Deadline – recenzja

timthumbNie da się zaprzeczyć, że zombiaki płyną od jakiegoś czasu na dochodowej fali popularności. Sama jestem fanką, więc co tam, nie będę sobie strzelać w stopę i robić z tego żartów. Autorzy tego motywu starają się podchodzić do tematu różnorodnie, ale wiadomo, że wszystko kisi się w tym samym kotle. Można sobie zatem zadać podobne pytanie, jak w przypadku wampirów, zmiennokształtnych czy aniołów: czy da się wrzucić do tego garkotłuka coś ciekawego oraz nowatorskiego? Wygląda na to, że na pewno można dorzucić coś interesującego, ponieważ moje pierwsze zetknięcie z postapokaliptyczną serią „Przegląd Końca Świata” Miry Grant nie pozostawiło po sobie nic innego, jak bardzo pozytywne wrażenie oraz wzbudziło we mnie silne emocje. Zanim zacznę czytać następną część jakiegoś cyklu, niemal zawsze czuję obawę, że znowu będę miała do czynienia z syndromem drugiego tomu. Czy w tym przypadku kontynuacja, czyli Deadline”, podołała oczekiwaniom rozbudzonym przez jedynkę?

Alleluja, podołała jak najbardziej.

Od wydarzeń rozgrywających się w „Feed” mija kilkanaście umiarkowanie spokojnych miesięcy, kiedy to na progu Shauna Masona staje pani naukowiec, przynosząca ze sobą nie tylko garść wstrząsających rewelacji, ale także kłopoty, które od tej chwili nie opuszczą naszej wesołej bandy dziennikarzy-blogerów nawet na krok. A to oznacza więcej spisków na skalę światową oraz spisków w spiskach, spiskami pokrytych. Ok, może i trochę przesadzam, intryga nie jest aż tak zagmatwana, ale wiele rzeczy ma swoje drugie dno, a niewidoczny oraz nieznany wróg sprawia czasami wrażenie wszechwiedzącego narratora. Ten element jest dla mnie wciąż nieco trudniejszy do strawienia, ale poza tym fabuła jest prawdziwie wyborna. Logicznie spójna, nie rażąca głupstwami i należycie wciągająca. Przepraszam, chciałam napisać zasysająca, bo tylko tak można określić przymus czytania do późnych godzin nocnych. Zakończenie może trochę zirytować, bo zajeżdża uszczęśliwianiem Czytelnika, ale uznałam, że warto zaufać Grant i już zacieram łapki na myśl o komplikacjach w życiu bohaterów, które z tej machlojki fabularnej niewątpliwie wynikną.

Należałoby co nieco wspomnieć o świecie „Przeglądu Końca Świata”, aby kompletni zombiomaniacy wiedzieli, czego się po nim spodziewać. Po lekturze „Deadline” w szczególności można spokojnie stwierdzić, że zombie stanowią swoisty element otoczenia, a dla niektórych nawet sposób na osiągnięcie celu. Ludzie przyzwyczaili się do szwendających się wokoło trupów i chociaż są oni dla nich źródłem niezaprzeczalnego niebezpieczeństwa oraz uczucia grozy, to są także złem, które znają i z którym nauczyli się żyć. W moich oczach zombie u Grant robią za pretekst dla autorki (świetnie wykorzystany, zresztą) do ukazania rzeczywistości, w której ludzkość, w przeważającej ilości, jest przerażona wizją bezpośredniego kontaktu z innymi osobami, a każde drzwi i przejścia zdobi tester krwi, wykrywający aktywną amplifikację wirusa. Nikogo nie dziwi filozofia „najpierw strzelaj, potem pytaj”, bo dzięki niej możesz uratować swoją rodzinę, sąsiadów lub całe miasto. Jedną z rzeczy, która najbardziej utkwiła mi w pamięci, były myśli Shauna na temat bajki „Bambi” – dzieci nie płaczą już z żalu nad śmiercią matki jelonka, płaczą ze szczęścia, gdyż nie powróciła ona jako zombie.

W przeciwieństwie do „Feed”, narratorem historii jest brat Georgie, Shaun. I jakby to ująć najdelikatniej… jest on wariatem. Trzeźwo myślącym (tylko dlatego, że zdaje sobie sprawę ze swojego stanu), niebezpiecznym i cwanym, ale wciąż wariatem. Absolutnie go uwielbiam! Ma swoje gorsze momenty, wybuchy złości oraz egocentryczne zachowania, niektóre z nich można właściwie podpiąć pod mobbing w pracy (czy w tym świecie jeszcze takie pojęcie funkcjonuje? Czy kogoś właściwie to obchodzi?), ale facet zwyczajnie ma coś w sobie i w swoim podejściu „jestem, jaki jestem i mam w dupie, co o tym myślicie”. Przyznaję, że brakowało mi trochę pragmatycznego i kalkulacyjnego toku myślenia Georgii, ale za to przy Shaunie nie da się nudzić nawet na chwilę.

Główny bohater nie doszedłby jednak do niczego bez swoich sidekicków. Blogerzy, znani wcześniej jedynie z nazwisk oraz z pikselowych twarzy w wideokonferencji, zostają wprowadzeni do fabuły również cieleśnie. Relacje między nimi nieustannie się zmieniają, brzmią realnie i stanowią obok głównej intrygi jeden z najważniejszych motywów. To oni zostają zmuszeni do walki o życie przez informacje, do których udało im się dotrzeć. Na ich barkach spoczywa odpowiedzialność, co powinni z taką wiedzą zrobić, a także świadomość, że szczęśliwy i spokojny koniec może nigdy nie nadejść, gdyż wcale nie jest powiedziane, że wyjdą z tego wszystkiego żywi. Każda z tych postaci stała się w mojej głowie częścią niepodzielnej grupy, która funkcjonuje dla mnie jako całość, a utrata kogokolwiek z jej członków na pewno by mnie zasmuciła.

Czy mogę napisać o tej książce coś więcej, aby zachęcić Was do jej przeczytania? Zapewne zawsze by się coś znalazło, ale dla zdrowia Waszych oczu chyba już wystarczy. ;-) Dla mnie jest to jedna z najlepszych i najzgrabniej napisanych powieści o tematyce zombie, z bardzo szybką akcją i zapadającą w pamięć kreacją bohaterów. Główną oś fabularną spokojnie można podpiąć pod thriller polityczny, ale gwarantuję Wam, fani porządnych postapo, że na pewno znajdziecie tu dla siebie coś ciekawego.

Tytuł oryginału:  Deadline
ISBN:  978-83-7924-066-1
Tłumaczenie:  Agnieszka Brodzik
Format:  145 x 205 mm
Liczba stron:  504
Data wydania:  23 października 2013