdzielili między siebie prawie całą zapiekankę, dla Sylwii zostało tylko kilka łyżek. Macoch patrzy na nią drwiąco, może oczekując protestu. Dziewczyna bez słowa zjada to, co jej zostawili.

Kiedy czajnik zaczyna gwizdać, Sylwia wstaje i zalewa herbatę dla wszystkich.

Damianek, który zostawił na talerzu rozbabrane resztki zapiekanki, zaczyna chrupać delicje prosto z pudełka. Sylwia też chce wziąć ciastko, ale ojczym przestawia pudełko poza zasięg jej rąk.

– Ty nie. Dupsko ci rośnie.

Damianek chichocze. Matka nic nie mówi. Dopija herbatę, wynosi swój talerz do kuchni, zabiera stamtąd schludnie zapakowane kanapki przygotowane przez córkę. Czesze się w przedpokoju, sprawdza, czy ma w torbie wszystko, co potrzebne.

Sylwia wynosi z pokoju resztę brudnych naczyń i bierze się za zmywanie. Chwilę później, kiedy matka zakłada buty i bierze parasol, macoch wchodzi do kuchni.

– Jak zmywasz te naczynia? Źle płuczesz. Za długo. Marnujesz wodę.

Siada wygodnie, opierając nogi na krześle, wyjmuje papierosa, zapala. Pali, strzepując popiół do popielniczki, i obserwuje ją z tym swoim drwiącym uśmieszkiem.

Sylwia nic nie mówi, ale najchętniej zdzieliłaby go garnkiem w głowę tak, żeby pękła czaszka. Drżącymi rękami kończy zmywać. Starannie płucze zmywak, wyciera dłonie i z ulgą widzi, że ojczym rozłożył gazetę. Z pokoju słychać włączony telewizor – Damianek ogląda kreskówkę. Za pół godziny macoch zabierze go do kina, tak jak obiecał.

– Mo… mogę iść na dwór? – pyta cicho Sylwia. Zrobiła dzisiaj wszystko, co wypisał rano na kartce: odkurzyła mieszkanie, umyła łazienkę i podłogę w kuchni, poskładała pranie z suszarki, wyprasowała koszulki Damianka. Ale zawsze znajdzie się coś jeszcze.

– Idź – mruczy macoch, zajęty artykułem o zmianach w prawie podatkowym. Nigdy nie pyta, czy odrobiła lekcje. Matka czasem tak, ale już jej nie ma. Pojechała z prezentem do swojej chrześniaczki, która obchodzi dziś urodziny, a potem na dyżur do szpitala.

Na klatce schodowej Sylwia oddycha głęboko. Boli ją brzuch, cała jest spięta, nakręcona jak sprężyna. W gardle ma gorzką kulę wstydu i niewykrzyczanej wściekłości zbierającej się kropla po kropli od trzech lat. Ten gar zaczyna powoli wrzeć, od czasu do czasu grzechocze przykrywką. Jak wczoraj, kiedy zaklęła pod nosem po czymś, co macoch jej powiedział, i zarobiła w twarz, a matka tylko stwierdziła „za takie słownictwo należało ci się”.

– Hej! – słyszy nagle. To Nela macha do niej spod drzwi klatki. Drugą ręką przytrzymuje swój rower. Sylwia podbiega do niej.

– Ma… masz moją bransoletkę – mówi nieśmiało i zaraz dodaje: – Ale mo… możesz ją zatrzymać, jak chcesz.

– Słuchaj – mówi Nela. – Nie będzie żadnego wzywania duchów. Sorry, dostałam ochrzan i mam was nie wciągać w takie zabawy. Ale ty masz przesrane w domu z tym twoim ojczymem, nie?

Sylwia jest zbyt zaskoczona pytaniem, żeby się oburzyć.

– Skąd wie… wie… wie… – Przeklęte jąkanie nie pozwala jej dokończyć.

– Wiem różne rzeczy. – Nela patrzy na nią ciemnymi oczami spod przydługiej grzywki. – Okłamałam was, wcale nie mieszkam ulicę dalej. Mieszkam po drugiej stronie gwiazd. I jestem czarownicą.

Podciąga bluzeczkę, żeby pokazać dużą, poszarpaną bliznę na opalonym brzuchu.

– To moje znamię. Pozwala mi w nocy latać w powietrzu…

– Ja… jaja so… sobie ze mnie robisz… – Sylwia parska wymuszonym śmiechem.

– …a twój tata miał na imię Edward, był historykiem i zmarł na raka mózgu. Na dzień przed tym, zanim powiedział tobie i mamie o diagnozie, bawiliście się w domu w muszkieterów. Kiedyś, jak jeszcze byłaś mała, przyniósł do domu rudego kotka, który dwa lata później wpadł pod samochód. Masz na ścianie nad biurkiem swoje zdjęcie z tatą i z tym kotem.

Sylwia tylko gapi się na nią.

Nela wyciąga z różowego plecaczka złożoną kartkę i wsuwa jej w dłoń.

– Słuchaj, jeśli chcesz mieć już na zawsze spokój z ojczymem, zrób to, co jest tutaj napisane. Tylko nikomu nie mów.

Zdumiona Sylwia nie wie, co odpowiedzieć. Rozkłada pożółkły papier, widzi linijki tekstu wystukanego na maszynie. Obraca kartkę – na odwrotnej stronie widnieją naszkicowane czarnym atramentem skrzydlate postacie.

Nela tymczasem odjeżdża na swoim czerwonym rowerze.

* * *

– Arleta?

– Aha?

– Chcę ci co… co… coś po… po… pokazać. – Sylwia ze zdenerwowania jąka się tak okropnie, że z trudem udaje jej się dokończyć zdanie. – Zo… zobacz.

Arleta rozkłada pożółkłą kartkę, po czym patrzy zdziwiona na koleżankę.

– No i? Tu nic nie ma.

– Nie wi… widzisz, co tu jest na… na… na…

– Tu nic nie jest napisane. – Arleta uśmiecha się z nagłym zrozumieniem. – To miał być żart?

– No. – Sylwia po sekundzie zawahania też się uśmiecha. – To taki żart.

Starannie składa kartkę i chowa do kieszeni. Arleta tymczasem myśli ze współczuciem, że Sylwia chyba naprawdę jest trochę opóźniona w rozwoju.

* * *

Sylwia przez cały sobotni wieczór rozmyśla o kartce i o Neli.

W niedzielę macoch na szczęście lubi się dobrze wyspać i nie kręci się rano po kuchni. Sylwia może w spokoju zjeść śniadanie, nie dowiadując się, że od kakao i bułek urośnie jej brzuchol jak ruski czołg. Matka wróciła ze szpitala i pije kawę, oparłszy spuchnięte nogi na stołeczku. Ni z tego, ni z owego zbiera się jej na rodzicielską troskę.

– Sylwia?

– Aha?

– Uważaj, jak przechodzisz przez ulicę, nawet na światłach. Ty wiesz, że miesiąc temu doktor Monika operowała dziewczynkę, która mieszkała tu na sąsiedniej ulicy?

– Nie.

– Jak to, nie mówiłam ci wtedy?

– Nie…

– Jeździła rowerem i potrącił ją samochód. Przenieśli ją później na neurologię, była w śpiączce i widzę, że teraz zmarła, bo na bramie wisi klepsydra. Miała jedenaście lat. Nazywała się Nela.

Kęs bułki z białym serem prawie staje Sylwii w gardle, a dłoń odruchowo wędruje do kieszeni, żeby dotknąć złożonej kartki. Wyrzucić, nie wyrzucić? Nie wyrzucę, nie ma mowy – myśli Sylwia, kiedy do kuchni wchodzi ziewający macoch w samych spodniach od piżamy, drapiąc się po brzuchu.

– Panno Żylińska! – Celuje w Sylwię palcem. – Znowu zostawiłaś plecak w przedpokoju! A mówiłem…

– Prze… przepraszam. – Sylwia garbi się nad kubkiem z resztką kakao.

– Za karę wyczyścisz nam wszystkim buty. Mają błyszczeć, zanim pójdziemy do kościoła.

– Do… dobrze.

* * *

– Czytanie z listu świętego Pawła Apostoła do Koryntian…

Damianek, choć ledwo go widać zza pulpitu, czyta bez zająknięcia. Sylwia nie patrzy na macocha, ale wie, że ten wprost pęcznieje z dumy.

Po mszy, przed kościołem, nieoczekiwanie zaczepia ich ciocia Beata: wystrojona, na obcasach, dobrze zakonserwowana pod mocnym makijażem. Mieszka teraz na drugim końcu miasta, ale – jak się okazuje – przyjechała tu załatwić z proboszczem formalności w związku ze ślubem córki, który ma się odbyć w tej parafii.

– Jejku, jaki ten Damianek mądry – zachwyca się po wymianie powitalnych uprzejmości i cmoknięć w powietrze. – Jak już pięknie czyta. A Sylwia to w tym roku do liceum idzie, nie?

Sylwia oblewa się rumieńcem, najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Matka marszczy brwi.

– Nie. Dopiero przeszła do siódmej klasy.

– Jak to? – pyta zaszokowana ciocia Beata.

– Tak to – odpowiada kwaśno matka. – Dwa razy powtarzała rok.

– Jak już skończy podstawówkę, to pewnie pójdzie do zawodówki krawieckiej – dodaje ojczym. – Nie poradziłaby sobie w liceum.

Gorzka gula znowu rośnie w gardle, dławi. Sylwia przełyka, czując na sobie drwiący wzrok macocha.

Później, w mieszkaniu, spodziewa się złośliwego komentarza, ale nie tym razem. Macoch bez słowa idzie do sypialni zmienić koszulę i spodnie od garnituru na domowe ubranie, potem bierze z lodówki puszkę piwa, otwiera z sykiem. Matka z Damiankiem w oczekiwaniu na obiad grają w grę planszową, którą Damianek dostał na ósme urodziny. Pachnie niedzielnie – pieczonym mięsem, czosnkiem i majerankiem. Sylwia nakrywa do stołu, pewna, że wszystko jest jak należy – zupa na małym ogniu, indyk w piekarniku, kartofle się gotują – kiedy nagle słyszy głos ojczyma.

– Panno Żylińska!

Rzuca sztućce na stół i biegnie. Macoch stoi w kuchni nad koszem na śmieci.

– Jak obrałaś te kartofle? – Wyciąga z odpadków kręty pasek łupiny. – Szybko, szybko i pół każdego kartofla do śmieci, tak? Oboje z matką harujemy jak dzikie osły, żebyście mieli co jeść!

Ciska w nią garścią łupin i wychodzi z kuchni.

– Sprzątnij to – rzuca przez ramię.

Zaciskając zęby, Sylwia postanawia, że zrobi to, co jest napisane na kartce.

We wtorek – myśli. Kiedy on pojedzie do Warszawy.

* * *

Dochodzi północ. Matka ma nocny dyżur w szpitalu, macoch jest na szkoleniu w Warszawie i wróci dopiero jutro, a Damianek śpi.

Sylwia stawia na biurku talerzyk, na nim świeczkę w kształcie choinki. Ma nadzieję, że kształt jest bez znaczenia, skoro to prawdziwy pszczeli wosk, a nie stearyna. Instrukcje z kartki zaznaczają, że koniecznie musi być wosk.

Biurko jest wspólne, jej i Damianka, co w praktyce oznacza, że korzysta z niego prawie wyłącznie Damianek. Na ścianie wiszą przyklejone przezroczystą taśmą obrazki z dinozaurami (Damianek uwielbia dinozaury) oraz plakaty z postaciami z kreskówek: Król Lew, Superman, Batman. Ale świeczka oświetla też wycięte z programu telewizyjnego zdjęcie – kadr z którejś ekranizacji „Trzech muszkieterów” („jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”) – oraz fotografię w zielonej ramce. Szczęśliwe trio na kanapie: uśmiechnięta pięcioletnia Sylwia na kolanach taty, a na rękach Sylwii rudy kot.

Dziewczyna po raz dwudziesty czyta instrukcje zawarte na kartce.

Sylwia wcale nie jest głupia ani opóźniona w rozwoju. Czwartą klasę – wtedy w jej życiu jeszcze nie było macocha – powtarzała dlatego, że to w tamtym roku umierał tata. Umierał długo, od stycznia do kwietnia. Wkrótce po pogrzebie Sylwia zachorowała na zapalenie wyrostka, które się powikłało, tak że zamiast kilku dni przeleżała w szpitalu prawie miesiąc. Zanim wyzdrowiała, zrobił się koniec maja i z samymi jedynkami mogła zapomnieć o zdaniu do następnej klasy. „Niech zostanie na drugi rok, no trudno, wie pani: w piątej sobie nie poradzi” – tak powiedziała mamie wychowawczyni.

Półtora roku później mama wyszła po raz drugi za mąż i wprowadził się do nich macoch razem z Damiankiem. Owdowiały tata z siwizną na skroniach, taki dzielny, męski, elegancki, dobrze zarabiający i wychowujący samotnie synka. A mniej więcej miesiąc po ślubie się zaczęło. Panno Żylińska (ojciec miał na nazwisko Żyliński), jąkało, debilko, żarłoku, tępy klocu, powinniśmy cię oddać do zakładu. Sprzątanie, gotowanie, opiekowanie się Damiankiem, wiecznie niepoodrabiane lekcje, w szkole trzęsące się ręce, gula w gardle i pustka w głowie.

Ale Sylwia wcale nie jest głupia.

Z polskiego oczywiście jedzie na dwójach i trójach, bo ona i ortografia są wrogami od zawsze, a w dodatku nauczycielka nie ma cierpliwości do jej jąkania i brzydkiego charakteru pisma. Ale Sylwia czyta książki bez żadnego problemu, pod warunkiem, że nie musi tego robić na głos. Odcyfrowanie nieco dziwnego tekstu, na szczęście wystukanego czytelną czcionką, nie stanowi dla niej problemu.

Rzut oka na zegarek – tak, już jest północ. Dziewczyna bierze głęboki oddech, składa ręce i szeptem odczytuje z kartki „Ojcze nasz” zapisane wspak:

– Złego ode zbaw nas ale, pokuszenie na nas wódź nie i…

A potem formułę, przy której jakimś sposobem udaje jej się ani razu nie zająknąć:

IAO IAO IAO ARISTO

Przyzywam tego, kto zasiada po drugiej stronie gwiazd.

Ty, który jesteś porankiem i ciemnością, przyjdź do mnie. Ofiarowuję ci moją głowę, moje oczy, moje usta, moją szyję i pierś, moje dłonie i stopy, moje serce.

Białe ibisy, przed którymi nie ma tajemnic, weźcie moje imię i zanieście temu, który króluje poza czasem.

Czarne łabędzie, zaklinam was, zabierzcie ode mnie wszelki ból, tak jak chmury odchodzą poza horyzont.

Ty, który królujesz poza czasem, ręko prowadząca zagubionych, ofiaruj mi życie wieczne. Teraz, teraz, szybko, szybko. Który zasiadasz po drugiej stronie gwiazd, zabierz mnie do swego królestwa, teraz, teraz, szybko, szybko.

Składa kartkę z powrotem i chowa na dnie swojej szuflady z bielizną, ale po namyśle wyciąga ją stamtąd – cholera wie, co macochowi może przyjść do głowy, już wcześniej zdarzało mu się grzebać w jej rzeczach – i wsuwa między ramę łóżka a materac. Potem zdmuchuje świeczkę i kładzie się spać.

* * *

W mieszkaniu na trzecim piętrze słychać pokapywanie z kranu i miarowe chrapanie za drzwiami sypialni rodziców. W pokoju Karoliny okno jest uchylone, wiatr lekko porusza zasłoną.

Karolina śni o czarnym jak smoła morzu pod nocnym niebem. Na horyzoncie płonie łuna, odbija się w falach.

Po morzu płynie czarna łódź z czarnym żaglem, w której tłoczą się lalki Barbie. Wiatr szarpie ich jasne włosy, różowe malowane usta uśmiechają się słodko.

Łodzią steruje postać spowita ciemnym płaszczem, o głowie ptaka z długim, zakrzywionym dziobem. Ibis – myśli Karolina. To ibis.

Spojrzenie jego paciorkowatych oczu jest tak straszne, że przechodzi ją dreszcz. A potem dociera do niej, że wszystkie lalki są brudne, od stóp do głów umazane ziemią. Po ich włosach i poszarpanych ubrankach pełzają wielkie, tłuste robaki.

Karolina budzi się oddychając szybko. Nie pamięta dokładnie, co ją tak przestraszyło, ale już do rana nie może zasnąć.

W mieszkaniu na drugim piętrze Arlecie śnią się czarne łabędzie. Lecą w kluczu jak dzikie gęsi, kierując się w stronę wschodzącego słońca, i pokrzykują dziwnymi, śpiewnymi głosami, niepokojąco podobnymi do ludzkich.

W mieszkaniu na parterze Sylwia także śni.

W jej śnie jest jesień, zimny listopad. Zapada zmierzch, mży deszcz, a ona idzie samotnie przez miasto. Dziwnie podekscytowana, choć nie wie jeszcze, dlaczego. Wędruje za głosem niesionym przez wiatr, szepczącym:

Czekamy na ciebie.

Na trawiastym skwerze, przez który w roku szkolnym co rano przechodzi wydeptaną na dziko ścieżką, teraz znajduje się rozlewisko – nieruchoma tafla wody wśród grząskiego błocka. Nad jego brzegiem kołyszą się uschłe trzciny, szeleszcząc na wietrze. I znów słychać ten szept.

Chodź.

Sylwia zatrzymuje się nad brzegiem rozlewiska. Wie, co musi zrobić.

Powoli zdejmuje ubranie i staje zupełnie naga w kropiącym deszczu. W środku miasta, między blokami, ale to bez znaczenia, bo tylko śni. Jest przezroczysta, zarazem ma ciało i go nie ma. Ludzie przechodzą przez nią tak, jak przechodzą przez czarne jezioro – nie widząc go, nie wiedząc o nim.

Skacze do ciemnej wody i nurkuje, czuje przeszywające zimno, ale tylko przez moment. Mroczna głębia wokół niej rozkwita gwiazdami, staje się nieskończoną przestrzenią, w której Sylwia rozkłada świetliste skrzydła i frunie, frunie ponad miastem utkanym z księżycowego światła, gdzie rosną cyprysy tak strzeliste jak wieże. Widzi naokoło inne jaśniejące istoty, jedne podobne do aniołów, inne do ibisów, łabędzi i smoków. Wszystkie pozdrawiają ją śpiewnymi okrzykami.

A potem się budzi.

Sen pierzcha, pozostawiając tylko echo, cień obrazów. Patrząc w ciemność, dziewczyna żałuje, że musiała powrócić do świata jawy. I nagle słyszy w głowie głos, równie rzeczywisty jak tam, po drugiej stronie.

Jutro po ciebie przyjdziemy.

2.

Wysłana przez babcię do sklepu Arleta wraca na skróty przez trawiasty skwer za placem zabaw. Zatrzymuje się jak wryta, kiedy ktoś chwiejnym krokiem wychodzi zza kępy krzaków.

Chociaż jest lato, mężczyzna ma na sobie rozpięte brudne palto, założone na kilka warstw równie brudnej odzieży. Pozlepiane włosy opadają mu na ramiona, broda upaprana jest resztkami jedzenia.

W nozdrza Arlety uderza kwaśny, obrzydliwy smród.

Bezdomny staje i patrzy na nią. Coś w jego wzroku ją przeraża, ale nogi Arlety są jak wrośnięte w ziemię, nie chcą dać ani kroku w tył.

– Uważaj, dziewczynko – chrypi menel. – Szatan poluje na takie niewinne dzieci jak ty.

Słowa przełamują jej oszołomienie. Arleta odwraca się na pięcie i ucieka ile sił w nogach.

* * *

Na zewnątrz słychać pokrzykiwania dzieciaków, ale w mieszkaniu jest cicho. Matka pojechała do szpitala. Sylwia odrabia lekcje w salonie, co jakiś czas spoglądając na ścienny zegar. Przed dziewiętnastą wrócą macoch z Damiankiem i skończy się święty spokój.

W pewnej chwili ktoś puka w uchylone okno – ich mieszkanie jest na niskim parterze. Sylwia odwraca się i za szybą widzi nieznajomego chłopca.

Podbiega, otwiera okno szerzej. Chłopiec opiera się łokciami o parapet. Jest w jej wieku lub trochę starszy. Wygląda sympatycznie, ma rozwichrzone ciemne włosy i dżinsową kurtkę.

– Wezwałaś nas, więc przybyliśmy – mówi. – Zabierzemy cię stąd.

Jest dezorientująco żywy i rzeczywisty, w dodatku wygląda zupełnie nie tak, jak Sylwia się spodziewała. Gdy spostrzega jej wahanie, podnosi rękę, by pokazać bransoletkę z plastikowych perełek.

IAO IAO Aristo – mówi śpiewnie. – Nela też jest jego poddaną.

Oszołomiona Sylwia usiłuje jakoś dojść do ładu z sytuacją. Sny, co by nie mówić, nie spełniają się codziennie. Zastanawia się, co spakować na szybko do szkolnego plecaka.

– Niczego nie potrzebujesz – dodaje chłopiec, jakby czytając w jej myślach. – Chodź, nie zwlekaj. Fra Renato czeka przed klatką.

– Zaraz! – odpowiada Sylwia, znów jakimś cudem się nie jąkając. – Muszę jeszcze załatwić jedną rzecz.

– To znaczy?

– Muszę podziękować ojczymowi za troskliwą opiekę. – Zaciska pięści.

Chłopiec błyska zębami w uśmiechu.

– Rozumiem. Tylko się pospiesz. Czekamy przed blokiem.

Sylwia zamyka okno. Wyjmuje z szuflady nożyczki krawieckie i idzie do szafy, gdzie wiszą rzeczy macocha. Po pięciu minutach wszystkie koszule i marynarki mają odcięte albo przynajmniej podziurawione rękawy. Nie oszczędziła też spodni i przede wszystkim krawatów, jego ukochanych drogich krawatów, które zawsze tak pieczołowicie dobierał do reszty stroju.

Po namyśle przynosi jeszcze z lodówki śmietanę i wlewa ją w przedpokoju do kraciastych męskich kapci oraz czterech par eleganckich półbutów.

Rzut oka na zegar – dochodzi dziewiętnasta, macoch zjawi się lada chwila. Sylwia z bijącym sercem zamyka mieszkanie na klucz i wybiega na ulicę.

Zaraz za drzwiami na klatkę staje jak wryta, bo oprócz chłopca czeka tam ktoś jeszcze. Starszy mężczyzna, chyba w wieku jej dziadka, z siwymi włosami i krótką brodą, w dżinsach i flanelowej koszuli w kratę. Krzywiąc się zerka na zegarek.

– Jest późno – oznajmia.

– Późno – przytakuje chłopiec. – Chodźmy.

Sylwia chciałaby spytać, dokąd zamierzają ją zabrać, ale nie ma odwagi.

Idą dwie ulice dalej, na podwórze za obskurną starą kamieniczką. Starzec otwiera kluczem drzwi pokryte łuszczącą się farbą. Po lewej jest obsprejowana brzydkimi napisami klatka schodowa. Po prawej wąskie schody prowadzą w mrok piwnicy, śmierdzący stęchlizną i kocim moczem.

– Musimy tam zejść – mówi starzec. Sylwia zerka na niego, potem na chłopca i mrozi ją dreszcz, bo dopiero teraz spostrzega szczegóły, których wcześniej nie widziała lub nie chciała dostrzec. Sinawy odcień ich skóry, ciasno opinającej się na kościach policzkowych. Czarne, puste oczy, których źrenice zajmują całe tęczówki. Długie, ostre paznokcie starca, podobne raczej szponom.

Nabiera pewności, że nie wyjdzie z tej piwnicy żywa.

Ale nie opiera się. Pozwala, by ujęli ją za ręce i poprowadzili w ciemność.

3.

Kiedy Arleta w porze obiadu wraca z podwórka, słyszy, że w kuchni jest ktoś obcy. Zagląda tam nieśmiało.

– Dzień dobry – mówi grzecznie, rozpoznając zmęczoną kobietę w okularach, z tlenionymi włosami. To mama Sylwii.

– Arletko, dobrze, że jesteś. Kiedy ostatnio widziałaś Sylwię? – pyta babcia, mieszając w garnku. W kuchni pachnie zupą pomidorową i kotletami.

Arleta marszczy brwi.

– Wczoraj… nie, przedwczoraj po południu. Wczoraj rozmawiałam z nią przez domofon, pytałam, czy nie wyjdzie, ale powiedziała, że musi sprzątać.

– O której to było? – pyta nerwowo mama Sylwii. Arleta próbuje sobie przypomnieć.

– Po obiedzie… Jakoś przed szesnastą. Na pewno przed szesnastą – powtarza. Naprawdę chce pomóc, ale mama Sylwii patrzy na nią podejrzliwie, jakby z góry zakładała, że koleżanka córki kłamie.

– Kwadrans po osiemnastej wychodziłam z domu i powiedziałam jej: nigdzie już dzisiaj nie wychodź. Chryste, tak się martwię – mamrocze. Babcia pochyla się ku niej.

– Niech się pani uspokoi. Może poszła i przenocowała gdzieś u koleżanki…

Mama Sylwii tylko macha ręką i pospiesznie wychodzi do przedpokoju. Podnosi z ławy torebkę, jej rozdygotane palce z trudem radzą sobie z zapięciem. Wyciąga chusteczki, głośno wyciera nos. Babcia Arlety wybiega za nią na klatkę, ale po chwili wraca i zamyka drzwi.

– Aj, Boże. – Załamuje ręce. Potem odwraca się do wnuczki. – Naprawdę nic nie wiesz?

– Nie! – Arleta nadal nic nie rozumie. – Co się stało?

– Sylwii nie ma. Ta jej matka… – Babcia już nie kryje dezaprobaty, patrzy z niesmakiem na zamknięte drzwi. – No tak, teraz to szuka. Chodziła już chyba po wszystkich klatkach. Ja jej mówiłam, że trzeba od razu na policję. – Idzie do okna w kuchni, odsuwa firankę i wygląda na ulicę. – Dobrze, teraz chyba jednak poszła.

– Na policję? – powtarza Arleta, usiłując zebrać myśli.

– No na policję, zgłosić zaginięcie! Idź myć ręce, już ci nalewam zupy. – Babcia stawia na stole głęboki talerz, kładzie sztućce.

Arleta zastanawia się, czy powiedzieć o włóczędze, którego poprzedniego ranka widziała na skwerze, ale koniec końców milczy. Boi się, że jeśli babcia i mama się dowiedzą, zabronią jej wychodzić samej na dwór.

* * *

W kolejnych dniach o zaginięciu Sylwii szepcze już cała ulica.

– Tego Artura, co mieszka na rogu, zabrali na komisariat – mówi tydzień później babcia, nalewając zupę na talerze.

Piegowaty, brzydki Artur to najgorszy łobuz w okolicy. Boją się go wszystkie młodsze dzieci.

– I co?

– Nic. Wypuścili go.

Arleta znów czuje pokusę, żeby opowiedzieć o menelu ze skweru. Ale milczy.

* * *

Dni mijają, przemieniają się w tygodnie. Pogłoski krążą, potem przycichają.

W sierpniu babcia Arlety przynosi do domu „Fakt” z nagłówkiem na pierwszej stronie: Pan Samochodzik znów zeznaje! Zaginiona Sylwia Żylińska z Lublina kolejną ofiarą Tomasza T.?

Tomasz T. to zwyrodnialec z Białegostoku, przedstawiciel handlowy ochrzczony przez media Panem Samochodzikiem, który właśnie oczekuje na proces. Jest oskarżony o zgwałcenie i uduszenie dwóch kobiet oraz usiłowanie gwałtu na trzeciej.

Patrząc na jego podobiznę o oczach zasłoniętych czarnym prostokątem, Arleta z ulgą stwierdza, że Tomasz T. nie jest brodatym menelem. Pulchny, łysawy, w jasnej koszuli z kołnierzykiem, wygląda jak urzędnik albo biznesmen.

W artykule widnieje też zdjęcie mamy Sylwii trzymającej fotografię córki: „Codziennie się modlę, żeby wróciła bezpiecznie do domu” – mówi mama Sylwii, Luiza (42 l.), pielęgniarka. O ojczymie i braciszku nie napisano ani słowa.

Policji nie udaje się znaleźć ciała Sylwii w miejscu, które wskazał Tomasz T.

Mija wrzesień, potem październik. Dni stają się coraz chłodniejsze i krótsze, dzieci nie wychodzą tak często bawić się na dworze. Ich mamy rzadziej rozmawiają ze sobą, a w tych rozmowach już prawie nie pada imię Sylwii.

Ulica zapomina.

* * *

Mija rok.

Arleta z mamą wracają z wakacji. Podczas przesiadki w Warszawie, kiedy czekają na Dworcu Centralnym, Arleta patrzy na wystawę kiosku z gazetami i nagle spostrzega okładkę „Faktu” ze zdjęciem zwęglonego samochodu oraz wielkim czarnym tytułem.

Makabra pod Lublinem. Rodzina zaginionej Sylwii Żylińskiej spłonęła żywcem w aucie!

– Tak – mówi później babcia, nakładając pierogi na talerze. – Mieli wypadek na trasie lubartowskiej. Ten ojczym wyprzedzał na trzeciego i to w deszczu, na śliskiej drodze. Straszne.

Nazajutrz Arleta idzie pod sąsiednią klatkę. Na drzwiach wisi klepsydra. Ireneusz Walczak lat 46, Luiza Walczak lat 43, Damian Walczak lat 9.

Naraz owiewa ją znajomy wstrętny odór. Arleta odwraca się gwałtownie. Za nią stoi brodaty bezdomny w palcie. Jego oczy błyskają złośliwie spod krzaczastych brwi.

– Nie bój się – chrypi. – Posłuchaj, co ci powiem. Może ocalę twoją duszę, kto wie?

– Gdzie jest Sylwia? – pyta Arleta w przypływie desperackiej odwagi.

– W królestwie zła. I jeśli nie będziesz się pilnowała, szybko do niej dołączysz. – Bezdomny uśmiecha się, pokazując sterczące z dziąseł pieńki zębów. – Szatan już się o ciebie upomina, grzeszna dziewczynko. Pewnego dnia popłyniesz łodzią przez czarne morze. Karolina też. Chyba że znajdziecie w sobie dość sił, żeby wymodlić zbawienie. – Nieoczekiwanie chwyta ją mocno za nadgarstek dłonią w brudnej wełnianej rękawiczce, przyciąga do siebie. Drugą ręką wyszarpuje z kieszeni drewniany krzyżyk. – Módl się!

– Nie! – krzyczy Arleta. Szarpie się, wyrywa rękę. Smród bijący od starego szaleńca przyprawia ją o mdłości. – Pierdol się, dziadzie! Zostaw mnie!

Odwraca się i ucieka co sił w nogach. Menel krzyczy coś za nią, ale milknie, gdy przechodnie zaczynają wołać, żeby się uspokoił.

* * *

Mijają trzy lata.

Babcia Arlety umiera. Mama Arlety sprzedaje mieszkanie i wyprowadzają się do Warszawy.

Karolinie udaje się dostać do dobrego liceum. Bardzo dużo się uczy, ma jedną z najwyższych średnich w klasie.

Z nerwów je za dużo słodyczy i przybiera na wadze. Kilka razy próbuje się odchudzać, ale nie wytrzymuje długo na diecie. Zaczyna po kryjomu podpijać ojcu alkohol z barku, gdzie zawsze stoi otwarta butelka whisky albo brandy „Słoneczny Brzeg”.

Przez jakiś czas piszą do siebie z Arletą listy, potem przestają.

Arleta też chodzi w Warszawie do dobrego liceum, ale nie radzi sobie tak dobrze, jak oczekuje jej matka. Potrzebuje korepetycji z matematyki, fizyki i angielskiego. Warszawscy koledzy i koleżanki, a nawet nauczyciele traktują ją z góry, jakby pochodziła z prowincji, a nie z dużego wojewódzkiego miasta.

W drugiej klasie ma średnią 2,6 i ukrywa pod długimi rękawami sznyty na rękach. Kłóci się z matką praktycznie o wszystko, ale najczęściej o to, że chciałaby zmienić szkołę. Matka nie chce o tym słyszeć. Za radą znajomej zabiera córkę do psychiatry. Arleta dostaje leki i w trzeciej klasie jest już trochę lepiej: przestaje się ciąć i podciąga średnią na 3,4.

* * *

Jest rok 2003.

Karolina podchodzi do matury. Przed egzaminem ustnym z polskiego wypija w toalecie kilka łyków wódki z małpki, później dokładnie płucze usta i rozgryza miętowego tiktaka. Zdaje na pięć, choć ma wrażenie, że jeden z członków komisji dziwnie na nią patrzył, jakby jednak wyczuł alkoholowy chuch.

Arleta kończy czwartą klasę z zupełnie przyzwoitą średnią 3,8 (podciągnęła się ze wszystkich przedmiotów poza fizyką), ale w trakcie egzaminów maturalnych dostaje załamania nerwowego. Znika między pisemnym a ustnym etapem matury z polskiego (później się okaże, że pisemny zdała na czwórkę). Zostawia list, w którym informuje matkę, że wyjeżdża do Wielkiej Brytanii, do przyjaciół. Jest pełnoletnia, więc policja wprawdzie przyjmuje zgłoszenie o zaginięciu, ale nie podejmuje żadnych kroków, żeby ją odnaleźć.

Matka bierze roczny urlop bezpłatny, żeby podjąć poszukiwania na własną rękę. Szuka w Polsce i na Wyspach, rozpaczliwie, desperacko, nie szczędząc sił ani środków.

Nie znajduje.

4.

Jest rok 2007.

Sierpniowe popołudnie sączy się leniwie, ociężałe od gorąca. W prognozie na wieczór zapowiedziano burze. Czerwony rower stoi oparty o murek w pobliżu sklepu spożywczego. Nela siedzi obok, od niechcenia zrywając dmuchawce. Potrząsa nimi i patrzy, jak siwe kłaczki ulatują w powietrze.

– No proszę, tu sobie siedzisz! – słyszy nagle. – Nie próżnujesz w tym Lublinie, co?

   Śniady, czarnowłosy młodzieniec w fioletowym huzarskim mundurze, niewidzialny dla przechodniów i klientów sklepu, patrzy na nią surowo. Nela spuszcza wzrok, wiercąc w ziemi czubkiem sportowego buta.

– Przypomnę ci na wszelki wypadek, jakie są warunki umowy – ciągnie Tanatos, nie czekając na odpowiedź. – Tylko problematyczne przypadki, tylko z własnej woli i nie więcej niż jedna dusza na dziesięć tysięcy. I żadnych dzieci poniżej piętnastego roku życia.

– Czepiacie się! – Dziewczynka wydyma usta. – Ja nie miałam piętnastu lat. I nie żałuję.

– Powiedzmy, że ty jesteś wyjątkowym przypadkiem. – Tanatos spogląda na nią ze smutkiem. – Zresztą mogłaś odejść do nas, przecież wiesz. Czekało na ciebie miejsce na Górze.

– Mogłam. – Nela zadziera głowę i patrzy w niebo, prosto w słońce, nie mrużąc ciemnych oczu. – Ale nie chciałam. – Jej twarz kurczy się nagle w wyrazie wściekłości i bólu. – Pozwoliliście, żeby ten skurwiel mnie gwałcił! Mój własny wujek! Bo tak było zapisane w boskim planie! Nienawidzę was!

– Ja nie odpowiadam za plany Najwyższego, jestem tylko sługą – mówi cicho Tanatos, choć doskonale wie, ilu śmiertelników na przestrzeni wieków rozgrzeszało się tymi słowami, by móc wierzyć, że wcale nie są złymi ludźmi, podczas gdy na Dole już szykowano dla nich ogień i narzędzia kaźni. Ale on nie jest śmiertelnikiem, tylko dawnym, pomniejszym greckim bóstwem, które oportunistycznie zgodziło się służyć Górze, by uniknąć rozpłynięcia się w pustce i niepamięci, kiedy przestano składać ofiary przy starych ołtarzach. A gdyby przejmował się każdą skazą w gigantycznej, misternej tapiserii tkanej przez Najwyższego z wydarzeń, losów, ścieżek historii…

Z chwilowego zamyślenia wyrywa go trzepot skrzydeł. Siedząca na murku dziewczynka zniknęła, a w niebo wzlatuje kilka kawek. Zniknął też czerwony rower.

