Odtrutka na optymizm – recenzja

Z Peterem Wattsem zapoznałam się poprzez trylogię Ryfterów i tak mnie ona zainteresowała, że postanowiłam bliżej przyjrzeć się twórczości tego pana. Zresztą po burzy, jaką wywołało Ślepowidzenie, warto orientować się, co w trawie piszczy. Ale na pierwszy ogień poszła Odtrutka na optymizm, oferowana przez wydawnictwo MAG.

Tytuł dość jednoznacznie sugeruje, że optymizm jest trucizną i to najprawdopodobniej śmiertelną, skoro mowa jest o antidotum. Brzmi dezorientująco, prawda? W końcu optymizm to coś pozytywnego, rozświetlającego nawet najbardziej ponure chwile. Nie u Wattsa – z pozytywnym podejściem w jego maleńkich, mrocznych światach nie przeżyjesz dnia. Tylko oczekiwanie najgorszego pomoże w przetrwaniu czy po prostu zachowaniu zdrowych zmysłów. Wyraźnie widać to w pierwszym opowiadaniu, Nimbus – w realiach, w których inteligentne, niezwykle potężne chmury wzięły się za wymierzanie ludzkości sprawiedliwości za te wszystkie lata uciskania Matki Ziemi, trudno zachować nadzieję na lepsze jutro. Zwłaszcza, że chmury sądzenie zaczęły od wydarzeń, które miały miejsce wieki temu, więc nie zapowiada się, by szybko skończyły.

Autor kreuje przed czytelnikami niezbyt wesołe wizje rzeczywistości, nie oszczędzając absolutnie nikogo przed nieszczęściami. Całkiem sprawiedliwie, ponieważ w większości przypadków to ludzie sami zgotowali sobie nawzajem piekło albo przyczynili się znacząco do jego powstania wokół. I chociaż bohaterowie desperacko usiłują uniknąć wypicia piwa, jakie nawarzyli, prędzej czy później spotyka ich klęska. Zaś klęska ta jest iście spektakularna, opisana tak plastycznie, że następnym razem trzy razy się zastanowię, jeśli przyjdzie mi do głowy postąpić w podobny sposób, co postaci – w jakiejkolwiek dziedzinie życia. Utknęły mi w umyśle te ponure perspektywy i odzywają się pełnym głosem, kiedy tylko podnoszę wzrok na półkę nad biurkiem, gdzie Odtrutka stoi w pełni chwały.

Watts sięgnął w swoich opowiadaniach po tematy, które mogą zniechęcać niektórych czytelników, między innymi wiarę; przedstawił ją w sposób surowo naukowy, jako uczucie zależne wyłącznie od fragmentu mózgu. Ale to nie ów kontrowersyjny motyw przewodni był najważniejszy; o wiele istotniejsza była gwałtowna i niespodziewana, lecz wciąż wiarygodna przemiana głównego bohatera, jaka dokonała się na zaledwie kilkunastu stronach. Niesamowite, że w tak krótkim czasie Wattsowi udało się tak dobrze przedstawić tę metamorfozę – wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Jest coś fascynującego w sposobie, w jaki ten człowiek wchodzi do głów swoich postaci i rozpościera przed Czytelnikiem ich najgłębiej skrywane myśli, emocje, cechy. Nic nie pozostaje tajemnicą; każdy zostaje rozłożony na części pierwsze, sprezentowany publiczności i opisany w najdrobniejszych, najmroczniejszych, najbrzydszych szczegółach.

Bazując na Ryfterach, oczekiwałam solidnej porcji ciemności, ciężkiego, brutalnego klimatu i rozgrzebanych mentalnych flaków, a dostałam wiele, wiele więcej. Jednak odnoszę wrażenie, że Peter Watts dużo lepiej spisuje się w powieściach niż krótkich formach, choć i te idą mu po mistrzowsku. Nie pozostaje mi nic innego, jak zabrać się za jego inne powieści i przekonać się, czy moje odczucia są słuszne. Jeśli tak… cóż, Odtrutka na optymizm wylądowała wśród ulubionych.

Tytuł: Odtrutka na optymizm
Autor: Peter Watts
Wydawnictwo MAG

 

About destrakszyn

Entuzjastka psujostwa wszelakiego, namiętnie wczytująca się w fantastykę gatunku przeróżnego i obsesyjnie gromadząca nowe książki na półkach.

View all posts by destrakszyn
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze