Alison Sinclair „Światłorodni” – recenzja

„Światłorodni” autorstwa Alison Sinclair to drugi tom cyklu „Zrodzeni z mroku”. Książka ukazała się na polskim rynku wydawniczym w lipcu 2013 tego roku, nakładem wydawnictwa Bellona, czyli pół roku po tym, jak na półki księgarń trafiła pierwsza cześć serii – „Ciemnorodni”.

Powieść zabiera Czytelników do znanego już świata, w którym żyjących w nim ludzi rozdzielają od siebie wschody i zachody słońca. Dla Ciemnorodnych zabójczy jest każdy rodzaj świtała, natomiast Światłorodnych życia pozbawia mrok. Obie rasy żyją obok siebie, dzielą miasta, dzielnice, czasem nawet domy, jednak, za sprawą ciążącej na nich klątwy, nie dane jest im stanąć ze sobą twarzą w twarz. Mimo iż egzystują obok siebie, Światło- i Ciemnorodni nie są pozbawieni różnic, można nawet rzec, że oba społeczeństwa w większości spraw i poglądów diametralnie się od siebie różnią. Ci pierwsi są przychylnie nastawieni do magii i osób nią władających, drudzy natomiast obawiają się jej, rozwoju upatrując w nauce i technice.
Nie wiem czemu, zabierając się za lekturę „Światłorodnych” byłam przekonana, że tym razem cała akcja powieści będzie przedstawiona z punktu widzenia rasy, której najgorszym koszmarem jest perspektywa zapadających ciemności. Jednak nic bardziej mylnego. Oczywiście ta część trylogii prezentuje nam w bardziej dogłębny sposób świat tych, dla których zabójczy jest mrok, pozwala lepiej poznać niuanse nim rządzące, niemniej Ciemnorodni odgrywają w tej powieści równie znaczącą rolę, a kto wie, czy nawet nie dominującą.
Akcja powieści zaczyna się w tym momencie, w którym Czytelnik rozstał się z poznanymi już przez siebie bohaterami. Z marszu jesteśmy rzuceni w wydarzenia stanowiące kontynuację wątków już rozpoczętych. Z jednej strony to wygodny zabieg, brak przeskoków w czasie pozwala łatwiej wczuć się w klimat fabuły, jednakże (przyglądając się już całej powieści) można spostrzec, iż autorka nie zadała sobie zbyt wiele trudu, by przypomnieć odbiorcom wypadki tomu wcześniejszego. Co za tym idzie, osoby, które swą przygodę z trylogią spod pióra Sinclair, jakimś dziwnym trafem, rozpoczną od części drugiej, mogą mieć spory problem z odnalezieniem się w wykreowanym świecie. Lecz złożoność uniwersum, ilość szczegółów, powiązań i zależności sprawia, że nawet dla tych, którzy czytali „Ciemnorodnych” niezbędna może okazać się mała powtórka z lektury.
Na kartach tego tomu spotykamy postacie, które już odgrywały swą znaczącą rolę w poprzedniej części, jak i całkiem nowe, reprezentujące światłolubną rasę. Nie zabrakło obdarzonej, tak piętnowanym, magicznym talentem Ciemnorodnej lady Telmaine Hearne, żony Balthasara Hearne’a, która ze względu na swoje zdolności zmuszona jest do współpracy z lordem Vladimerem Plantageterem (swym kuzynem i jednocześnie przyrodnim bratem arcyksięcia) oraz do czuwania nad jego bezpieczeństwem. Jestem w stanie zrozumieć, iż społeczeństwo, w jakim została wychowana wspomniana bohaterka uczyniło ją taką, jaka jest, wpoiło coś na miarę obrzydzenia do samej siebie, lecz mimo wszystko, zarówno w tomie pierwszym oraz drugim, lady Hearne daleko było do choćby kandydatury o miano mej ulubionej postaci. Jej niezdecydowanie, strach, wahania irytowały mnie niezmiernie. Moja ocena trochę się zmieniła po lekturze „Światłorodnych”, dzięki pewnym zmianom, jakie zaszły w tej postaci, polepszając odrobinę jej ogólny wizerunek, pomimo tego jednak nie uznaję jej za sympatyczną i interesującą.
Nową osobą, jaką Sinclair wprowadza w tej części, jest Fejelis, następca tronu na dworze Światłorodnych. Po niespodziewanej i zagadkowej śmierci ojca, temu niespełna 19-latkowi przychodzi przejąć władzę, bez względu na to, iż nie czuje się on jeszcze gotowy, by przyjąć na siebie taką rolę i odpowiedzialność. Dodatkowe zagubienie wzbudza w nim świadomość, że na własnym dworze, pełnym intryg, spisków i walki o polityczną władzę, nie wie, komu może zaufać, a od kogo lepiej trzymać się z daleka. Jego postać została przedstawiona w sposób wzbudzający sympatię, tak też i ja osobiście polubiłam tegoż bohatera.
O ile brak Ishmaela i Balthasara, którzy „osobiście” w tym tomie się nie pojawiają, jakoś szczególnie nie wzbudził mego smutku, o tyle stanowczo za mało czasu, według mnie, autorka poświęciła dla Florii White Hand. Polubiłam ją w „Ciemnorodnych”, dodawała powieści iskry i życia, przez co miałam nadzieję, że w kolejnej części jej postać dostanie więcej treści. Oczywiście poznajemy ją trochę lepiej, a część akcji skupia się właśnie na tej bohaterce, jednak jak dla mnie było to niewystarczające.
Tak jak miało to miejsce w przypadku lektury pierwszej książki z cyklu, tak i w przypadku „Światłorodnych” niestety zdarzały się momenty, w których fabuła najzwyczajniej w świecie mi się dłużyła, a akcja była mało wciągająca czy też nieszczególnie interesująca. Na dobrą sprawę dopiero gdzieś od połowy (może nawet dalej) treści wydarzenia zaczynają być na tyle emocjonujące, by chcieć więcej. Kolejną sprawą jest, wspomniana już wcześniej, złożoność i szczegółowość świata wykreowanego przez Sinclair. W znacznym stopniu stanowi plus historii, dowód na to, że autorka miała pomysł na uniwersum, momentami jednak, przynajmniej w moim odczuciu, Czytelnik dostaje również masę zbędnych informacji, które tak naprawdę nie wnoszą nic istotnego do fabuły, a jedynie przytłaczają i wzbudzają niepotrzebny zamęt.
Drugi tom cyklu „Zrodzeni z mroku” stoi na takim samym poziomie, jak część poprzednia. W mojej prywatnej ocenie nie jest to nowe i wspaniałe fantasy, jak głosi slogan z okładki. Lecz spokojnie można uznać tę opowieść za historyczno-kryminalne fantasy, które powinno znaleźć swą grupę odbiorców, na przykład wśród osób lubiących, gdy akcja powieści osadzona jest w czasach quasiwiktoriańskich.
Przed Alison Sinclair trudne zadanie, gdyż w ostatnim tomie musi zamknąć (oby) sprawnie i sensownie wszystkie rozpoczęte przez siebie wątki. Czy jej się to uda, przekonam się podczas lektury ostatniej części tej trylogii. Jedyna rzeczą, jakiej żałuję w związku z tą serią, to fakt, iż wydawnictwo nie zdecydowało się na oryginalne okładki. Są one o wiele bardziej klimatyczne i przykuwają wzrok. Polskie natomiast, co muszę stwierdzić ze smutkiem, najzwyczajniej w świecie straszą i odpychają. Przynajmniej mnie.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Bellona

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf