Relacja z Coperniconu 2013 – odcinek 1. Organizacja

copernicon 2013

Copernicon, Copernicon i po Coperniconie. Tegoroczny toruński Festiwal Gier i Fantastyki odbył się w dniach 13-15 września, a jego zakończenie pozostawiło po sobie pewną pustkę, gdyż był to jeden z najlepiej zorganizowanych konwentów, na jakim miałam przyjemność być w tym roku i już za nim tęsknię, odliczając dni do kolejnej edycji.  

Konwentowa “czarna seria” zaczęła się od Pyrkonu 2013. Choć ja osobiście nie mam nic poznańskiej imprezie do zarzucenia, to jednak nie obeszło się bez kolejkowego hejtu ze strony uczestników imprezy. To prawda, kolejki na Pyrkonie były, ale też nie oszukujmy się – to konwent słusznych rozmiarów – 12 tysięcy ludzi, to nie w kij dmuchał i wydaje mi się, że tu naprawdę ciężko by było orgom to obejść. Ale myślę, że sam event swoim rozmachem i bardzo atrakcyjnym programem oraz wielką halą targową, wynagrodził długie wyczekiwanie w ogonku. Mnie naprawdę bardzo się na Pyrkonie podobało i jedynym moim zmartwieniem było to, że o tej samej godzinie miałam garść interesujących prelekcji i sama nie wiedziałam, na którą mam iść, bo nie opanowałam jeszcze bilokacji.

Potem było jednak już tylko gorzej, gdyż, mimo ostrzeżeń znajomych, postanowiłam wybrać się na Krakon. Krakowski konwent zmasakrował nie tylko uczestników, ale także gości, których sam zaprosił. Nie wiem, czy jest sens wyliczać, co było nie tak, ponieważ “nie tak” było wszystko. Począwszy od nieszczęsnej akredytacji i kolejki (która na Pyrkonie przynajmniej, powoli bo powoli, ale jednak, przesuwała się do przodu. Na Krakonie zaś co chwila była cofana do tyłu [sic!]), poprzez jeden wielki błąd, który był zacnie nazywany programem; zdezorientowanych, niedoinformowanych i nieprzeszkolonych gżdaczy; lokalizację pośrodku niczego, gdzie wszędzie jest daleko (ale dzięki Bogu i partii sklep spożywczy był pod ręką); zamieszanie z noclegami zarówno uczestników jak i gości; wiecznie nieobecnych orgów (równie zorientowanych jak gdżdacze); na całkowitym braku poszanowania dla zasad BHP kończąc. I już naprawdę nie wspomnę o awanturze z Mastertonem, gdzie w mojej opinii pisarz miał prawo być niezadowolony z tego, jak go potraktowano. Może nie jestem konwentowym wyjadaczem, ale autentycznie nie byłam jeszcze na gorzej zorganizowanym konwencie. Nie jestem też hejterem, naprawdę zwykle szukam dobrych stron, zwłaszcza w przypadku fantastycznych imprez, ale Krakon, mimo moich szczerych chęci na znalezienie pozytywnego aspektu, nie wykazał się niczym. Dobrze chociaż, że Kraków ładny i znajomi pod ręką, bo chyba by mnie tam krew zalała.

Trzeci na naszej liście jest Polcon, czy może raczej Kolejkon. Cóż, widziałam tę kolejkę, nawet chciałam ją obejść z każdej strony, ale po tym jak nie mogłam dostrzec jej końca, zrezygnowałam i poszłam na piwo. I pizzę. I plotki. A potem na jeszcze jedno piwo. Gdy wróciłam po jakiejś półtorej godzinie kolejka stała niewzruszona. Ok, nie potrafię w pełni docenić uroków stania w niej, bo mnie to szczęśliwym trafem i kompletnym przypadkiem ominęło, ale rozumiem irytację kolejkowiczów. Poza tym co z tego, że weszłam wcześniej, jak korytarze i punkty programu świeciły pustkami, bo wszyscy stali w kolejce. Łącznie z prelegentami. Jednak poza wpadką kolejkową nie dopatrzyłam się większych uchybień i następne dni upłynęły w miłej konwentowej atmosferze. Może troszkę irytujące było przemieszczanie się między budynkami, bo zabrakło porządnej mapki. Dopiero potem ktoś wpadł na pomysł narysowania kredą na chodniku drogowskazów, co wiele ułatwiło, ale mleko się rozlało. Ach, no i jeszcze wielki bulwers za damską toaletę, której nikt nie mógł znaleźć, a jak już znalazł, to zastawał tam mini-kolejkon… ujmę to tak: budynek należy do Politechniki, więc nie dziwota, że nikt dotąd nie odkrył tam damskiej toalety. ;)
Ogólnie Polcon jako całość wypadł nieźle – gorzej niż Pyrkon, ale na pewno o niebo lepiej niż Krakon (choć powiedzmy sobie szczerze – Krakon to nie jest wysoko postawiona poprzeczka).