4.

Jest rok 2013.

Knajpa „U Bronka” pamięta PRL i niewiele się w niej zmieniło od tamtej pory, tyle tylko, że teraz w ofercie są frytki i pizza z mikrofali. Zakurzonych zasłonek w oknach nikt nie zmieniał chyba od czasu transformacji ustrojowej, lepki brud wżarł się w blaty plastikowych stolików, które codziennie wysłuchują pijackich zwierzeń i kłótni. Stali bywalcy znają na pamięć swoje litanie krzywd. Możesz tu zamówić piwo z dostarczeniem do domu, jeśli dopadły cię takie dygoty, że nie jesteś w stanie wstać z łóżka.

Karolina jeszcze niezbyt pasuje do tego miejsca – za dobrze ubrana, schludnie uczesana, choć ma odrosty i podkrążone oczy – ale przychodzi coraz częściej zamiast pić do lustra. Gawędzi nad kieliszkiem z tutejszymi stałymi gośćmi: panią Irenką, panem Rysiem, panem Zdzichem. Czasem pożycza im pieniądze, nie oczekując zwrotu. Uwielbiają ją za to. Nie lubi być sama, a po tym, jak kolejny raz straciła pracę, ma dużo wolnego czasu. Dorabia od przypadku do przypadku, pomału przejada oszczędności. Kontakty z rodzicami wychłodziła do minimum, odkąd zaczęli ją namawiać na AA. Nie chce myśleć o tym, jak totalnie spieprzone ma życie. Mąż po dwóch latach awantur o jej picie w końcu odszedł – nie trzeźwiała potem przez miesiąc. To było pół roku temu.

A miało być tak pięknie… – myśli z ironią. Karolinka studiuje marketing i zarządzanie, Karolinka na czwartym roku już pracuje w dużej firmie, dwa lata po studiach awansuje, pnie się po szczeblach kariery. Najmłodsza menedżerka w dziale, świetne wyniki, imprezy firmowe, wyjazdy integracyjne.

Kiedy zaczęło się psuć? Może po tym, jak poroniła wyczekaną ciążę i poszła na długi urlop zdrowotny? Może wcześniej. A może już pod koniec podstawówki, kiedy zaliczała pierwsze imprezy zakrapiane winem i czuła miły szumek w głowie. Może od zawsze nosiła w sobie tego cholernego robala, który rośnie tym większy, im bardziej się go zalewa.

Drzwi otwierają się ze skrzypnięciem, do baru wchodzi szczupła kobieta w trenczu i czerwonym sztruksowym kaszkiecie. Karolina poznaje ją z miejsca, choć nie widziały się od kilkunastu lat.

Arleta wygląda świetnie, umalowana, w dobrze dobranych, modnych ciuchach. Z uśmiechem podchodzi do stolika, przy którym siedzi dawna koleżanka z podwórka.

– Karola! Jak się masz?

– Ach, no jakoś… – Przez opary alkoholu przebija się fala wstydu, na tyle silna, że Karolina ma ochotę wstać i po prostu wyjść. Uciec.

Arleta przysiada się i patrzy tak jakoś dziwnie, badawczo.

– Mam sprawę do ciebie. Wyjdziemy na zewnątrz?

– Jasne – mamrocze Karolina. – Tylko skończę piwo.

– Spokojnie. Nigdzie mi się nie spieszy.

Nie próbuje zaczynać pogawędki o drobiazgach, po prostu siedzi i patrzy. W jej wzroku jest coś takiego, że Karola czuje się nieswojo, nic jednak nie mówi, tylko dopija zawartość kufla. Gdy kilka minut później opuszczają lokal, chłód deszczowego wieczoru działa trzeźwiąco, ale promile w krwiobiegu robią swoje i na parkingu Karola potyka się o krawężnik. Dawna przyjaciółka z podwórka łapie ją za łokieć.

– Odprowadzę cię do domu.

– Nie trzeba. – Karolina mierzy ją spojrzeniem, coraz bardziej zawstydzona i zła. – Po co tu przyszłaś? Jak mnie znalazłaś?

W kącikach ust Arlety, pomalowanych karminową szminką, igra uśmiech.

– Zacznijmy może od podstawowych kwestii. Ja nie żyję, Karola.

– Że co?

– Nie żyję. Umarłam cztery lata temu. Na emigracji, w Edynburgu.

W jej dłoni błyska żyletka. Arleta kaleczy drugą dłoń i pokazuje rankę, z której nie płynie krew. Do Karoliny dociera to jak zza szyby – cała rozmowa przypomina dziwny, wykoślawiony, lecz niebudzący strachu sen.

– Oficjalnie to był wypadek samochodowy, a nieoficjalnie samobójstwo – kończy spokojnie Arleta. – Depresja to ohydna dziwka, z którą nie wszystkim udaje się wygrać. Ale jestem pewna, że doskonale to wiesz.

Chowa żyletkę i zakłada czarne skórzane rękawiczki.

– Przyszłam tu, żeby ci przekazać pozdrowienia od Sylwii.

– Od Sy…

– Obie mieszkamy teraz w lepszym miejscu niż ten świat. Chcesz wiedzieć, jak do nas dołączyć? – Niezrażona pustym spojrzeniem Karoli wyjmuje z torebki złożoną kartkę papieru. – Tu jest instrukcja. Zgłosimy się po ciebie przed upływem doby.

– Czego za to chcesz? – pyta Karolina, nadal usiłując ogarnąć umysłem sytuację. Przez opary alkoholu świta jej myśl, że może tak wyglądają początki delirium. Przyjaciółka tylko się uśmiecha.

– Niczego. Kochana, to nie akt miłosierdzia, to werbunek.

