Recenzja: Anne Bishop – Pisane szkarłatem

Jest taka możliwość, że wypaliłam się jako czytelniczka wszystkiego, co wychodzi spod pióra Anne Bishop. Moje ukochane Czarne Kamienie zakończyły się nieodwołalnie, a choć nie miałam jeszcze okazji zapoznać się z trylogią Efemera, moją uwagę silniej przykuło „Pisane szkarłatem”, czyli pierwsza część jej najnowszej serii Inni. I w tej książce jest właśnie pies pogrzebany, a dokładniej powód mojej irytacji na autorkę.

Po raz kolejny mamy do czynienia z niesamowicie dopracowaną konstrukcją świata, w którym może i natykamy się na istoty doskonale znane z innych pozycji – jak zmiennokształtni czy wampiry – ale Bishop potrafi tak wstrząsnąć utartymi schematami, że spokojnie wychodzi jej coś choć odrobinę nowatorskiego. W tym aspekcie zdobyła ona moje głębokie uznanie, ponieważ podoba mi się w uniwersum Innych dosłownie wszystko. Choćby to, że niepodważalnie władający ziemią terra indigena mają się kogo bać nawet wśród własnych szeregów, a pewne rasy są tak tajemnicze, że stanowią zagadkę nie tylko dla ludzi, ale również dla pozostałych Innych. Szczególnie to drugie daje fabularnie spore pole do popisu dla pisarza. Każdy człowiek natomiast wie jedno – dla nich wszystkich jest jedynie mięsem (dosłownie), myślącą małpą, która od czasu do czasu potrafi przysłużyć się interesom pierwotnych mieszkańców Namidy. Autorka jak zwykle nie waha się przed napisaniem mocnych i brutalnych scen, a jej drapieżcy to żadne Troskliwe Misie, lecz prawdziwie bezwzględni zabójcy, nie poświęcający cennego czasu na moralne rozterki nad własnymi działaniami. A to oznacza latające wnętrzności, proszę państwa, oraz brak zahamowania przed zastosowaniem ostatecznych środków. I oto właśnie do takiego miejsca, w sam środek tego siedliska zła wszelkiego/domu Innych, trafia Meg Corbyn.

Meg jest osobą, która potrafi zobaczyć przyszłość za każdym razem, kiedy jej skóra zostanie nacięta. Jest także, co stwierdzam z przykrością, nijaką protagonistką. Niech już sobie będzie uprzejma, dobra i łagodna aż do bólu, gdyby tylko została obdarowana jakąś wyrazistą cechą, charakterystyczną tylko dla niej oraz wyróżniającą ją spośród innych bohaterek. Ale w niej jest po trochu wszystkiego, a całość pokryta została lukrem słodkości, delikatnej ciapowatości i bezinteresownego serca. Brr. Simon Wilcza Straż, przywódca Innych w Lakeside, wypada lepiej, ale w podobny, bezfajerwerkowy sposób, więc to wciąż za mało, aby przywiązać do siebie Czytelnika. Zupełnie inaczej stoją sprawy z drugoplanowymi postaciami. Tess, Vlad, Nyx, Wrony oraz Żywioły bardzo szybko wzbudzili we mnie sympatię, a pozostali, choć nie wyróżnieni z imienia, tworzyli porządny element „wyposażenia” tego świata, żadne tam kukiełki bez ładu i składu.

O negatywnych postaciach można powiedzieć już o wiele mniej, ponieważ, poza niewyróżniającymi się osobnikami, najwięcej wglądu mamy w proces myślowy jednej persony. Doceniam to, że Bishop pokazuje nam jej charakter oraz impulsy, które prowadzą ją do takich, a nie innych działań, lecz coraz bardziej dochodzę do wniosku, że autorka, przedstawiając w swoich książkach historię z punktu widzenia takiego bohatera, odbiera całości ogromną dozę zaskoczenia. Nie oznacza to, że wszystkie karty zostają odkryte, gdzieś tam wciąż pozostaje niejeden wróg na wolności, ale tu i teraz, w najbliższym otoczeniu Meg, na jej niekorzyść działa ktoś, kogo zarówno osobowość, jak i zamiary, poznajemy dość wnikliwie. Prowadzi to do tego, że końcowe wydarzenia, teoretycznie najbardziej bogate w zwroty akcji, nie przynoszą ze sobą wielkiego wow.

Spokojnie jednak, moi drodzy, gdyż zakończenie paradoksalnie nie powoduje nieustannego odruchu ziewania. I tu ukazuje się kolejna, niemal diabelska zdolność autorki – jej styl pisania. Sceny są tak poprowadzone, że wciągają Czytelnika na tyle mocno, by gorączkowo przerzucał stronę za stroną. Cofając się teraz do wcześniejszej zawartości książki – po dobrnięciu do połowy stwierdziłam z konsternacją, że jest ona nudnawa. Powieść można było spokojnie odchudzić, ponieważ w tak spokojnym rytmie w pewnym momencie pierdoły, typu zakup nowego legowiska dla Wilka, zaczynają urastać do rangi niemalże istotnego zwrotu w akcji. Poza nielicznymi wyjątkami, brakowało sytuacji wywołujących uczucie prawdziwego zagrożenia. Niby Meg mieszkała w bardzo niebezpiecznej dzielnicy Innych, ale każdy problem czy groźba, które napotykała na swojej drodze, szybko zamieniały się w ciepłe sceny/zawiązanie przyjaźni/sojuszu/nieudaną próbę zamachowo-porwaniową. I co? I czytałam jak szalona oraz wracałam do lektury, gdy tylko miałam taką możliwość. Magia Anne Bishop, mówię Wam.

„Pisane szkarłatem” jest dziwną książką. A mam tu na myśli moje pokrętne odczucia w stosunku do niej. Niby za mało emocjonująca, ale przez jej ponad pięćset stron przemknęłam w rekordowym czasie. Niby bohaterowie strasznie typowi dla Bishop, ale losy większości z nich zaciekawiły mnie (szczególnie tych umiejscowionych na dalszym planie). Trudno jest mi w takiej sytuacji jednoznacznie polecić lekturę tej powieści albo odradzić sięgnięcia po nią. Fani autorki, którzy jak ja już przy poprzednich jej powieściach kręcili nosem na powtarzalność pewnych wzorców, mogą poczuć się zawiedzeni. Mnie osobiście rozczarowało, że w swojej nowej powieści pisarka sięgnęła po stare i bezpieczne schematy w kreacji bohaterów oraz w budowaniu relacji pomiędzy nimi. Znowu ogromna ilość entuzjastycznych recenzji zachęca do zapoznania się z nową serią i wydania własnej opinii. Moim światem tym razem autorka nie zatrzęsła, ale zaraz po przeczytaniu ostatniego rozdziału wiedziałam, że na pewno sięgnę po kontynuację. Dziwna książka.

Oryginalny tytuł: Written in Red
ISBN: 978-83-62577-36-1
Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 560 Format: 146×209 mm
Data wydania: 09/2013