Po co ja właściwie o tym wszystkim piszę, skoro to miała być relacja z Coperniconu? Ano po to, żeby jeszcze lepiej Wam uzmysłowić, jak dobrze zorganizowaną imprezą jest ten konwent. Jak organizatorzy uczą się nie tylko na własnych błędach, ale przede wszystkim na cudzych.

Zacznijmy od początku, od ulubionego punktu programu wszystkich uczestników, czyli akredytacji. Copernicon zawstydził wszystkie wcześniej wymienione konwenty całkowitym brakiem kolejek. Dobrze, dobrze, oddaje honor – Pyrkon to impreza masowa na 12 tys. ludzia. Polcon kręci się koło 4 tysi. Spoko, podnoszę próg tolerancji i mówię – mogło się zdarzyć. Duży tłum – duża kolejka. Ale Krakon? Krakon gromadzi niedużo więcej uczestników niż Copernicon. Z resztą 1300 może śmiesznie wygląda przy 12 tysiącach, ale przy 4 to już bym się zastanowiła. Zwłaszcza że Copernicon w tym roku miał więcej uczestników niż w zeszłym. Ba, mało tego! Nasza dzielna ekipa zaakredytowała się w jednym budynku i szybciutko przeszła do drugiego, i co tam zastała? Szczęśliwych gżdaczy, którzy niemal rzucili się nam na szyję z okrzykiem: “zaakredytujcie się u nas!”. Naprawdę czułam, że ranimy ich gżdaczowe serduszka, pokazując zapięte już opaski na łapkach. Tak więc wszystko, co żywe, waliło do Collegium Maius po wejściówki, lekceważąc stoisko akredytacji w Collegium Minus, a i tak nie było ŻADNEJ kolejki. How awesome is that?

Powiem Wam How awsome is that. Akredytacja szarego uczestnika kosztowała na tegorocznym Coperniconie, na wszystkie 3 dni, 40 zł. Na Pyrkonie płaciło się 45 zł, na Krakonie 55 zł, a na Polconie (robi znak krzyża) 70 zł. Jaki z tego wniosek? Nie musi być drogo, żeby było dobrze. Tak, zdaję sobie sprawę, że zarówno Polcon jak i Krakon trwały 4 dni, ale jeśli nawet, 70 zł za konwent? Naprawdę? Zaś Krakon znowu osiągnął pewien szczyt, gdyż z tych czterech konwentów jako jedyny kazał dopłacać sobie za możliwość noclegu w szkole. Oczywiście przy obu droższych imprezach były warianty przedpłaty przez internet i wtedy wychodziło taniej, ale przy akredytacji oba konwenty pokazały, że nie radzą sobie z cyfrową rejestracją uczestników i skończyło się kolejkami oraz ogólnym zamieszaniem (Krakon znowu na pierwszym miejscu w kategorii “Jak to spieprzyć po całości” – kolejka z przedpłatą była dwa razy dłuższa i trzy razy dłużej obsługiwana niż kolejka ludzi, która przedpłatę olała. A miało być odwrotnie). Zatem Copernicon to opcja najtańsza, z wliczonym noclegiem i sprawną akredytacją. Dla mnie sprawa jest jasna.

Chcecie więcej? To trzymajcie się kapci. Zniżki, zniżki everywhere. Ledwie wyściubiliśmy nos za teren konwnetu, a mieliśmy knajpę na knajpie, restauracją poganiane i do połowy tego dobra zniżki. Na piwo 20% rabatu w pobliskim pubie, za pyszne jedzonko w Jesz Ile Chcesz płaciliśmy raz 15 zł (normalnie 22zł) i jedliśmy do oporu. Okoliczne pizzernia, kawiarnia, klub i bufeteria także respektowały zniżki (i to nie byle jakie – 20% i 25%). Głodny nikt nie chodził i każdy mógł najeść się za grosze. .

Ale żeby nie było, że się nad żarciem przesadnie rozwodzę (wybaczcie mi, to moja słabość i naprawdę mnie tym ujęli). Nawet bez zniżek nasz ekwipunek konwentowicza prezentował się zacnie. Przede wszystkim informator. Ok, jeśli chodzi o szatę graficzną, to wolałam tę z zeszłego roku, ale rysunki to jedno, zaś liczy się zawartość. Na pierwszej stronie powitała mnie karteczka z erratą. Oho, myślę sobie, czyżby kłopoty w raju? I tak, i nie. Errata była wielkości kartki A5, a połowę jej treści stanowiło sprostowanie notki biograficznej Agnieszki Hałas. W drugiej połowie było coś o zamianie na LARPach (mea culpa, nawet nie zwróciłam uwagi co dokładnie zamienili, bo LARPy to kompletnie nie moja bajka) jednego czy dwóch punktów i adnotacja, że zamiast prelekcji Huberatha, będzie miał wystąpienie Jacek Inglot (z resztą Inglot zastępował Marka też na panelu dyskusyjnym). I tyle. Jeśli na Coperniconie były jeszcze jakieś błędy w programie, to ja nic o tym nie wiem. Ach, przepraszam, pokaz z ogniem Loli DeVille nie odbył się w piątek, ale to nie był błąd ani niczyja wina – zwyczajnie lał deszcz. Poza tym nie dotarły do mnie żadne wieści o uchybieniach w programie.