– To znaczy?…

– To znaczy, że tam, po drugiej stronie gwiazd, możesz jeszcze odnaleźć wszystko. Szczęście, miłość, nowy dom dla przegranych i odrzuconych. Wystarczy, że przystąpisz do klubu. Sylwia przekonała się o tym najwcześniej z nas trzech. Zresztą przeczytaj, co masz na kartce.

Karolina rozkłada kartkę i zaczyna czytać wystukane na maszynie zdania.

„W piątek o północy zapal świecę z pszczelego wosku i wyrecytuj formułę…”

Zastanawiając się tępo, co to niby znaczy „IAO IAO IAO ARISTO”, obraca kartkę na drugą stronę i widzi tam narysowane czarną kreską postacie skrzydlatych istot. Kiedy podnosi głowę, Arlety już nie ma, tylko wiatr przewraca po parkingu czerwony kaszkiet.

5.

Schody ciągną się długo, bardzo długo. Sylwia schodzi po omacku, prowadzona coraz głębiej w stęchłą piwniczną ciemność. Tamci trzymają ją mocno, zabezpieczając przed upadkiem.

– N… nie chcę, chcę wrócić na górę – mamrocze kilka razy, ale nie próbuje się wyrywać. Tak naprawdę wcale nie chce wracać, a oni świetnie o tym wiedzą.

– To już ostatni stopień – mówi w pewnej chwili starzec, i rzeczywiście, dziewczyna wymacuje czubkiem buta płaski grunt.

Sekundę później w jej twarz uderza rześki wiatr, a stopy grzęzną w piasku. Potem pojawia się światło, rozproszony czerwonawy blask.

I oto stoją we trójkę na plaży pod bezgwiezdnym niebem. Horyzont żarzy się łuną, morze przypomina płynną smołę, a wiatr niesie słabą woń dymu, jakby w oddali szalał ogień. Jest ciepło, cieplej niż na górze. Dziewczyna patrzy na towarzyszy.

– Gdzie je… jesteśmy?

– Na brzegu – odpowiada ciemnowłosy chłopiec. – A oto i nasza łódź.

Wskazuje czarną łódkę, która czeka na skraju plaży, omywana przez języki fal. Jest nieduża, bez żagla i wioseł.

– Myślałam, że rytuał miał mi zagwarantować odejście do królestwa po drugiej stronie gwiazd? – Sylwia ku swojej uldze nadal mówi bez zająknienia, ale wizja podróży przez czarne morze budzi w niej instynktowny opór i strach.

– I tak właśnie jest. Po drugiej stronie gwiazd czy za morzem, Sylwio, to tylko symbole. Retoryczne frazy. Widzisz tutaj to, co twój umysł postanowił wyśnić w oparciu o treści i archetypy, które przyswoiłaś sobie z książek, filmów i szeroko pojętej popkultury.

Starzec mówi miękko, łagodnie. Dziewczyna niewiele rozumie z jego słów i nie jest pewna, czy się bać, czy cieszyć.

– Nie obawiaj się – dodaje chłopiec. – Już nigdy nikt cię nie skrzywdzi, Sylwio. Jesteś jedną z nas. – Ujmuje jej dłoń. – Teraz chodźmy.

Podchodzą do łodzi, brodząc w płytkiej wodzie, i wsiadają, a ta sama odbija od brzegu.

5.

Kwadrans po dziesiątej wieczorem Karolina nalewa sobie jeszcze jeden, teraz-już-na-pewno-ostatni kieliszek.

Pije powoli, czując, jak alkohol rozgrzewa ją od środka. Spogląda z uśmiechem na swoje odbicie w politurowanej powierzchni stołu. Wszystko będzie dobrze, nareszcie znalazła rozwiązanie wszystkich problemów. Elegancko, czysto. Żaden maszynista ani przypadkowy świadek nie dozna traumy, a sąsiadom nie będą śmierdziały jej gnijące zwłoki.

Zakłada płaszcz, kozaki i wychodzi na ostatni spacer wokół osiedla. Kropi deszcz, asfalt lśni kałużami. Za drzewami świeci neon Stokrotki, a ona po raz pierwszy od dawna nie kieruje się odruchowo w tamtą stronę. Już nie musi się martwić o piwo na rano.

Przecina parking, skręca w alejkę obsadzoną z obu stron żywopłotem i chwilę później dociera na opustoszały placyk zabaw.  Siada na chwilę na huśtawce – to nic, że mokro, płaszcz jest ciepły, pikowany – i buja się wolniutko, patrząc na oświetlone okna bloków. Myśli o tym, ilu ludziom – choć może o tym jeszcze nie wiedzą – przydałaby się kartka Arlety. Wyjmuje ją z kieszeni i zostawia pod daszkiem zjeżdżalni. Ktoś na pewno ją tu znajdzie.

Wraca na huśtawkę i buja się dalej. Alkohol ją ogrzewa, krople deszczu padają na twarz, w oddali przejeżdża samochód, a Karolina czuje cudowny, błogi spokój. Po raz pierwszy od lat.

A potem dostrzega sylwetkę nieopodal, w cieniu bramy, i jej serce zaczyna bić szybciej. Postać wygląda dziwnie, lecz w jej pełnych wahania ruchach jest coś znajomego.

Wychodzi w zasięg światła latarń. Karolina nieruchomieje na widok nastolatki o długich blond włosach, ubranej jak młodziutki arystokrata z epoki muszkieterów. Czarny aksamitny strój z koronkowym żabotem, botforty, kapelusz przyozdobiony pękiem piór. Zdejmuje go i kłania się niczym Kot w Butach w „Shreku”.

Nie ma sinej, martwej twarzy, jak istoty z horrorów. Nie ma w niej niczego, co budziłoby niepokój czy lęk. To Sylwia.

Żywa. Piętnastoletnia.

Wyciąga rękę i mówi śpiewnym, dźwięcznym głosem, zupełnie innym niż kiedyś:

IAO IAO Aristo. Chodź.

 
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najwyżej oceniane
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Emma Popik

Doskonałe połączenie realności i zwyczajności z tamtym światem. Naprawdę, jest czego się bać.
Rozwija się powoli i nagle robi się straszne. Jakoś tak leciutko napisane i niespodziewanie staje się przerażające.