Posępna litość – R. LaFevers – recenzja

Nowy tytuł Fabryki Słów „Posępna litość” reklamowany jest z lekka krwiożerczym hasłem: „Po co być owcą, skoro można być wilkiem”. Nigdy nie pałałam nadmierną estymą wobec owiec (różnorakich gatunków), w końcu muszę dbać o wizerunek tej wrednej, nieprawdaż? Wilki zaś, z wielu względów, jako zagorzała czytelniczka fantastyki, spostrzegam jako hm… co najmniej interesujące. Osobiste preferencje sprawiły więc, że sięgnęłam po tę lekturę. No więc tak, zasiadam sobie wygodnie, otwieram książkę… Otwieram, patrzę… I co widzę??? „Jego nadobna zabójczyni” – coś jak: jego francuski piesek. Ma śliczniusie ubranko i może dziabnąć ząbkiem w kostkę. No ja bardzo przepraszam, ale takie skojarzenia i im podobne cierpkie epitety cisną mi się na mą złotoustą skądinąd facjatę. Moja głęboko uśpiona wewnętrzna harpia aż się zapluła, osiągając szczyty bulwersacji.

Nic to, powiadam sobie, Baśka, nic to. Nie należy się zrażać drobnostkami. Więc czytam dalej. Początek, dość dramatyczny, opisuje ciężki los bohaterki. Dziewczęcia raczej zahukanego, znękanego i gnębionego przez ojczyma, a następnie przez coś na kształt męża. Ale, czego dowiadujemy się na wstępie, a nawet już z okładki, Ismae jest córką samego boga śmierci. No, i kto tu się powinien bać? Nieobyta, niedomyta, niedouczona, marzy nawet nie o lepszym życiu, a o przeżyciu, bez przemocy, cierpienia, gwałtu. Jednakże to nie jest świat baśniowych wróżek. A przynajmniej nie do końca. I choć dziewczynie udaje się uniknąć najgorszego, przemoc i śmierć pozostają wpisane w jej los. Tyle, że to ona staje się ich sprawczynią… Hehehehe… Zemsta jest rozkoszą bogów, powiadają. Niestety nasza zabójczyni boginią nie jest, więc i z zemstą jej lekko nie idzie. W dodatku na jej drodze podstępny los stawia JEGO. Tego Onego, co to mu z ócz skry się sypią, lica czymś tam pałają, usta się proszą o pocałunek i takie tam. Jednym słowem romans aż trzeszczy. Ona niewinna i naiwna, on dumny i honorny, czyli na drodze do miłości same wyboje. A w dodatku zgodnie wikłają się w sprawy królestwa Bretanii. Zapomniałam dodać, że oboje obowiązkowi i wierni sprawie, zatem trudności piętrzą się lawinowo. Bretania pogrążona w chaosie, księżna w potrzebie, wrogowie i zdrajcy niemalże depczą sobie wzajemnie po piętach, trup ściele się gęsto (przynajmniej chwilami), za to intryganci czają się wszędzie. A pośród tego wszystkiego Ismae musi odgadnąć prawdziwe przesłanie Mortaina (swego czułego ojczulka), któremu przysięgła wiernie służyć.

Co zwycięży? Obowiązek czy miłość?

Powiem tak – czyta się błyskawicznie, bo wbrew pozorom, akcja toczy się wartko, bez zbędnych dłużyzn. O ile wątek romansowy jest naiwny i oklepany, o tyle intrygi dotyczące królestwa mogą przyciągnąć uwagę. Ciekawie zaaranżowana historia Bretanii, wzbogacona literacką fantazją autorki. Jest to zdecydowanie opowieść dla nastolatek, preferujących romans fantastyczno-przygodowy. Ale też dla tych, którzy potrzebują znowu uwierzyć w bajki. I również dla tych, którzy potrzebują się odprężyć w dżdżyste jesienne popołudnie. Czas naprawdę szybko mija przy lekturze tej książki i nie sposób się przy niej smucić. Choć muszę wyznać, że ze znacznie większą ciekawością czekam na drugi tom, który ma opowiadać o losach innej córy Mortaina – Sybelli (ona jest ta niepokorna).