Informator był czytelny i przejrzysty z dołączoną tabelą programową, mapkami z informacją, jakimi autobusami można dojechać na teren konwentu z dworca, oraz planami konwentowych budynków. Nawet jakby ktoś bardzo chciał się zgubić, to nie miał szans. Równie piękną rzecz widziałam tylko na Pyrkonie. O Krakonie nie wspomnę, bo nie będę już kopać leżącego (chociaż… podobał mi się wpis na Krakonowej ścianie płaczu: “Według mapki, żeby poruszać się po terenie konwentu, trzeba być parkurowcem”. I tak zazdroszczę, że ktoś miał mapkę. Ja nie dostałam żadnej), zaś Polcon plan budynków miał, ale mapek odnośnie poruszania się po terenie konwentu zabrakło. Choć mają u mnie plus za pomysł z rysowaniem strzałek kredą na chodniku. Na swój sposób było to naprawdę urocze, niczym zabawa w podchody za czasów mego szczenięctwa. :)

W tym roku na Coperniconie pojawiły się opaski i chwała za to orgom. Nie wiem, jak było w innych latach, ale w zeszłym roku ich zabrakło, a ja mam tendencje do gubienia identyfikatora. Z resztą i w tym, i w zeszłym roku bolałam nad tym, że identy są do przypięcia, a nie do zawieszenia na szyi – wieszając plakietkę na szyi trudniej ją zgubić. Wiem, to drobiazg, ale ja jestem mega roztargniona. Podobało mi się też, że opaski były wściekle pomarańczowe i odblaskowe. Fakt, do garderoby raczej średnio pasowały, ale ułatwiały sprawę ochronie na wejściu – było je widać z daleka. Mała rzecz, a cieszy. :)

Głównymi budynkami konwentowymi były Collegium Maius i Collegium Minus przynależne do Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Uważam, że ta lokalizacja to strzał w dziesiątkę. Po pierwsze obie budowle stoją tuż obok siebie i przejście między nim zajmowało góra 2 minuty (przy czym naprawdę przez te dwie minuty można tam było iść tyłem i na czworakach, nie zginając łokci ani kolan), po drugie były przystosowane, aby prowadzić w ich salach prelekcje, panele czy sesje; po trzecie było od nich wszędzie blisko. Czy to na starówkę, czy do innych lokalizacji, które skupiały konwentowe atrakcje (Rynek Staromiejski, scena MDK, wioska historyczna czy knajpa konwentowa). Z dworca podjeżdżał tam bezpośrednio autobus, goście mieli blisko hotel (swoją drogą, o luksusach tego hotelu to już legendy krążą, słyszałam że cztery gwiazdki miał) i jedyne co było faktycznie daleko, to szkoła, w której był sleep room. Jednak z mapką z informatora nie było problemu by tam trafić, zaś sama organizacja noclegowni także była sprawna. Dodatkowo orgowie mieli w rezerwie drugą szkołę, w razie, gdyby główny sleep room miał nie pomieścić wszystkich uczestników. Zaś dla tych, którzy uważali, że sen jest dla słabych Collegium Maius był otwarty przez całą dobę i można było integrować się z innymi nocnymi markami na sesjach i prelekcjach, od zmierzchu do świtu. :)

Było też coś dla naprawdę wymagających. Jeśli uważacie zwykłe prelekcje czy panele za nudę, zaś RPG to nie wasz konik, to Copernicon oferował inne atrakcje. Była i wioska historyczna (której nie straszne deszcze – zwyczajnie przeniosła się do budynku, ale nie zaprzestała działalności) i pokazy ognia z warsztatami, a także walki robotów i na miecze świetlne, turniej szermierczy oraz można było się nauczyć obsługi… bata. Do tego Zombie Night, karaoke i turniej zespołów, a jeśli chcieliście się wybrać na konwent z pociechą, to Copernicon w tym roku zadbał i o najmłodszych organizując blok dziecięcy.

A to dopiero początek :) W następnym odcinku opowiem Wam o konwentowym piątku i jego atrakcjach, tak więc zaglądajcie do nas!

IMG_3542

 

About Kometa

W sieci znana też jako Koralina Jones. Redaktor naczelna Gavran.pl, główny administrator Forum Gavran ( http://forum.fan-dom.pl ), administruje także Thornem - oficjalną stroną Anety Jadowskiej ( http://anetajadowska.fan-dom.pl ). Współzałożycielka Grupy Fan-dom.pl . W wolnych chwilach recenzentka i blogerka.

View all posts by Kometa